Patynowa Pani Domu. Idzie nowe (czyżby?)

Środek nocy. Sygnał przychodzącej wiadomości. Czy to sen? Ponowny. Nawet jeśli to nie sen, przeczytasz jutro. Kolejny. Wstajesz przełamując lenistwo i rugając siebie, że nie wyłączyłaś smyczy na noc. D. przesyła sensacyjne wieści. Słyszałaś? Słyszałam. Widziałaś? Widziałam. I co? I kolejna noc z głowy. Porozmawiamy, kiedy obie będziemy w formie. Właściwie już się położyłaś, ale jeszcze nie zasnęłaś i przez jakiś czas nie zaśniesz. Włączasz koncert. Na bezsenność pomoże tyle, ile nieboszczykowi kadzidło, ale przynajmniej mile spędzisz czas. Odpowiadasz na wiadomości nadmieniając, że zerwałaś się z łóżka na dźwięk alarmu, jesteś w piżamie i średnio ogarniasz wczorajszy dzień, a dzisiejszy jeszcze nie nadszedł, przynajmniej mentalnie.

Linki do polubienia. Propozycje urodzinowych prezentów. Kobieca sesja. Wygląda świetnie. Właściciele stron pragną, by ktoś zauważył i docenił to, co robią. Doceniasz. Dziękujesz za zaufanie, ale z propozycji nie skorzystasz. Może koleżanka albo sąsiadka skorzystają? Zapytaj je osobiście, człowieku. Masz u nich większe szanse niż ja.

Budzisz się na dźwięk śmieciarki, która niezmiennie o stałej porze pojawia się w okolicy i we właściwy sposób alarmuje o swoim przybyciu. Jeszcze zanim otworzysz oczy, składasz Bogu dzięki, że nikt nie wpadł na pomysł, aby pracownicy zakładu komunalnego przeszli na zdalny tryb pracy. Wiadomość. D. jest niczym cyborg. Jej system został zaprogramowany na działanie w stanie permanentnego czuwania. Chcesz taką? Wysłałam Ci zdjęcie w nocy, pamiętasz? Nieszczególnie. A co to? Torebka. Uszyłam ją ze starych worków od odkurzacza. Zastanowię się i dam znać. Włącz radio. Obowiązkowo! Włączasz radio. Słyszysz komunikaty, lecz ich treść do Ciebie nie dociera. Jako osoba w sposób dyskusyjny wykorzystująca swoje umiejętności kulinarne możesz mieć niemały problem przez najbliższe tygodnie. Jedzenie tylko na wynos. Nie cierpisz brać na wynos. Lokale gastronomiczne przygotowują się do kolejnych obostrzeń. Pracownicy protestują. Właściciele krzyczą. Będzie problem z zakupami. Godziny dla seniorów są surowo przestrzegane. Urząd nakłada kontrole, a co za tym idzie, kary. I pomyśleć, że dbasz o promocję lokalnego biznesu nie tylko w czasach pandemii.

One. Poszukiwania

-O której kończysz zajęcia?

-Za jakiś kwadrans powinnam być w ośrodku. Zaczekasz?

-Zaczekam. Junior znowu mnie wyzwał od różnych. Nie wiem, co robić z tym dzieckiem. Lekarze niby zlecają jakieś badania. Hormony, EKG, nawet tomografię. A ja wiem, że to może być co innego. Niedługo sama zacznę brać leki, jeśli tak dalej pójdzie. No nic, spożywkę zrobimy, gdy wrócimy z cmentarza. Na razie kupiłam kwiaty. Powiem młodemu, żeby je zaniósł na grób. To do zobaczenia.

Godzinę później.

-Nie możemy znaleźć. Biegamy z góry na dół. Pomożesz nam?

-Tak, ale najpierw dzwoń do tych ojców czy jak ich tam zwą. Powinni mieć to zapisane w księgach. Dom zamknięty, ale może ktoś jest w środku albo w pobliżu i mógłby pomóc. Rozpytam ludzi.

-Zaczekaj. O tym nie pomyślałam. Jaki tam jest numer? Zaraz poszukam. Cicho, młody! Zostaw te znicze! Zejdź z grobu! Nie wieszaj się tak! Ludzie nam się przyglądają, kurcze.

-Pogadam z nimi, a Ty szukaj numeru.

-Nikt nie odbiera. Poczta głosowa się włącza.

-Ludzie nie kojarzą nazwiska. Nie chcieli za bardzo gadać. Odwrócili się do mnie plecami.

-To co teraz?

-Szukajmy wśród nowych grobów, w dolnej części. Ja idę na prawo, Ty na lewo. I kwatera po kwaterze.

-Dzwoniłam do jego matki. Też nie odbiera. Młody, nie skacz po grobach! Zaraz dam mu w pysk.

-Chodźmy już. Może w tym czasie uda się dodzwonić do tych batiuszków. Próbuj! Ja tymczasem oblecę ogród i pasieki. Zajrzę do knajpy. Wypytam lokalsów o kogoś o takim nazwisku. Przecież nie zapadł się pod ziemię.

-Właśnie leży pod ziemią, a ja go szukam. Dalej tylko sygnał.

-Ok, ja lecę do knajpy, a Ty i młody biegacie od grobu do grobu. Jeśli coś znajdziecie, dajcie znać.

Jakiś czas później.

-Jest!!!

W drodze powrotnej.

-Teraz da mi spokój i przestanie zadawać pytania. Kiedyś go tu jeszcze przywiozę, a gdy dorośnie, sam zdecyduje, co z tym zrobić. Ma jeszcze babcię. Chcę, aby ją poznał. A ona przez te wszystkie lata nie interesowała się nami. Nawet na jego urodziny nie zadzwoniła ani razu. Nic. Ze mną nie chce gadać. Twierdzi, że to przeze mnie jej syn się zabił.

Notatki

Zimno. Coraz zimniej. Kolejny raz zapomniałam o rękawiczkach. Pstrokate reklamy zachęcają do udanych zakupów (czy kiedykolwiek zdaniem „speców” od marketingu zakupy mogłyby być nieudane). Mogłabym zatem kupić kolejną parę rękawiczek po okazyjnej cenie. Do tego patelnię, komplet sztućców, skarpetki, bo z pewnością kiedyś się przydadzą. Z trudem przeciskam się przez hałaśliwy tłum. Zdążyłam kupić bułki i warzywa, zanim znalazłam się na przystanku. Jedzenia mi wystarczy na dziś i na jutro. Obserwowałam twarze pracowników sklepów, na których zamiast wyszkolonych trików zachęcających do nabywania najczęściej niepotrzebnych produktów, zauważam znużenie, zniecierpliwienie i z coraz większym trudem ukrywaną niechęć. Podobnie u klientów. W drodze powrotnej czytam o sposobach na świętowanie czarnego piątku bez obciążania układu nerwowego. Wypunktowane. Zostań w domu. Wyjdź na spacer. Z psem. Autorowi tekstu gratuluję logicznej spójności w przedstawianiu pomysłów. A co z osobami, które nie mogą opuścić mieszkań ze względu na stan zdrowia lub utrudnienia architektoniczne, choć bardzo pragnęłyby wyjść na spacer? Tego autor tekstu nie uwzględnił. Unikaj niepotrzebnych zakupów. Najpierw w sztuczny sposób wykreowano potrzeby, a następnie w nienaturalny sposób próbuje się je zastąpić kolejnymi substytutami. Tak czy inaczej nie mówi się konsumentom, że stali się ofiarami manipulacji ze strony tych samych osób, które potem wepchną ich do gabinetów na kosztowne terapie. Zamiast odwiedzać rozmaite sklepy, zapukaj do drzwi samotnej osoby i zapytaj, czy nie potrzebuje pomocy. Taką postawę należałoby promować nie tylko podczas czarnego piątku, lecz przez okrągły rok. Odwiedź kogoś bliskiego. Spadły mi kapcie. Punkt pozostawiam bez komentarza. Co istotne, gdyby nie informacje o czarnym piątku z każdej strony serwowane krzykliwie i najczęściej z domieszką bezguścia, znaczna liczba konsumentów nie wiedziałaby, że takowy dzień istnieje i można go świętować, np. na równi z urodzinami.

Patynowa Pani Domu. Urodziny

-Jak to nie wyprawiasz?! Ale z prezentem chyba mogę wpaść?

-Jasne, że możesz. Z prezentem czy bez niego. Zresztą Ty jesteś prezentem.

Tą konkluzją zakończyłaś przydługą jak na wolny wieczór konwersację. W tym roku miało być inaczej. Spokojnie, bez echa. Kameralnie. Może przy lampce wina. Do tego dobry film. Sałatka fit. Wszak w towarzystwie jesteś chyba jedyną osobą, która się nie odchudza ani nie trzyma diety ze względu na treningi siłowe czy żadne inne. Zatem postanowione. Bez amoku związanego z podejmowaniem gości.

W ciągu najbliższych dni otrzymujesz powiadomienia z grzecznym zapytaniem, co porabiasz w sobotnie popołudnie, bo miło byłoby wpaść z wizytą, spotkać się, niezobowiązująco oczywiście, ale jeśli nie chcesz, choć ostatnio tak rzadko gdzieś bywasz…  Może u Ciebie byłoby sympatyczniej? Tak, zapraszam. Będę w domu. Tylko uprzedzam, że nie mam niczego do jedzenia. Gdybyście mogli coś ze sobą przynieść…

Co to oznacza dla Ciebie? Będą goście i to całkiem sporo, jak na warunki lokalowe, którymi dysponujesz. Po pierwsze. Nie wpadaj w panikę. To nic, że jest bałagan. Ogarniesz go raz dwa. Nie masz środków chemicznych do czyszczenia? To je zakup. Nie, ekologiczne będą bardziej skuteczne i tańsze. Tych użyjesz. Zrób checklistę produktów spożywczych, które zostaną spożytkowane do przyrządzenia czegoś, co rozpieści podniebienia Twoich gości. Nie samą konwersacją człowiek żyje.

W aptece dwukrotnie tłumaczysz podejrzliwej farmaceutce, do czego posłużą Ci igły i strzykawki. Naprawdę po to, by dotrzeć do trudno dostępnych miejsc i je doczyścić. Wiem, jak to brzmi, myślisz widząc spojrzenie z ukosa pracownicy apteki. Dostajesz wspomniany towar. Jeszcze tylko piekarnia i warzywniak. W drodze powrotnej obładowana siatkami z zakupami spotkasz Ewkę. Padacie sobie w objęcia. Wiem, kochana, że miałam Ci podrzucić słoik z powidłami, ale nie miałam kiedy. Podejdziesz jutro do mamy, do zakładu (krawieckiego, przyp. PPD)? Będą tam na Ciebie czekały.

Jutro. Udajesz się do wspomnianego zakładu. Ilością dżemów od Ewki marzycielki mogłabyś nakarmić armię. Zmagając się z ciężarem słoików pokonujesz drogę powrotną. Mocno ograniczona przestrzeń w szafkach kuchennych sprawia, że część powideł ląduje w komórce u sąsiadki. Na wszelki wypadek życzysz bon appetit wszystkim potencjalnym smakoszom. Na urodzinową imprezę postanawiasz przygotować m. in. andruty przekładane gotową masą krówkową oraz powidłami. Pycha. Kruszysz orzechy. Andruty same się pokruszyły. Orzechów masz sporo, ale Twoi goście nie są wiewiórkami. Nie każdy lubi chrupać. Gdy masa zmieszana z orzechami i powidła czekają na rozsmarowanie, wyjmujesz andruty, które wyglądają jak produkty do samodzielnego złożenia ze szwedzkiego marketu. Tym razem z bólem serca rezygnujesz z piszingera. Stawiasz na pomysłowość zaproszonych gości. Wieczorem okazuje się, że na stole jest wszystko, o czym zamarzą wybredne podniebienia. Konsumenci świadomi Twojego wkładu w rozwój gospodarki żywnościowej, przybywają z własnymi wiktuałami. Czujesz się  bardzo szczęśliwą kobietą.

Plurimos annos, plurimos!