One. Rocznica

Po przebudzeniu nie spojrzała od razu na zegarek, jak miała w zwyczaju. Postanowiła zostać w łóżku. W końcu to dzień wolny od pracy, przynajmniej tej, za którą otrzymuje wynagrodzenie. Słyszała dziecięce głosy wydobywające się z korytarza oraz matkę po raz kolejny strofującą pociechy. Następnie był trzask zamykanych drzwi oraz odgłos przekręcanego klucza. Co się dzieje? Co tak pachnie? Jak tu ciepło. Sygnał SMSa. Odstawię dzieciaki na cały dzień do Lufcika. Mamy dla siebie sobotę, przynajmniej do 17.00. Ok, niczego mi wcześniej nie powiedziała. Dzwonię. Wszystko jasne. Zwłaszcza niespodzianki w jej stylu.

-Jak się dziś czujesz? Dasz radę wyjść z wyra i wziąć prysznic? Zostawiłam ciasto w piekarniku. Marchewkowe. Z orzechami. Powinnam wrócić, zanim dojdzie. Na wszelki wypadek czuwaj.

Postanowiła czuwać. Opuściła łóżko. Po wczorajszej gorączce nie było śladu. Napar z kwiatu lipy oraz herbata z dodatkiem soku z malin zaliczyły dobrą robotę. Ech, te naturalne sposoby. Weszła pod prysznic. Śpiewała na całe gardło. Piosenkę. Ich piosenkę. Nie słyszała, jak otwierają się drzwi do mieszkania. Wyszła z łazienki owinięta w ręcznik nie przerywając wykonywania piosenki. Pisk.

-Śmiało, nagrywam Cię.

-Jak możesz?

-Mogę. Wiesz, jaki dziś dzień?

-Sobota.

-Nie dzień tygodnia, tylko jaki dziś szczególny dzień.

-Yyy… mamy listopad, sobotę.

-Też. Ale co się kiedyś wydarzyło?

-Oświeć mnie.

-Poznałyśmy się. Wtedy na dziedzińcu. I wymieniłyśmy telefonami. Siedziałaś wściekła i powiedziałaś, abym się od… abym sobie poszła. A ja powiedziałam, że jesteś bezczelna i nieszczęśliwa, skoro nowo poznanej osobie mówisz takie rzeczy. I dobrze, że nie dla Ciebie zabrakło biletu.

-Padało. Było zimno. Żadna z nas nie dostała biletów w kasie. Ty zachowałaś spokój, ja wręcz odwrotnie. Do końca miałyśmy nadzieję, że je odkupimy. To był pierwszy koncert w Polsce. Na bilet przeznaczyłam swoje stypendium. Ty w efekcie go dostałaś Załatwiłaś sobie od koników. Ze mną nikt nie chciał rozmawiać.

-Nic dziwnego. Zobaczyli scenę, którą zrobiłaś, i uciekli. Nie poszłam na koncert. Wiedziałam już wtedy o chorobie. Odechciało mi się wyjazdów, rozrywki, życia. Zadzwoniłam do Ciebie chcąc odsprzedać bilet. Wyjaśniłaś, że sprawa jest nieaktualna, bo straciłaś pracę i nie miałaś czym zapłacić. Tak więc odstąpiłam Ci bilet. Powiedziałam Ci o chorobie oraz objawach jej towarzyszących. Zaproponowałaś, że będziesz się mną opiekować przez dwa tygodnie, aby spłacić prezent.

-Początkowo nie chciałaś się zgodzić.

-Ale w końcu się zgodziłam. Karmiłaś mnie tartą marchewką z cynamonem. To na wzmocnienie, tłumaczyłaś. Obiecałam sobie, że gdy mi się poprawi, to nie tknę marchewki, a ty mi ją nieustannie serwowałaś. Duszoną. Gotowaną. Na surowo. W cieście.

-Ciasto!

-Co z nim?

-Będzie dobrze. Uchyliłam drzwiczki piekarnika. Wiesz, jak długo się znamy?

-Dłużej niż trwa Twoje małżeństwo.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s