One. Sukienka w kolorze fuksji

W sklepie:

-Zostały dwie sztuki. Może Pani zmierzyć obie. Kolor idealnie pasuje do Pani typu urody.

-Zrobię tak, jak Pani powiedziała. Dziękuję. Nie nosiłam sukienek chyba od… Nieważne.

-Ma ciekawe wykończenie pod szyją. Można zawiązać albo zostawić luźno. I jak?

-Dobrze leży. Wezmę tę. Ale przyznam się Pani, że najchętniej wykupiłabym te koszule, gdyby nie podlegały pod męski dział.

-Ja mam kilka. Nosimy je na zmianę z chłopakiem.

U niej:

-Okradłaś księgarnię? Kiedy Ty to przeczytasz?

-Bez obaw. Zdążę. Coś trzeba robić wieczorami, gdy Ty śmigasz na randki albo urządzasz swoje nowe gniazdko.

-A to co? Jaka śliczna? Z długim rękawem. Nie będzie widać blizn. Pożyczysz oczywiście?

-Oczywiście, że tak. Na kiedy potrzebujesz?

-Na początek na jutro, ale najpierw podjedziemy do marketu oddać materiały. Coś tam zostało po chłopakach.

-Randka w markecie budowlanym. Tego jeszcze nie było.

-Zobaczę, ile on potrafi i co powie o sukience, czy mu się w niej spodobam. Jest bajeczna i ten wyrazisty kolor. Gdzie ją upolowałaś?

-Nie upolowałam. Zwróciłam na nią uwagę, a potem kupiłam.

-Pewnie droga.

-Nie, po promocji. Zostały dwie sztuki i…

-Tobie to dobrze. Wchodzisz do sklepu, bierzesz z półki to, czego potrzebujesz, płacisz i jest Twoje. Na zawsze.

-Jeśli rzecz można kupić za pieniądze, to oznacza, że jest niewiele warta. Dopiero właściciel nadaje jej znaczenie.

Kilka miesięcy później:

-Na pewno chce Pani się jej pozbyć?

-Tak. Nie miałam jej na sobie ani razu. Może mi Pan wierzyć.

-Ale metki nie ma.

-Nie ma, bo sukienka była pożyczana koleżance.

-I nie założy jej Pani już? Moja dziewczyna choruje na rzeczy w kolorze fuksji.

-Nie założę. Napisałam w ogłoszeniu, że odbiór osobisty, bo sukienkę oddaję za dobre słowo.

-Pani byłoby w niej ładnie. Nie było okazji do jej założenia?

-Nie było. Pierwsze zgłoszenie wpłynęło niespełna dziesięć minut po zamieszczeniu oferty. I to byli Państwo. To jak? Pakujemy?

 

One. Zielnik

-Padam. Nie ma więcej wody?

-Nie ma.

-Nie kupiłaś.

-Myślałam, że Ty kupisz. Co tam masz?

-Wrotycz. I takie tam.

-Nie żartuj. Wyglądasz, jakbyś obrabowała pół targowiska.

-Zrywałam, gdzie się dało. Objechałam cały teren lasku i kilka sklepów zielarskich. Nasz ulubiony działa tylko do końca miesiąca. Wyprzedają asortyment, więc wyżebrałam upust.

-Jest trujący. Wiesz, że możesz mieć przez to problemy.

-W małych ilościach pomaga.

-W dużych szkodzi.

-Gdybyś zjadła za dużo śliwek, też by Ci zaszkodziły. Pójdziesz do sklepu po wodę?

-A tam co masz?

-Ziele bagien.

-Na bagnach też byłaś?

-Nie, mówiłam Ci, że odwiedziłam kilka sklepów zielarskich i…

-Znowu przepuszczasz pieniądze na niepotrzebne rzeczy.

-A Tobie nawet nie chce się zrobić podstawowych zakupów.

-Możemy kupić filtr do wody zamiast gromadzić plastik.

-Dlaczego więc jeszcze go nie kupiłaś? Uważaj! Wysypało się.

-Lawendę też kupiłaś?! Oszaleję zaraz.

-Zrobimy z niej paczuszki i bukieciki. Będziemy je sprzedawać, a wcześniej zawiesimy w kilku miejscach w mieszkaniu. Inaczej komary nas zeżrą.

-Mnie jest wszystko jedno. I tak nic z tego nie wyjdzie.

-Przy Twoim podejściu. Wrotycz coraz trudniej zdobyć. Trzeba się trochę nachodzić za nim. Nauczę się robić maści i kremy z jego zawartością. Na własny użytek.

-Szkoda, że pieniędzy nie potrafisz wyprodukować na własny użytek. Tutaj chcesz to robić? W kuchni?

-Szkoda, że alimentów z niego nie potrafisz ściągnąć. Mogę mieszać w łazience.

-To lepiej w kuchni.

 

 

 

One. E.

-Pani pewnie na jazdę?

-Tak, ale tam nikogo nie ma. Próbowałam się dodzwonić kilka razy, ale też nikt nie odbiera.

-Jej nie ma. Na stałe tu nie siedzi. Trzeba się umawiać.

-Dzwoniłam od kilku dni, nie odbierała, dlatego przyjechałam. Pomyślałam, że ją zastanę i się umówimy.

-Rzadko ktoś przyjeżdża. Kiedyś było więcej chętnych, ale teraz wyśrubowała ceny za jazdę, dlatego prawie nie ma ludzi. Ona każe kupować jakieś… karnety. Inaczej nie chce dawać lekcji. O zwierzęta mało dba. Ktoś z kolonii przychodzi i je obrządza. Ona się nimi prawie nie zajmuje.

-Ale ja nie mogę wykupić karnetu, bo nie wiem, jak będzie nam się układać współpraca i jakie to będą lekcje. Może jej się nie spodobam albo ona mnie.

-Z nią ciężko się dogadać. Ludzie we wsi już nie próbują. Ona jest dziwna. Wysłała męża za granicę, aby zarabiał. Potem nie chciała go z powrotem przyjąć, choć on pieniądze przysyłał. Kupiła tę działkę i konie, ale rzadko tu bywa. Ludzie przyjeżdżają, pytają o nią, ale w tym roku już nikt nie pyta oprócz Pani. Wie Pani, ona nie jest dobrym człowiekiem.

-Cóż, pozostaje mi zawrócić. Dziękuję za informacje i porady.

-Pani pierwszy raz w tych stronach?

-Pierwszy.

-To zapraszam na kawę.

-Chętnie. Mąż nie będzie się gniewać, że od roboty Panią odciągam?

-On wie, że ludzie przychodzą do mnie na posiadkę. Mam koleżanki. To nasze pole. Wie Pani, co to jest?

-Owies. Dla koni.

-W Pani stronach jest taki?

-Nie ma.

-A to?

– Słoneczniki.

-Niedługo wszystkie zakwitną. Będzie ładnie. W Pani stronach takie są?

– Są, ale nie takie dorodne.

-To nasz dom. A tam mój. Naprawia kosiarkę. Szwagier ma przyjść i mają dzisiaj próbować. Ale ten świat mały. Panią spotkałam przy kartoflach. Z całej Polski tutaj ludzie zaglądają. Działki i domy kupują, potem je dzierżawią, a miejscowi jadą w świat. Dorabiać się.

One. Puszki

-Chcesz je?

-Pewnie, że chcę. Cudne puchy.

-Są Twoje.

-Będą pasować do pasków na ścianie. Zieloniutkie jak wiosenna łąka.

-Nie były używane.

-To po co je kupiłaś?

-Myślałam podobnie jak Ty, że będą pasować do kuchni, którą z taką pieczołowitością urządzałam.

-I?

-Nie pasowały. Podobnie jak kuchnia i nie tylko ona. Do życia.

-Tamto małżeństwo nie było dla Ciebie. Dla Was.

-Małżeństwo w ogóle nie jest dla mnie. Wiesz, kiedy dokładnie kupiłam te puszki?

-Nie wiem.

-W dniu, w którym garnki z zawartością po raz pierwszy poleciały przez okno. Grunt, że nikogo wtedy nie zabiły.

-To już przeszłość. Teraz skup się na…

-Na tym, jak przeżyć z dziećmi, nie pozostawić ich sierotami i nie zostać wyeksmitowaną.

-Nie panikuj.

-Tamtej wiosny miałyśmy jechać do Wiednia.

-Jeszcze pojedziemy.

-Kupiłyśmy bilety i zabukowałyśmy noclegi. Dzień wcześniej dostałam ataku. Ty wpadłaś w furię. Krzyczałaś, że zepsułam Ci weekend, naraziłam na koszty i jestem nieodpowiedzialna. Pojechałaś sama. Jak zwykle postawiłaś na swoim. Kilka dni później dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Wzięliśmy ślub, na który nie przyszłaś.

-Nie widziałam w tym związku przyszłości.

-Urodziła się K. Od początku coś było nie tak. Obwiniał mnie o jej stan. Oboje stale mnie o coś obwiniacie.

-Przestaniesz?!

-Właśnie K. się obudziła i domaga uwagi.

-Krzyczy tak, bo nie chce, abyś ze mną rozmawiała i dzieliła się czasem z kimś innym.

-Nie znasz jej. Ona nie umie inaczej.

-I nie będzie umieć, skoro ma Ciebie na każdy gwizdek. Pójdę już.

-A puszki?

-Nie chcę ich.

-To je wyrzuć po drodze. Nie mogę na nie patrzeć.

-A mnie to chciałaś je podarować.

-Ty byś z nich zrobiła właściwy użytek i może do czegoś dobrego by to doprowadziło.

-Chyba w to nie wierzysz.

-Zawsze zazdrościłam Ci porządku na głowie i w głowie. Podasz mi chusteczki?

-Pozory.

-Nie można grać przez kilkadziesiąt lat. To by była schizofrenia.

Patynowa Pani Domu. Codziennik

Przychodzę po… A maseczkę Pani ma? Mam. To proszę założyć. Dyrekcja poucza nas, że mamy upominać klientów i sami nosić. Zakładasz maseczkę. Wchodzisz po wezwaniu. Dezynfekujesz dłonie. Ponownie tłumaczysz, w jakim celu przyszłaś. Proszę poczekać na korytarzu. Czekasz na korytarzu. Proszę, może Pani wejść. Wchodzisz. Mówisz, jaki jest cel Twojej wizyty. Słyszysz: dobrze, proszę zaczekać na korytarzu. Wychodzisz na korytarz. Tutaj może Pani zdezynfekować dłonie. Dezynfekujesz dłonie. Po kilku minutach słyszysz: proszę, zaświadczenie jest gotowe. Odbierasz dokument. Na przyszłość proszę załatwiać takie sprawy telefonicznie. Jest reżim. Przyszłam dlatego, że nie mogłam się od wczoraj dodzwonić, a dzisiaj z rana, gdy już się udało połączyć, poradzono mi, abym stawiła się osobiście.

Opuszczasz budynek. Sygnał telefonu. Kurka-rurka. Pewnie o czymś zapomniałaś. Dzień dobry, proszę rozliczyć się ze sprzętu oraz materiałów, na których pracowała Pani zdalnie. Rozliczyłam się tuż po tym, jak wróciłam do pracy stacjonarnej. Nie widzę Pani podpisu. Nie rozliczyła się Pani. Robi Ci się gorąco, ale nie tracisz panowania nad sobą. Siadasz na schodach i cierpliwie tłumaczysz, gdzie są dokumenty oraz sprzęt. Niemożliwe. Nie przypominam sobie, aby Pani… Zaraz… Sprawdzę jeszcze. Chcesz do domu, natychmiast. Do paprotek i glonojada. Kawa! Kawa!!! Myśl o kawie. Tylko ona może w tej chwili wzmocnić Twoje nerwy. Zachowaj spokój. I nie siedź tak na schodach publicznej instytucji. Jest! Jest Pani podpis! Jest Pani rozliczona.

Telefon. Mam dla Pani zamówienie. Nie ma mnie w tej chwili w pracy (bo jestem gdzie indziej). Czy mógłby Pan zostawić paczkę u koleżanki? Ona zapłaci, zanim dotrę. Ale tam jest zamknięte. Jest zamknięte, ale na drzwiach podano numer telefonu, pod który należy dzwonić. Ktoś do Pana wyjdzie i odbierze paczkę. Po kilku minutach. Telefon. Wie Pani, objadę okolicę i jeszcze raz zajadę do Pani z tą paczką. Nie ma sprawy. Koleżanka nie odebrała? Uprzedziłam ją, że Pan będzie. Nie, otworzył jakiś człowiek i mówił, że nie zna się i nie wie, o co chodzi. Docierasz do miejsca przeznaczenia. Po drodze mijasz samochód z logo znanej firmy kurierskiej. Przychodzi sygnał wiadomości. Przesyłkę dostarczono. To będzie piękny dzień!

Całuchy-kluchy!

Patynowa Pani Domu. Powroty

Gdy zakończy się pandemiczne szaleństwo, zrobisz sobie ucztę. Przestaniesz gotować i zaprosisz się na obiad z przystawką do lokalu, jak wielokrotnie myślałaś podczas przebywania w przymusowej izolacji od społeczeństwa. Podchodzisz pod drzwi jednej z knajpek i czytasz instrukcje zamieszczone na drzwiach. Ok, będziesz się do nich stosować, myć i dezynfekować ręce. Jednocześnie rzuca Ci się w oczy zakaz korzystania z łazienki wewnątrz lokalu. Drzwi do miejsca, w którym najłatwiej podtrzymywać nawyki higieniczne, są dodatkowo zasłonięte parawanem. Sytuacja powtarza się jeszcze w dwóch innych knajpkach, a w dwóch kolejnych mentalnie całujesz klamkę, nad którą figuruje napis nieczynne do odwołania. Dodatkowo w innych pada propozycja wzięcia jedzenia na wynos w jednorazowych opakowaniach. Nie, dziękujesz. Jednorazowość podnosi koszty towarów i usług zanieczyszczając naturalne środowisko.

Głodna i zniecierpliwiona, ale wciąż z nadzieją na ucztowanie postanawiasz odwiedzić wreszcie sprawdzony warzywniak. Są ziemniaki, jest i koperek. Jogurt naturalny i czosnek. Ale będzie biba.

Upojona wolnością wyruszasz na jej kosztowanie kolejnego dnia. Obowiązkowy punkt programu to wizyta w sklepie z ładnymi rzeczami, od których poprawia Ci się nastrój (na jakiś czas). Już od progu słyszysz proszę, tam jest płyn do dezynfekcji. Reagujesz na polecenie obsługi spełniając je natychmiast. Przeglądasz ofertę zakupową. Przekładasz wieszaki. Z kilkoma udajesz się w stronę przymierzalni. Do kabin nie może Pani wejść, słyszysz. To jak mam zdecydować się na zakup ubrań, pytasz. Może Pani kupić kilka sztuk, przymierzyć w domu, a potem niepotrzebne zwrócić. To ja się jeszcze zastanowię. Odkładasz rzeczy na miejsce. Rozglądasz się po pustawym sklepie, po czym wychodzisz. Może na stoisku z kosmetykami pójdzie Ci lepiej. Nie mamy takiego produktu. Spodziewamy się dostawy w okolicach piątku. Lepiej byś zrobiła wędrując po lesie. Pora do domu, Twojego azylu. Cisza. Spokój. Słowa klucze.

Gdy się nie ma, co się lubi. Tymczasem na drzwiach prowadzących do dziupli widnieje napis. Od dnia rozpoczynamy drobny retusz części wspólnej (planowany na wrzesień ub.r.). Prosimy o usunięcie, zabezpieczenie i umożliwienie. To… dzisiaj! Usuwasz. Zabezpieczasz. Umożliwiasz. Jak długo potrwa? Trudno powiedzieć, dopiero zaczęliśmy.

Całuchy-kluchy!

Patynowa Pani Domu. Żyjmy dalej

Otwierasz oczy, zanim zabrzmi sygnał budzika. Najpierw budzą się ptaki. Potem jedzą śniadanie. Potem przyjeżdża śmieciara. Dziś odbiór szklanych odpadów. Wyskakujesz z łóżka, by zamknąć okno. Świeże powietrze podamy za chwilę. Zamawiałaś też ciszę. Zaczekasz na nią, podobnie jak na rześkie powietrze. Uwielbiasz swoje łóżko najbardziej na świecie. Planujesz dzień. Trzeba go zacząć i zakończyć przyjemnościami, inaczej się nie uda. Najpierw coś na ząb. Następnie praca zdalna. Próba dokonania zakupów. Tysiąc różnych spraw do załatwienia. Najlepiej na zaraz. Budzik! Kurtyna! Rutyna! Pranie! Brak proszku. Płyn! Jest! Pralka! Nie działa! Nie skupiaj się na brakach, patrz na zasoby. Śniadanie! Herbata. Cieplutkie, świeże chrupiące kromeczki. Zamarzyły się. Włączasz piekarnik. Telefon. Możesz podrzucić klucz do… B. będzie przejeżdżać zaraz koło Ciebie. Mogę? Czekaj na parkingu koło urzędu. Tam jest miejsce na parkowanie. Ubierasz się w trzy sekundy. Biegniesz na parking. B. już czeka. Chwilę rozmawiacie. Mogłabyś dorobić sobie klucz. Gdybym mogła, to bym dorobiła. Wracasz do siebie. Po drodze wbijasz do dyskontu. Nic się nie stało, robotę mam, wyjaśniasz zdumionej obsłudze i wychodzisz. Następnym razem niech Pani założy maseczkę, słyszysz.  Najważniejsze, że w reklamówce jest tiramisu i środki do prania. Dziś zapomnij o śliczniusich kromeczkach. Zimna tortilla też się nada. Prosto z lodówki. Pochłaniasz placki bez dodatków i zapijasz je mocno wystudzoną herbatą. Sygnały nadesłanych wiadomości przychodzą raz po raz. Dlaczego w tej rubryce są takie wartości? Czy mogłaby Pani to wyjaśnić? Wyjaśniasz. Po chwili telefon. Proszę o przemyślane zakupy. Część odkładamy na wrzesień. Czy w ogóle wiesz, o czym mówimy? Wiem. Korespondencja trwa. Odpowiadam za to, co napisałam, a nie za to, jak moje słowa zostały zinterpretowane. Kolejny telefon. Może powinnaś go wyłączyć. Nie ma Cię. Jest tylko espresso i tiramisu. Zbyt gwałtowanie rozprawiasz się z folią zabezpieczającą opakowanie. Kakao i część masy lądują na dywanie, obrusie i stole. Dawno nie robiłaś porządków. A i z pralki dziś jeszcze nie korzystałaś. Pora to zmienić. Nastawiasz pranie. Urządzenie działa. Wyłączasz telefon. Siadasz naprzeciwko wirującego bębna pralki i przyglądasz się mu. Zachowuje się podobnie do Twojej głowy. Jesteś tylko Ty, Twoja kawa siekiera, zabielana dla sportu, to, co zostało z tiramisu i pomysł na research dotyczący Twojej ulubionej części ciała.

Całuchy-kluchy!

One. Myślicielka

-Który dzisiaj?

-10.

-To może renta już jest na koncie. Do ojca muszę zadzwonić, żeby mi coś kupił. Ale nie mam doładowanego telefonu. Doładujesz mi? Wiesz, coś za coś. Ja Tobie o sobie, a Ty mi dasz na doładowanie.

-Może być. Za ile?

-Dycha? Wystarczy, aby do starego zadzwonić. Powiem mu, żeby przywiózł trochę z renty i w kiosku doładowanie kupił. Nie dają mi kasy. Boja się, że zginie. Bo tu świry. Złodzieje. Schizole. Wiesz, cała śmietanka wariatkowa. A Ty do kogo przyszłaś?

-Do znajomej.

-Widziałam Cię, jak gadałaś ze stalkerką.

-Gadałam.

-Ona jeszcze jest na ogólnej. Mówią, że nie wyjdzie z tego. Wyjdzie, ale zacznie robić to samo. Czyli nie wyjdzie. A ze mną dlaczego chcesz gadać?

-Samo wyszło.

-Idziesz do kiosku?

-Zaraz idę.

-To pamiętaj o doładowaniu dla mnie. Za dychę. Oddam, kiedy przyjdziesz następnym razem. O ile przyjdziesz. Znajdziesz tu tylu świrów i historii, że wystarczy na książkę, a nie tylko na… Na co to ma iść?

-Na blog.

-Właśnie. Na blog. Po co chcesz pisać o czubkach.

-Chciałabym pokazać ich historie.

-Co tu do pokazywania. W głowach się poprzestawiało. Leki trzeba brać i tyle. O stalkerce też będzie?

-Może troszkę.

-Nie wyglądała na zadowoloną, gdy z nią gadałaś.

-A Ty?

-A ja jestem zadowolona, że ktoś chce ze mną gadać i pisać o szambie, w które weszłam. Psychiatryk to szambo, wiesz.

-Wiem.

-Lepiej tu nie przychodzić za często, bo jeszcze Cię zamkną. Jak mnie. Któregoś dnia matką z ojcem mnie tu przywieźli. Pojechali, a ja zostałam. Potem wyszłam, ale nie miałam do czego wracać. Sklep nie chciał mnie przyjąć z powrotem do pracy, bo coś im niby ukradłam i klienci się wykruszali. Były jakieś problemy z czynszem zaległym. I administracja wywaliła ich stamtąd. Potem nie znalazłam nigdzie roboty. Wiesz, kiedyś chciałam prowadzić proste życie. Pracować w jakimś sklepie z ciuchami, sieciówce jakiejś albo kawiarni. Poznawać ludzi. Rozmawiać z nimi. Pomagać im. A wyszło jak wyszło.

-Zdarza się.

-Tylko takim jak ja. Nie dostałam się do knajpy, ale znajoma otwierała sklep z ciuchami i pamiątkami.  Tam się zaczepiłam i tam poznałam, jak to się mówi, jedynego. Miał być na całe życie. On był, jak to się mówi, nawiedzony. Chciał mnie czymś karmić, książki pisać o nas, o jakimś spełnieniu, wcieleniu. Czy jakoś tak. Dziecka nie chciał. A potem nas okradł i zniknął. Gadają, że romansował z moją znajomą, tą, co sklep miała, gdzie ja pracowałam. Idziesz już?

-Raczej tak. Autobus mam.

-Nie myśl za dużo. Ja myślałam o życiu i myślałam, co mnie spotkało i dlaczego i widzisz, gdzie wylądowałam.

Patynowa Pani Domu. Majówka-domówka

Stało się.  W tym roku spędzisz pierwszy majowy weekend we własnych czterech ścianach. Dla dociekliwych: niekoniecznie tylko czterech, lecz kto by w czasach pandemii ściany liczył. Nie boli świadomość, że dni wolne od pracy (w tym Święto Pracy) spędzisz pracując, czyli wymiatając kurz, myjąc podłogi, szorując inne powierzchnie. Porządkowanie otoczenia sprzyja utrzymywaniu porządku we wnętrzu. Tę teorię wspomagającą skołatane nerwy powtarzasz niczym pierwszą czytankę. Na wallach sieciowych znajomych liczba zamieszczanych słit foci z weekendowych wypadów na egzotyczne wyspy jest mniejsza w stosunku do lat ubiegłych. Na ściankach dominują udostępniane wspomnienia albo wpisy o przyszłych urlopowych planach. Lajfy, jeśli już takowe się pojawią, najczęściej są nagrywane w lesie. Spacer po lesie i parku to prawdziwe wydarzenie biorąc pod uwagę niedawne obostrzenia. Ty tradycyjnie niczego nie zamieszczasz. Ujawnianie, w jaki sposób dokarmiasz glonojada lub poisz roślinki, mogłoby naruszyć Twój mir domowy. Zamiast lansować, co zjadłaś albo ugotowałaś (jedno nie zawsze wynika z drugiego), wolisz w ciszy smakować dźwięki natury obserwując np. posiłek dzięciołów. W czasie deszczu odwiedzasz wirtualne muzea i galerie obrazów. Tym sposobem byłaś nawet w Nowym Jorku i w Żelazowej Woli. Spacerujesz do znudzenia, aż Cię opuszki palców i kark pobolewają. I wszystko w ramach abonamentu za podłączenie do sieci. Wirtualne odwiedziny w domostwach znajomych też Cię niewiele kosztują (może trochę czasu) i nie trzeba się do nich przesadnie przygotowywać. Wizytowe ciuchy, kąpiel, odpowiednio nakryty stół. Nie tym razem. Majówka w domu ma swoje zalety. Doceniasz każdą z nich.

Całuchy-kluchy!

Patynowa Pani Domu. Tosty z resztek

Mentalnie przygotowujesz się do spędzenia majówki w domu. W tym roku wojaże z noclegiem w katalogowych hotelach z gwiazdkami są zawieszone ze względu na wprowadzony stan epidemii i odmrażania gospodarki. Gdy się nie ma, co się lubi… Wycieczki po okolicy też mają swoje zalety. Dzięki ich regularnym praktykowaniu zyskujesz miano lokalnego patrioty. Zmniejszają się koszty podróży, a co za tym idzie, emisja gazów cieplarnianych do atmosfery. Zyskuje zatem środowisko naturalne. I biznes, bo kupujesz lokalnie od tych, od których jest jeszcze co kupować. Ale najpierw układasz menu. Choć właściwie przez kilka ostatnich tygodni to ono układa Ciebie. Dziś jest przedmajówkowy Dzień Dziecka. Nie przygotowujesz w związku z tym obiadu składającego się z trzech dań z deserem, lecz wybierasz opcję: zrób coś na ciepło z tego, co akurat masz w lodówce. Zobaczmy. Kilka kromek pieczywa tostowego. Pomidorki. Po jednym plasterku sera różnego rodzaju, co daje łącznie tyle plasterków, ile masz kromek chleba. Punkt dla Ciebie za rozsądne gospodarowanie środkami żywności. Ekonomia i ekologia. Oba pojęcia stanowią fundament Twojego gospodarstwa. Wróćmy do składników: dwa plasterki chudej wędlin, co w praktyce oznacza tyle samo tostów dla mięsolubów. Oprócz śmierci i podatków jedno jest pewne: bez względu na to, jaka zaraza by nie przyszła, Ty nie skonasz z głodu pod warunkiem, że plaga zastanie Cię schowaną w dziupli. Twoja atawistyczna potrzeba została zaspokojona. A co z innymi, mniejszymi braćmi? Kolejny punkt z listy: nakarmić Paskudę. Paskuda będzie szczęśliwa, że ma Ciebie, a Ty, że masz ją. Uff, chyba można zacząć majówkowanie. Nie będziesz czekać z tym do północy.

Całuchy-kluchy!