Patynowa Pani Domu. Święta tuż, tuż…

Pierniczki, drzewka choinkowe, prezenciki, buciki, paszteciki, dekoracje. Powstaje lista spraw do załatwienia. Każdego roku skraca się zamiast wydłużać. Każdego roku postanawiasz, że tym razem… nie stworzysz żadnej listy. Święta Bożego Narodzenia i przygotowania do nich przejdziesz na spontana w trosce o domowy budżet i własny komfort psychiczny. Lista prezentów. Bon na fitness. Z myślą o kimś, kto ma wywalone na zbędne kilogramy i od urodzenia nie stosował żadnej diety cud-miód i orzeszki. Bon do podologa. Pardon, do pedikiurzystki. Z myślą o kimś, komu stale zimno i nawet w środku upalnego lata chodzi w grubych skarpetkach, a stópki ma wypieszczone niczym dupson noworodka. Bon na kosmetyki. Z myślą o kimś, kto na skutek pandemii wpadł w panikę i zrobił zapasy wszystkiego, co pachnie, pielęgnuje, ściera, usuwa, nawilża, koloruje, wyrównuje kontury. Bon na kolejną parę martensów. Tego w tym roku nie będzie. Kalendarzowym. Na wszelki wypadek nabywasz jako asa w rękawie, a raczej w skarpetce. Najwyżej posłuży Tobie. Kiedyś tam. Jedni myślą o nowych regałach na książki, a Ty o półkach na martensy.

Tradycyjnie pierniczki nieupieczone. Dobra nasza. Drzewko choinkowe nieubrane. W roli stojaka na prezenty jak co roku wystąpią rozmaite rośliny doniczkowe. Saute oczywiście. Kuchnia! Stop! Pomyślisz o tym innym razem. Dziś nie masz w zapasie nawet czekolady, tzn. masz rozpuszczalną, ale w proszku. Nie ma do niej mleka ani śmietanki. Jest miód. Są i orzechy. Jesteś szczęśliwa.

Jest śnieg. Pierwszy raz od lat spadł o tej porze. Jesteś bardzo szczęśliwa. Wychodzisz na spacer. W wielu domach trwają przygotowania do obiadu. Obok zwyczajowego narzędzia uderzającego w rozbijane mięso słychać dźwięki christmasowej muzyki. Dzwoneczki dzwonią z głośników. A Ty wędrujesz w poszukiwaniu mężczyzny z czerwieni, który zdaniem mniej tradycyjnych przeszedł na dietę keto, zaczął trenować crossfit, założył konto na portalu społecznościowym i teraz zupełnie inaczej wygląda.

Notatki. Obsługa klienta

Preferuję zakupy w sklepach internetowych. Nie tylko ze względu na bezpieczeństwo w czasie epidemii covid. Jeśli już się zdarzy, że uzupełniam zapasy w stacjonarnych punktach handlowych, chcę być obsługiwana szybko i sprawnie bez zbędnego rozwlekania niepotrzebnych dialogów pomiędzy sprzedawcą a konsumentem. Czytam ze zrozumieniem informacje zawarte na tabliczkach. Mielenie na życzenie. Poproszę 50 gramów aromatyzowanej kawy o smaku pieczonych kasztanów i tyle samo o zapachu kubańskiego rumu. Tylko tyle? Tak. Chciałabym spróbować. I prosiłabym o zmielenie. Wyraz twarzy sprzedawcy mówi za siebie. Mam brudzić młynek dla Twoich nędznych 50 + 50?! No dobrze, tym razem Ci zmielę, ale o następnym zapomnij. I z takim nastawieniem przystępuje do pracy. Zlikwidowano mój ulubiony punkt z kawą, w którym pojawiałam się doraźnie podczas pauz. Baristów, standardy i obsługę kawiarni wspominam z rozrzewnieniem. Dlatego wybrałam się na poszukiwania innej miejscówki specjalizującej się w serwowaniu zestawów śniadaniowych (w moim przypadku pełniących nierzadko funkcję szybkich, spontanicznych kolacji).

Jednego razu przyjechałam mocno spóźnionym pociągiem. Wygląda na to, że po całym dniu poszczenia zdążę co najwyżej na tosta z kawą, jeśli oczywiście „moja” kawiarnia jeszcze będzie czynna. Była czynna. A wewnątrz przy każdym pojedyncznym stoliku siedział jeden klient i wsuwał „mój” zestaw podróżny. Obsługa lokalu mnie rozpoznała. Pani kiedyś dostarczyła nam książki. Istotnie, to byłam ja. Co dzisiaj bierzemy? Wegański koktajl. Plus średnia kawa z mlekiem. Plus tost bez mięsa. Ze świeżymi liśćmi szpinaku. Jak szaleć, to szaleć. Ale Państwo zaraz zamykają. Spokojnie, przecież nie wygonimy klientów. Są Państwo po długiej i zapewne ciężkiej podróży. Jeszcze trzeba kasę rozliczyć. Kawa dla Pani gratis. Jak to?! Zebrała Pani wystarczająca liczbę punktów. Chyba że Pani nie chce darmowej kawy. Zróbmy tak. Jedną wypiję w ramach programu lojalnościowego, a drugą poproszę zawieszoną. Na jutro. Największą i najmocniejszą, jaką Państwo mają. Czytałem książki, które Pani przyniosła na wymiennik. O czym były? O Ameryce Południowej, o tym, jak malarka jadała tosty z awokado. I do tego kawa. Od razu pomyślałem o Pani. Zazwyczaj wybiera Pani tosty z awokado i nosi Pani chustę zarzuconą na ramiona. Różne chusty. Jak ona.

Tamta kawiarnia już nie istnieje. Jej byłej obsłudze życzę wszystkiego najlepszego. Aby zaparzali najlepszą kawę i serwowali najbardziej chrupiące tosty, o jakich tylko można pomarzyć. Pocovidowy świat nie będzie normalny.

Notatki. W księgarni

-Zeszło na psy to wszystko. Wydawcy. Autorzy. Księgarnie. Sprzedaż. Wszystko. Jakiś chłam i nic więcej. Nie macie pojęcia o rynku księgarskim.

Dyskusja w tym tonie trwała w najlepsze i zastała mnie podczas szperania na półkach z towarem przeznaczonym do wyprzedaży. W ulewne dni w trakcie trwania urlopu postanowiłam odwiedzać księgarnie tudzież czytelnicze kawiarnie, w których wizyta stanowi dla mnie nieodłączny element udanego wypoczynku. Tą zasadą kieruję się od ładnych paru lat. Przyglądam się nie tylko tytułom i sprzedawcom, ale również klientom. Niekiedy wdaję się w niepotrzebną, jak się z czasem okazuje, dyskusję. Lubię wiedzieć, o czym i jak mówią czytelnicy. Niektórzy z nich niewiele robią sobie z tego, że mają publiczność. Tak było i tamtym razem. Dystyngowany jegomość pouczał sprzedawcę o historii książki i rynku księgarskiego powołując się na swoje liczne odwiedziny w czytelniczych świątyniach.

-I po co te gadżety? Księgarnia powinna być księgarnią, a nie punktem sprzedaży błyskotek i jakiegoś badziewia.

-Ale te gadżety są związane z czytelnictwem, zachęcają do czytania, rozumienia i dyskutowania, odparła z uśmiechem pracownica księgarni.

-Jakieś kubki, pierdoły. Poza tym większość tego, co Pani sprzedaje, została wydana niechlujnie. Autorzy nie odbyli gruntownego wykształcenia. Nie wiedzą, o czym piszą, a redaktorzy niestarannie wrzucają teksty do druku i nie separują kiczu od wartościowych dzieł.

-Każdy ma prawo popełnić książkę. Czasy się zmieniły. Wystarczy znaleźć wydawcę, złożyć projekt i czekać na akceptację. Sprzedajemy to, co nam schodzi bądź potencjalnie zejdzie, na co jest zapotrzebowanie.

-Psujecie tym samym rynek promując badziewie.

-Jeżeli Panu nie odpowiada tutejszy asortyment, proponuję skorzystać z oferty innej księgarni.

-Na przykład to. Co to jest? Asertywność. Ludziom trzeba pisać książki o tym, jak odmawiać?

-Jak bronić własnego zdania, własnych przekonań i nie dać się wykorzystywać, np. w pracy.

-Naczytają się głupot, uwierzą jakimś tam niby ekspertom, a potem im się pracować nie chce.

-Jeśli chciałby Pan skorzystać z porady w zakresie doboru lektury, chętnie pomogę. Dalsza dyskusja na inne tematy raczej nie ma sensu. Powinnam wracać do obowiązków.

-Pani obowiązkiem jest uwzględniać życzenia klientów i odpowiadać na ich pytania, a ja się tego domagam jako klient właśnie.

-Nie jest Pan jedynym na pasażu, więc powoli Pan…

-Pozwoli Pan! Pozwoli Pan! Nawet obsługi klienta Panią nie nauczono. Niech Pani idzie już, gdzie chce.

One. Szyby

-Nadal widać smugi. Spójrz pod światło.

-Umyj je sama, skoro masz jakieś ale.

-Nie ale, tylko czepiam się, żebyś wiedziała, jak to jest. Być krytykowanym. Ciągle. Tak przy okazji wieczko już się domyka. Co z nim zrobiłaś?

-Ścisnęłam śrubki przy pomocy kombinerek, następnie wygięłam wieczko do oporu i ponownie zamknęłam. Dlatego teraz chodzi jak…

-Ty i Twój perfekcjonizm. Każdego chłopa nim przegonisz. I nikomu nie dasz zarobić.

-Co mają do tego chłopy?! Zaoszczędziłyśmy na zakupie nowej kawiarki. Jeszcze trochę odłożymy i kupimy parową myjkę do szyb. Nie będę się pałować z wycieraniem ich do sucha, a i tak zostają smugi.

-Pani Ilona, ja bym wolała zmywarkę. Już mnie bolą ręce od zmywania i cała mokra jestem jak tak stoję i zmywam.

-Na zmywarkę trzeba będzie jeszcze poczekać.

-Powiedz swojemu ojcu, żeby Ci ją kupił, gdy następnym razem Was odwiedzi.

-Dziewczyny, koniec dyskusji! Na zmywarę nie ma miejsca.

-Mama bierze na nas piniądze. Niech je wyda na zmywarkę.

-Koniec tematu zmywarki. Co dzisiaj jemy?

-To, co ugototowałaś.

-Skoczę po ziemniaki do warzywniaka. A do nich…

-Ciekawe, czym za nie zapłacisz? Chyba swoimi książkami.

-Kurier zabrał je dopiero wczoraj. Pieniądze z wyceny powinny wpłynąć na konto za kilka dni.

-Całe życie czekasz na pieniądze. Poszłabyś do pracy. Na etacie miałabyś stałą pensję. A Ty wyprzedajesz wszystko, co masz, jak największy dziadol i chodzisz po domach do cudzych dzieci.

-Jakiś grosz z tego jest, mądralo. Dostajesz pieniądze na dzieciaki, więc podskakujesz i zrzędzisz, a do roboty nie pójdziesz. Grunt, że kartony z książkami spakowałaś. Co jutro wrzucamy na wymiennik?

-Dwie pary butów juniora, słoiki z Twoimi przetworami i kilka sztuk zdekompletowanych talerzy, pani perfekcyjna.

One. Książki

-Znowu się na niego wściekłaś.

-Aż tak widać?

-Pewnie, że widać. Zasiadasz do kompulsywnego pisania za każdym razem, gdy od niego wracasz albo kończysz rozmowę.

-Spostrzegawcza jesteś.

-Jedni obżerają się lub piją, idą na zakupy, na siłkę albo na szybką randkę. Ty zasiadasz do kompa i stukasz w klawiaturę niczym Beethoven w pianino.

-Już dawno niczego nie napisałam. Chciałabym nadrobić zaległości.

-Jeśli nie możecie bez siebie żyć, razem czy osobno, może powinniście wziąć ślub? Chętnie widziałabym Cię…

-Sorry, piszę, za pół godziny będę do Twojej dyspo…

-Może stałabyś się słynną pisarką, skoro on tak na Ciebie działa. Wpadasz w twórczy szał, wystarczy, że chwilę porozmawiacie ze sobą na chacie, a Ty wracasz jak natchniona do działania.

-Posegregowałaś książki?

-Nawet nie rozpakowałam kartonów.

-Miałyśmy to zrobić razem. Wiesz, jak trudno będzie mi się z nimi rozstać.

-Tu niedługo nie będzie czym oddychać. Musimy się pozbyć części z nich.

-Nastawiam się, że gdy Ty wydasz własną książkę, będzie tu jeszcze mniej miejsca, ale do tego czasu może przeprowadzisz się i zamieszkasz gdzieś w starym wiatraku. Z nim. Twój książkowy książę zapewni Ci życie na odpowiednim poziomie. Ramiona wiatraka będą skrzypiały, a ja będę Was odwiedzać, jeśli mnie zaprosisz. Przy okazji pomogę w promowaniu Twojej twórczości.

-Co ja bym bez Ciebie zrobiła. Ok, zamykam zdanie i zaczynamy buszowanie wśród zdechłych moli. Na początek pawlacz.

-Tamte są po byłych lokatorach. To jakieś druki z dziedziny ogrodnictwa czy coś. Szkoda ich tak po prostu…

-Mówili, co mamy z nimi zrobić?

-Tak, przekazać bibliotekom albo antykwariatom.

-Do dzieła. Przynieś reklamówki. Jutro z samego rańca pojedziemy z nimi w okolice Rynku.

-W sobotę? Weekend jest.

-Te, z których pisałaś doktorat, zostawiamy.

-Nie będę potrzebne. Dajmy je do reklamówek. Może jakiś zbłąkany doktorant lub amator uprawy ziemi skorzysta z tej wiedzy.

-Tamtych nie oddam.

-Są… Wyglądają niezbyt estetycznie.

-Kupiłam je na dworcu, a właściwie otrzymałam za drobną przysługę. Nawet ich nie przeczytałam.

-Podobnie jak znacznej części z nich. Zdradzisz, jaką?

-Co jaką?

-Przysługę.

-Za pogawędkę.

-Może i ja wybiorę się na dworzec, aby porozmawiać. Nie wiedziałam, że w ten sposób można dorobić.

-Worek na śmieci i do makulatury.

-Nie chcesz chyba wychodzić w taką pogodę.

-Daj, bo się rozmyślę.