Patynowa Pani Domu. Owoc granatu

-Gdzie najszybciej dostanę owoc granatu?

-Na Rogatkach.

-Podjechałabyś ze mną na Rogatki?

-Tak, tylko wskoczę w coś bardziej wyjściowego.

Uzależnienie od zakupów czy zachcianki? Nie snuj przypuszczeń, tylko bądź gotowa do drogi w ciągu kilku minut.

Zanim się zorientowałaś, znalazłaś się na placu przed marketem. Nie stawiałaś pytań, bo sprawa wyglądała na poważną, gdy otrzymałaś alarmujące połączenie. W pierwszej chwili pomyślałaś, że to kwestia życia lub (na pewno) zdrowia, zatem pojechałaś do sklepu jako ekspert od owoców granatu. To, że najchętniej cisnęłabyś granatem, niekoniecznie tym z sokiem, to osobna rzecz. Dzielnie przemierzasz sklepowe aleje w poszukiwaniu pożądanego owocu. Jest! Jest i drugi! Kolejny! Każdy następny wydaje się być lepszym od poprzedniego. Wybieracie Waszym zdaniem najokazalszego. Będzie się pięknie prezentować na cieście lub babeczkach (mufinkach, czy mafinkach, czy jak je tam zwą). Zjem każdą, która będzie tego warta bez względu na zastosowaną metaforę i złożoność nomenklatury. A co do tego? Nic, pozostałe składniki są przygotowane. Na wypadek powodzi, trzęsienia ziemi albo innego kataklizmu wybieracie jeszcze jeden okaz. Ale ja nie mam odpowiedniej tortownicy. Nie mogłabyś upiec w ceramicznej formie w kształcie prostokąta? Lepiej trzymać się tego, co podaje przepis. Ty wykonujesz, Ty decydujesz. Trwają poszukiwania odpowiedniego naczynia. Na Rogatkach nie ma, więc udajecie się na przeciwległy koniec miasta. Może blaszka nie wygląda jak na reklamie, ale pewnie się nada. Ma przecież odpowiednie wymiary. Bierzecie. Płacicie. Wychodzicie.

Wracasz myślami do dziupli. To będzie nastrojowy wieczór, myślisz. Rozpylisz olejek. Lawendowy? Pomarańczowy? Może je nawet zmieszasz. Już witasz się z gąską, choć do św. Marcina daleko, gdy słyszysz: pomogłabyś mi zrobić ciasto? Zanim Twój najseksowniejszy organ zgromadził i przetworzył treść zasłyszanej informacji, Twoje usta i gardło wypowiedziały sakramentalne „tak”. Nie wracasz do dziupli. Przynajmniej nie od razu po zakupach.

Podziel owoc granatu na cząstki i wyskub pestki. Polecenie jak z karabinka. Wykonano. Przygotuj szpinak. Słucham?! Szpinak do blendera wrzuć i zmiel, ja ubiję jajka i przesieję mąkę. Matko, nie tak drobno. To nie na koktajl. Ile go dałaś?! Wszystek?! I co ja teraz zrobię? Szpinak wrzucisz na patelnię, zapultasz z jajkiem, śmietaną i czosnkiem, a potem zjesz jako pożywną kolację. Nie znosisz szpinaku? To dlaczego robisz ciasto z jego dodatkiem? Chodzi o barwę, a nie o smak. Dobrze, to ja zjem szpinak z czosnkiem, a Ty zrobisz ciasto w kolorze innym niż zielony. Coś nie tak ze śmietaną. Krem nie chce zgęstnieć, a jeszcze żelatyny nie dodałam. Co to za śmietana? 18%. Kremówka miała być. To nic. Zrobisz ciasto bez kremu. Takie gołe będzie? Saute, koleżanko. Minimalizm jest trendy. Pestki granatu zjemy jako pokolacyjny deser. Podobno świetnie wpływają na poprawę stanu cery i paznokci.

Całuchy-kluchy!

One. Rocznica

Po przebudzeniu nie spojrzała od razu na zegarek, jak miała w zwyczaju. Postanowiła zostać w łóżku. W końcu to dzień wolny od pracy, przynajmniej tej, za którą otrzymuje wynagrodzenie. Słyszała dziecięce głosy wydobywające się z korytarza oraz matkę po raz kolejny strofującą pociechy. Następnie był trzask zamykanych drzwi oraz odgłos przekręcanego klucza. Co się dzieje? Co tak pachnie? Jak tu ciepło. Sygnał SMSa. Odstawię dzieciaki na cały dzień do Lufcika. Mamy dla siebie sobotę, przynajmniej do 17.00. Ok, niczego mi wcześniej nie powiedziała. Dzwonię. Wszystko jasne. Zwłaszcza niespodzianki w jej stylu.

-Jak się dziś czujesz? Dasz radę wyjść z wyra i wziąć prysznic? Zostawiłam ciasto w piekarniku. Marchewkowe. Z orzechami. Powinnam wrócić, zanim dojdzie. Na wszelki wypadek czuwaj.

Postanowiła czuwać. Opuściła łóżko. Po wczorajszej gorączce nie było śladu. Napar z kwiatu lipy oraz herbata z dodatkiem soku z malin zaliczyły dobrą robotę. Ech, te naturalne sposoby. Weszła pod prysznic. Śpiewała na całe gardło. Piosenkę. Ich piosenkę. Nie słyszała, jak otwierają się drzwi do mieszkania. Wyszła z łazienki owinięta w ręcznik nie przerywając wykonywania piosenki. Pisk.

-Śmiało, nagrywam Cię.

-Jak możesz?

-Mogę. Wiesz, jaki dziś dzień?

-Sobota.

-Nie dzień tygodnia, tylko jaki dziś szczególny dzień.

-Yyy… mamy listopad, sobotę.

-Też. Ale co się kiedyś wydarzyło?

-Oświeć mnie.

-Poznałyśmy się. Wtedy na dziedzińcu. I wymieniłyśmy telefonami. Siedziałaś wściekła i powiedziałaś, abym się od… abym sobie poszła. A ja powiedziałam, że jesteś bezczelna i nieszczęśliwa, skoro nowo poznanej osobie mówisz takie rzeczy. I dobrze, że nie dla Ciebie zabrakło biletu.

-Padało. Było zimno. Żadna z nas nie dostała biletów w kasie. Ty zachowałaś spokój, ja wręcz odwrotnie. Do końca miałyśmy nadzieję, że je odkupimy. To był pierwszy koncert w Polsce. Na bilet przeznaczyłam swoje stypendium. Ty w efekcie go dostałaś Załatwiłaś sobie od koników. Ze mną nikt nie chciał rozmawiać.

-Nic dziwnego. Zobaczyli scenę, którą zrobiłaś, i uciekli. Nie poszłam na koncert. Wiedziałam już wtedy o chorobie. Odechciało mi się wyjazdów, rozrywki, życia. Zadzwoniłam do Ciebie chcąc odsprzedać bilet. Wyjaśniłaś, że sprawa jest nieaktualna, bo straciłaś pracę i nie miałaś czym zapłacić. Tak więc odstąpiłam Ci bilet. Powiedziałam Ci o chorobie oraz objawach jej towarzyszących. Zaproponowałaś, że będziesz się mną opiekować przez dwa tygodnie, aby spłacić prezent.

-Początkowo nie chciałaś się zgodzić.

-Ale w końcu się zgodziłam. Karmiłaś mnie tartą marchewką z cynamonem. To na wzmocnienie, tłumaczyłaś. Obiecałam sobie, że gdy mi się poprawi, to nie tknę marchewki, a ty mi ją nieustannie serwowałaś. Duszoną. Gotowaną. Na surowo. W cieście.

-Ciasto!

-Co z nim?

-Będzie dobrze. Uchyliłam drzwiczki piekarnika. Wiesz, jak długo się znamy?

-Dłużej niż trwa Twoje małżeństwo.

Łańcuszek

-Może go przypadkiem zostawiłaś w szatni albo gdzieś w sklepie, gdy przymierzałaś ubrania?

-Dzwoniłam do sklepu, nawet z menago rozmawiałam. Ponownie sprawdził. Nie ma. Zostawiłam namiar na siebie. Wyjaśniłam, dlaczego łańcuszek jest cenny i po czym rozpoznać, że to ten właściwy. Zgubiłam go razem z zawieszką w kształcie klucza wiolinowego. Ma charakterystyczne cechy użytkowania.

-Nie zostawiłaś go u kogoś?

-Nie, nie zdejmowałam go z szyi, chyba że przed kąpielą. Ale obdzwoniłam nawet ośrodki, w których nocowałam podczas urlopu… Nie znalazł się.

-Znajdź podobny i kup, jeśli Ci na nim tak zależy.

-Nabyłam go w szczególnych okolicznościach, zrozum. Ale ok, poszukam podobnego, jeśli nic się nie zmieni.

Telefony oraz e-maile. Rozmowy i opisy. Przesyłanie przykładowych zdjęć do sklepów jubilerskich. Wszystko na nic. Mamy podobny. Pamiętamy Panią. Dołożymy starań, by klucz wiolinowy był tych samych rozmiarów, co poprzedni. Odtworzymy go na podstawie fotografii i Pani szczegółowego opisu. Dziękuję, to dla mnie bardzo ważne. Miałam go przez wiele lat. Ogłoszenia na portalach społecznościowych. W miejscach pracy. Cisza. Panika. Nawrócenie. Modlitwa. Obwinianie siebie. Mogłaś bardziej uważać. Nie zdejmować.

Któregoś dnia na jarmarku. To ten. Poproszę zawieszkę i łańcuszek do niej. Proszę nie pakować. Założę od razu. Żałoba po poprzednim łańcuszku trwa. Znalazł się, słyszę od innych. Nie znalazł. Kupiłam następny.

Przeprowadzka. Kolejna. Ile ich jeszcze przede mną? Pakowanie rzeczy. Biżuteria ręcznie wykonana złożona w jednym pudełku. Część rozdana. Sobie zostawiam niewielką ilość. Kartony czekają na wywiezienie do miejsca przeznaczenia. Zostawiam za sobą kolejne życie.

Po latach. Trzeba uporządkować mieszkanie. Pozbyć się mebli i reszty bibelotów. Nie można go tak zostawić. Nie damy sobie rady z meblami. Są za ciężkie. Rozlecą się. Może chociaż spróbujemy. Pojedynczo. Coś drgnęło. Jeszcze raz. Tam coś jest. Zaczekaj. Jakiś sznurek, nitka? Nie! Nie zgadniesz! Twój łańcuszek! Niemożliwe! Możliwe! Brudny, ale w całości. Trzeba będzie doczyścić. Kluczowi wiolinowemu nic się nie stało. I jaki czyściutki. Nie wierzę! Uwierz!

 

Notatki

Dziś obchodzimy Światowy dzień Oszczędzania. Takim newsem powitano mnie z rana. Jak to dobrze, że wymyślono i wynaleziono radio. Inaczej tacy jak ja byliby odcięci od świata. Swoją drogą dzisiejsze święto to jedyne, które jest przeze mnie obchodzone każdego dnia w roku i nawet nie trzeba szczególnie pamiętać o jego celebracji.

Mgła jak mleko. Piję kawę i planuję resztę dnia. Dziś nie doczytam kolejnego rozdziału książki, która traktuje o śmierci. Zdumiewające. Uwielbiam spacery po cmentarzach, zwłaszcza pod koniec października. Proszę znajomych o zdjęcia nekropolii wykonane o tej porze roku. Tym razem nie będzie mnie na Powązkach. Nie usłyszę na żywo podziękowań ani zachęt do składania datków na ratowanie nagrobków. Wyobraźnia pracuje. Liczę osoby, które odwiedzam w innej rzeczywistości. Znam je z imienia. Co roku ich przybywa. I za każdym razem jestem zaskoczona wiadomością, że to już.

Miasto jak zwykle pędzi. Ludzie kompulsywnie wypełniają dzień obowiązkami. Z biegiem czasu większość z nich okaże się nieistotna. W barze mlecznym słyszę, jak obsługa wrzeszczy do klienta, któremu w życiu się nie powiodło „I więcej mi się tu nie pokazuj, wieprzu jeden”. A jeśli te słowa okażą się proroczymi? Chryzantemy oraz znicze są sprzedawane na każdym skwerze. Jakby symbolem pamięci o tych, którzy odeszli, stały się cmentarne gadżety. Brak wolnych miejsc w zakładach kosmetycznych i fryzjerskich. Słyszę przeważnie: „Teraz nie mamy wolnych terminów. Niech Pani zadzwoni po długim weekendzie. Obecnie i tak pracujemy na zwiększonych obrotach”. Ciekawe, jakie znaczenie dla zmarłych ma wygląd żyjących, którzy w najbliższych dniach odwiedzą cmentarze.

Dzień gaśnie. Nie odkładaj ludzi na później, bo potem może ich nie być.

Patynowa Pani Domu. Rezerwacja noclegu

Powinnaś odpocząć. Nadszedł ten etap roku, w którym uznajesz, że trzeba doładować baterie. Jest poza sezonem, więc z noclegiem w cenie na Twoją kieszeń nie będzie problemu. I nie ma. Błyskawicznie znajdujesz miejscówkę i rezerwujesz ją. Klepnięte. Przez kilka dni będziesz leżeć, pachnieć i pić herbatkę z lawendą. I tworzyć wpisy na blog. To (jeszcze) niekomercyjna miejscowość, więc zapowiada się prawdziwy reset. Lokalizacja pensjonatu zadowalająca. Cisza, w pobliżu park i klimatyczne kawiarenki. Właśnie! Klimatyczne. Sprawdź, czy cena podana w ogłoszeniu nie zawiera dodatkowych, ukrytych opłat. Nie zawiera. Uff. Wystarczy na filiżankę kawy. Poza tym jeszcze przez kilka dni można bezkosztowo anulować rezerwację na wypadek, gdybyś uznała, że nie jesteś aż tak zmęczona. Drukujesz potwierdzenie rezerwacji. Czytasz opinie o pensjonacie. Dominują superlatywy. To będzie udany pobyt. Zamykasz stronę i w myślach planujesz, co zapakować, co jeszcze sprawdzić, jak dotrzeć, zabukować bilet, następnie go wydrukować. To ostatnie można zrobić jutro. Planowanie trzeba rozłożyć na etapy.

Jutro. Ponownie sprawdzasz dane obiektu noclegowego. Nie wierzysz. Cena podana na stronie internetowej jest niższa niż ta, której od Ciebie zażądano. To pewnie nieporozumienie. Telefonujesz w tej sprawie do pensjonatu. Połączenie przyjmuje zniecierpliwiona pracownica o znudzonych głosie. Wyjaśniasz, jaki jest cel kontaktu. Przecież może Pani odwołać rezerwację, słyszysz od poirytowanej osoby. Zależy mi na niej, lecz chciałabym wyjaśnić, dlaczego Państwo pobierają od gości wyższe opłaty niż podane na stronie internetowej. Może warto zamieścić informację, że ceny wzrosły ok. 30 %. Odpowiedź pracownicy: po co cokolwiek zamieszczać, skoro jest długi weekend, a w takich okresach oraz świątecznych ceny są inne. Może Pani odwołać rezerwację, jeszcze bez ponoszenia dodatkowych kosztów, jeśli Pani nie chce zapłacić, słyszysz ponowienie propozycji, od której rozpoczęłaś rozmowę. Właśnie o tym długim weekendzie ani o żadnym innym nie ma wzmianki na Państwa stronie. Pytam jeszcze raz, ile mam zapłacić za pobyt. Tyle, ile ma Pani na wydruku, pada odpowiedź. Zapłacę, ale skoro w ofercie widnieje inna kwota za nocleg, to dlaczego pobierają Państwo wyższe opłaty niż podane w ogłoszeniu, pytasz stanowczo, ale grzecznie. Odpowiedź: jeśli ktoś ma zapłacić, to wie, ile ma płacić, i nie trzeba pisać na stronie o długich weekendach. Odpowiedź Patynowej: dziękuję za informacje. Do usłyszenia.

Już wiesz, jakie podejmiesz kroki po zakończonej rozmowie. Odwołujesz rezerwację. Na szczęście koszty inwestycji poniesionych z tytułu nawiązania połączenia telefonicznego oraz wydruku potwierdzającego rezerwację nie nadszarpnęły poważnie Twojego budżetu. Najbliższy weekend spędzisz leżąc, pachnąc, popijając ulubioną herbatkę. Wieczorem wybierzesz się na cmentarz. Lokalne nekropolie też mają sporo uroku, szczególnie na początku listopada.

Patynowa Pani Domu. Świąteczny klimat

Pora zrobić zapasy. Dziupla świeci pustką. Wybiorę się na zakupy z rana, myślisz, może będzie mniej ludzi. Dotrzymujesz danego sobie słowa i w sobotę przed południem jesteś w centrum handlowym. Dawno tam nie byłaś. Dawno, czyli od początku września, gdy jeszcze trwała końcówka wyprzedaży. Kupiłaś wtedy mydelniczkę. W dłoni trzymasz listę niezbędników na czas wojny i pokoju. O stanie zawieszenia broni jeszcze nikt nie wspomniał. Najpierw stoisko z warzywami, a przy nim tylko jedna para. Ona w wieku postbalzakowskim, on w podobnym. Oboje noszą okulary. Ogólnie niezbyt urodziwi i raczej nierzucający się w oczy, chyba że ktoś postanowi napisać o nich np. na blogu. Pójdzie zatem szybko i gładko. Nie tym razem. Przy okazji wysłuchujesz, co planują zrobić na obiad. Tonem żółwia wymieniają same paskudztwa. Ona: może fasolową. Z chudą śmietanką. On: czy Twój brzuszek to wytrzyma? Ona: nie wiem. On: może kapuśniaczek. Na żeberkach. Kapustki kupimy. Ukiszonej. Ugotujemy na dwa dni. Kapuśniaczek – obrzydlaczek, rzucasz w myślach. Nie słyszysz odpowiedzi, bo z nadmiaru słodkości uchodzących z ust klientów robi Ci się niedobrze. Idziesz więc na pasaż i miotasz się pomiędzy regałami nie wierząc własnym oczom. Już są!!! Stoją w równym rządku i uśmiechają się do Ciebie ze sklepowych półek. Mikołaje i inne krasnale z czekoladopodobnej miazgi. Bożonarodzeniowe ciastka, włoskie babki z rodzynkami, czekolady z motywem bałwanów, ozdoby z lukru na choinkowe drzewko, marcepanowe stożki, pierniczki, drobniutkie cukierkowe figurki na świąteczne babeczki. Wrzucasz kilka paczek słodyczy do koszyka. Zgodnie z prawem przyciągania oraz zasadami pozytywnego myślenia, serwowanymi raz po raz przez osoby mianujące się trenerami rozwoju, możesz mieć, co tylko zechcesz pod warunkiem, że przyciągniesz to myśleniem (a to ciekawostka). W takim razie chcę, by święta Bożego Narodzenia były w październiku. Kto nie wierzy, że się uda, niechaj uda się do pobliskiej galerii handlowej.

Nie inaczej sytuacja wygląda na stoisku z wyposażeniem wnętrz. Produkty zawierające świąteczne elementy wypierają inne. Pytasz obsługę o zapachy do mieszkań, z motywem jesiennym oczywiście. Są, odpowiada przemiła ekspedientka. Trwa pora dnia, gdy jeszcze ma siły i ochotę się uśmiechać. Ale proponowałabym Pani skorzystanie z oferty świątecznej. Mamy nową kolekcję. Ładnie schodzi. Zapach marcepanu, goździków, pomarańczy. Goździki masz w słoiku, podobnie jak wanilię i skórkę pomarańczy. Dziękujesz i wychodzisz. Nawet nie spoglądasz na poduszki z nadrukiem renifera tudzież łosia ani na zestaw kubków i talerzyków z podobizną tychże zwierząt.

Wracasz z pełną siatką zakupów. Jest w niej to, co zwykle. plus świąteczne ciasteczka. Zostaną schrupane do popołudniowej kawy. Gdy znajdujesz się w znajomej okolicy, w nozdrza uderza Cię zapach palonych liści (śpijcie spokojnie, śliczniusie jeżyki; mam nadzieję, że nie będziecie długo cierpieć) i czegoś, co wydobywa się z kominów lokatorów. Chciałaś poczuć jesień i czujesz jesień. Prawo przyciągania działa w praktyce. W drodze powrotnej zachciało Ci się świątecznych pierogów z kapustą i grzybami. Dwie godziny później telefon z informacją: pierogi jadą.

Całuchy-kluchy!

Patynowa Pani Domu. Spa

-Grzywkę też krótko, najkrócej, jak się da.

-Tak na pewno nie zrobimy, ale wiem, o co Pani chodzi.

-Abym przyzwoicie wyglądała.

-Przy Pani twarzy każda fryzura dobrze się prezentuje.

-Pani została dobrze wychowana. Prosiłabym o 3 mm na głowie. Ewentualnie 5. Nie chce mi się myć włosów o tej porze roku.

-Nie wypuszczę Pani takiej.

-Proszę zatem czynić, co Pani uważa.

Wstajesz z fotela. Nawet nie spoglądasz we fryzjerskie lustro, bo wiesz, że mistrz nie stracił formy. Płacisz i wychodzisz. Pakiet konesera zrealizowany. Ceny za usługi poszły w górę, ale oferta została rozbudowana o kolejne punkty, zatem jesteś na zero. Nie zero waste, choć w pewnym sensie Twój budżet generuje taki sposób na życie. Zaoszczędzisz na szamponie. I masz spokój z koafiurą na jakiś czas. O wyrównanie grzywki poprosisz koleżankę. Od kilku lat odwiedzasz tego samego fryzjera, który nie zgadza się na 3 mm. Do innego nie pójdziesz w trosce o włosy, które i tak odrosną, ale sam fakt, że ktoś może nie wiedzieć, jak ma ostrzyc, doprowadza Cię do histerii.

Dziś dzień relaksu i dbania o siebie. Tylko kawka, tylko dobra książka w stylu Jak pisać, by dobrze napisać (i jeszcze lepiej się sprzedać). Odpowiedź sama nasuwająca się: przede wszystkim pisać. Ewentualnie obejrzysz film, tylko komedię, tylko obyczajówkę, ewentualnie rzucisz okiem na blogi o tematyce społecznej, ewentualnie przygotujesz fit przekąski (tym razem możesz jeść dietetyczne chrupkie pieczywo prosto z fabrycznego opakowania), ewentualnie na krakersach. Jeśli rozmowy, to tylko na tematy lekkie jak twarożek, tylko o ekologicznych kosmetykach (w Twoim wydaniu slow life zjedzeniu surowego awokado lub schrupaniu kilku orzechów). Odpowiednia dieta to najskuteczniejszy i najtańszy kosmetyk dla cery, włosów i paznokci. Na inne mogłabyś sobie pozwolić co najwyżej w ratach. Pamiętaj, tylko przyjemności. Nakarm glonojada. Teraz! To Twój obowiązek, a potem tylko przyjemności. Nie filozofuj. Jaki jest sens dokarmiania Paskudy, skoro powinien się żywić glonami, a więc tym, co wytwarzają reagujące ze sobą roślinki i woda? Koniec z filozofowaniem.

SMS. Przyjedziesz? Parszywie się czuję. Nic mnie nie boli, tylko trochę dusza. Co tym razem, pytasz. Nic, tylko jakaś taka zmęczona jestem i wypompowana. Może powinnaś wziąć kąpiel z olejkami, zanim doczołgam się do Ciebie, a docelowo przebadać pompkę? Przestań, ja się zamartwiam, a Ty jak zwykle ironizujesz. Co znowu zgubiłaś? Klucze? Dokumenty? Piżamę? Jasne, że zostanę na noc, ale tylko ten jeden przedostatni raz.

Całuchy-kluchy!

Patynowa Pani Domu. Recycling

-Zakładasz lakiernię?! – krzyk D. słychać już od bramy i od tego czasu cała okolica wie, czym się zajmujesz – smród na pół miasta. Wrzeszcz jeszcze głośniej. Niechaj sąsiedzi wiedzą, że się nie nudzisz. Może wpadną na pomysł, by wezwać straż miejską. Zdejmujesz z twarzy maskę ochronną.

-Zakładam, że zaraz się zamkniesz. Tworzę.

-Co? Pokrywanie farbą starych, drewnianych skrzynek nazywasz twórczością?! – śmiech D. stawia do pionu miasto – i jeszcze to wdychasz, człowieku?

-Chcę wykorzystać wszystko, co mam. To ekonomiczne i ekologiczne rozwiązanie. Stworzę coś z niczego – tłumaczysz D. na czym polega idea domowego recyclingu – te kawałki drewna zmienią się nie do poznania. Powstaną z nich półki na książki i drobiazgi. Wyszperałam w piwnicy. Okazało się, że są całkiem całkiem… Wystarczy pomalować i już mamy coś nowego, czego nikt nie ma. Poza tym to uspokaja.

-Ty i spokój – śmiech D. nie ustaje – lepiej zajmij się wyszywaniem albo wydzieraniem kulek z papieru. Też się zrelaksujesz.

-Przyszłaś przeszkadzać czy pomagać? Bierz za to i delikatniutko przesuwaj. Niech dobrze wyschną. D. chwyta za Twoją pięknie pomalowaną na biało skrzynkę, a po chwili ślad farby odbija się na jej dłoni i spodniach. Zamiast śmiechu słyszysz niecenzuralne słowo. Drugie. Skrzynka traci look, który jej zafundowałaś.

– Nie mów brzydko do moich skrzyneczek na skarby.

-Weź je sobie. Wszystkie.

Z twarzy D. znika uśmiech, a w to miejsce pojawia się foch. D. wygląda idiotycznie z białym śladem na udzie.

-Masz jakiś rozpuszczalnik albo coś?

-Coś.

-Bardzo zabawne. Co tu robią te słoiki?

-Przydadzą się na…

-Burdel.

-Na lampiony. Obwiążę je kokardką.

-Teraz na sprzątanie garażu albo piwnicy trzeba ideologię dopisać. Nie możesz zwyczajnie powiedzieć, że robisz porządki? Albo że Twój budżet nie wytrzyma zbędnych zakupów, z wyjątkiem książek? Znowu ich naznosiłaś.

D. Gwałtownie gestykuluje. Ma tak od lat. Zbyt emocjonalnie reaguje na nieoczekiwany zwrot akcji. Misternie zbudowana piramida ze słoików chwieje się niebezpiecznie.

-Uważaj, Dora!

Za późno. Słychać brzęk tłuczonego szkła. Pozdrawiasz w myślach sąsiadów zapewniając ich zawczasu, że dzień się jeszcze nie kończy, Ty i koleżanka macie się świetnie, a Sulejman pokocha tę, która jest mu przeznaczona bez względu na to, czy w tym odcinku sąsiadki o tym usłyszą, czy nie. Porządkujesz ganek ostrożnie sprawdzając, czy nic nie zostało. I po lampionach. Nie wszystkie słoiki się stłukły. Dwa zostały. Do czegoś trzeba przecież nałożyć przesmażone jabłka z cynamonem.

-Sorry – mruczy D. tym razem lekko przerażona – odkupię Ci je, tylko nie zaraz.

– Daj spokój. Sprzątam dziuplę na zimę. Mój budżet jest zamrożony na jakiś czas. Bez lampionów też będzie romantycznie. I bez jednej skrzynki na książki.

Całuchy-kluchy!

Patynowa Pani Domu. Sezon grzewczy

Może to tylko u Ciebie? Aby rozwiać wątpliwości, rozsyłasz pytania do znajomych. Po chwili otrzymujesz odpowiedzi. U mnie słabo. U mnie nic. My jeszcze nie grzejemy. Przy okazji garść dobrych rad. Może to przejściowe? Może warto odpowietrzyć kaloryfery? Może są zakręcone? Jeszcze nie jest tak zimno. Wytrzymasz. Zadzwoń do spółdzielni. Albo do hydraulika. Brat Grześka by pomógł, ale nie dzisiaj. Świetnie! Skoro masz rozeznanie w temacie, wypadałoby go popchnąć. Ale jest piątkowy wieczór i większość porad można schować do szuflady. Przynajmniej do wtorku.

Bez względu na to, ile potrwa usuwanie awarii ogrzewania, trzeba zorganizować sobie czas bez ciepła. Zgodnie z poradami sąsiadów i części rodzinki, o dyskusyjnych forach nie wspominając (co byś bez nich zrobiła) rozgrzewasz stopy mocząc je w ciepłej wodzie z dodatkiem soli (kosmetycznej o zapachu lawendy. To pozwoli Ci się wyciszyć). I jeszcze olejkiem kamforowym natrzyj stopy. Cudownie rozgrzewa. To nic, że po zastosowaniu kuracji w mieszkaniu unosi się zapach leciwego hipochondryka. Pomogło… Na jakiś czas. Zakładasz stary sweter, a na niego polar (również nadgryziony zębem czasu). Podwójne skarpetki. Do boju! Zaparzasz sporą ilość herbaty. Jest cynamon. Imbir. Jest kardamon. Coś na pewno pomoże. Doraźnie. Prognoza się sprawdza.

W międzyczasie obmyślasz strategię, z kim się skontaktujesz, by pomógł w sprawie nieczynnego ogrzewania. Odkopujesz stare znajomości. Na niewiele się to zdaje. Czekasz cierpliwie na poniedziałek. Od rana telefonami szturmujesz pracowników spółdzielni. Trzeba po hydraulika albo kogoś, kto się na tym zna, słyszysz ciepły głos w słuchawce i wiesz, że dobrze trafiłaś. Po południu odwiedzasz lokalny żeleźniak. Tam otrzymujesz motywującą informację w trosce o Twój domowy budżet. Z tym poradzi sobie Pani sama. Po co od razu wzywać hydraulika. On skasuje jak za zboże. oczywiście jeśli Panią swędzi parę groszy, może Pani wezwać. Ale ja Pani pokażę sposób. Przykłada Pani motylka z boku kaloryfera, o tutaj, i przekręca Pani do siebie. Ok, płacisz i wychodzisz w poczuciu szczęścia, że Twój portfel wytrzyma usuwanie kolejnej niedogodności w Twoim gospodarstwie.

Po powrocie do domu robisz wszystko według instrukcji sprzedawcy ze sklepu. Cóż, podłogę i tak trzeba było umyć. Zakasujesz rękawy. Po kwadransie podłoga lśni jak na reklamie. Mieszkanie jest wywietrzone. Teraz pachnie chemicznym aromatem cytrynowym. Czego się nie robi dla zwiększenia własnego komfortu w chłodne, jesienne dni. Odkręcasz kaloryfery. Późnym wieczorem biegasz po domu bez polaru i ciepłego swetra. Przydzielasz sobie punkty za zaradność. Dobrze jest!

One. Gruszki

-Jak Ci minęło popołudnie?

-Byłam na cmentarzu. Miałam wyłączony telefon.

-W jakim celu? Przecież nikogo tam nie masz.

-Zwiedzałam stare grobowce i spacerowałam alejkami. Chciałam się wyciszyć.

-I co pomogło?

-Pomogło, ale teraz bym się czegoś napiła.

-Najpierw przechadzasz się pomiędzy grobami, a potem piszesz te mroczne rzeczy. Niedługo sama staniesz się grobowcem.

-Co to?

-Gruszki.

-Przecież widzę.

-To dlaczego pytasz?

-Chciałam dowiedzieć się, kogo zamierzasz nimi nakarmić.

-Nas, chyba że jeszcze kogoś zaprosimy do stołu.

-Zjemy tyle? Zmarnują się.

-Nie zmarnują. Ugotuję je z dodatkiem goździków. Zrobimy zapasy.

-Rozpieszczasz mnie. Znowu noc z głowy?

-Jeśli nie można inaczej. Ty będziesz pisać dreszczowce, a ja w tym czasie zaprawiać gruszki.

-Dojrzewam do decyzji o wolontariacie w hospicjum.

-Jeszcze Ci mało wrażeń?! Żyjesz opisywanymi przez siebie historiami, często ciężkostrawnymi, a na deser chcesz patrzeć, jak ludzie odchodzą?

-Chciałabym…

-Wiem, co byś chciała… Wyłącz to myślenie. Żyjemy tu i teraz. Nie podołasz.

-To się okaże.

-Obieramy gruchy?

-Obieramy. Podaj nóż. Wiesz, wcale nie mam ochoty iść na to przyjęcie.

-Powinnaś iść. Tak uważam.

-To idź za mnie lub ze mną.

-Jeszcze czego. To Twoja działka i Twój problem. Wyobraź sobie, że ta impreza to cmentarz, skoro je uwielbiasz. Będzie Ci lżej.

-W pewnym sensie nie pomyliłaś się. Dzielimy je na ćwiartki?

-Albo na sześć części, jeśli większa. Wstawię garnek z wodą.

-Naprawdę chcesz je teraz gotować?

-Noc długa. Przynajmniej zajmiemy się czymś dla żywych. Tylko nie pisz o tym na blogu.

-O gruszkach nie mogę, o śmierci i przemijaniu też nie powinnam. Wiem, że zrozumiesz i wybaczysz.