Dzień Matki

Kwiaty. Bukiety. Czekoladki. Mnóstwo kwiatów. Mnóstwo czekolad. I znicze. Mnóstwo. Cmentarze i groby toną w zniczach i świeżych kwiatach. Alkohol. Podzwaniają butelki w sklepowych koszach. Coraz więcej par oczu zdradza wspomaganie organizmu przez pochodne etanolu.

-Idę na cmentarz, bo matkę szanuję – zdradza jegomość objuczony jednorazówkami, w których połyskują butelki, wkłady do zniczy i tanie konserwy mięsne – I jeszcze ten bukiecik – dodaje.

-Proszę sobie wyjąć. Do zapłaty będzie…

-Tak drogo?! Bukietu nie wezmę. Chyba że tańszy macie. Ten jest najtańszy?! Nie biorę. Jeszcze trochę i na nic nie wystarczy.

Ze sklepowych półek znikają alkohole niczym po dotknięciu czarodziejskiej różdżki. Różne ceny. Róże potrzeby. Różne na nie odpowiedzi.

Na portalach społecznościowych mnożą się publikacje zawierające zdjęcia otrzymanych laurek, prezentów, bukietów i innych akcentów dowodzących pamięci. Spójrzcie, jakie piękne dzieci urodziłam. Jakie pomysłowe i jakie zaradne.

Awantura w ośrodku jeździeckim. Toczek wart więcej niż pensja pracownika stajni ląduje na betonowej posadzce. Słychać krzyki nastolatki, która gwałtownie gestykuluje próbując rodzicom wyperswadować ich pomysł.

-Nie unoś się. Ja z Tobą rozmawiam – krzyczy matka – opłaciliśmy Ci lekcje.

-Dam sobie radę. W d… mam Wasze pieniądze. Jesteście obciachowi i nudni – oponuje małolata nie przestając rozrzucać wokół siebie jeździeckich gadżetów.

-Nie słuchasz instruktora, dlatego nie ma postępów – matka nie daje za wygraną. Ojciec w tym czasie stoi z boku i spogląda w dal.

-Czego ode mnie chcesz?! Te głupie konie mnie nie słuchają – wrzeszczy latorośl, a jej obłożone końskim nawozem obuwie lecą w stronę zaparkowanych aut. Ojciec nadal stoi sztywny jak kamień. Ostoja rodziny. Skała. Młodsza siostra nieletniej awanturniczki ma łzy w oczach i cerę bladą niczym beza.

-Idźcie już. Sama wrócę – głos i zachowanie nastolatki stają się coraz bardziej agresywne – nie idę z Wami do żadnej knajpy. Utuczycie mnie jak świnię. Nie będę miała dzieci. Nie jestem jak ona. Tępa i żałosna. Rozumiem, rozumiem, powtarzasz w kółko. Latasz po psychologach. Leki chcesz mi aplikować, a chyba Ty ich potrzebujesz. Ciągnij ją dalej na sznurku do gabinetów jak świnię na rzeź. I sami z ojcem tam idźcie. Udajecie tylko.

Notatki. Przerwa

Nie dotrę do domu, zanim szkolenie się rozpocznie. Wiem to co najmniej od kwadransa. Nie wzięłam słuchawek, a nie mam ochoty częstować współpasażerów pewną dawką informacji n.t. uważnego przeżywania tu i teraz, choć może niektórym by się to przydało. Po co mi taka duża torba, skoro i tak nie noszę w niej tego, co akurat jest niezbędne? Dalej nie pojedziemy, wybrzmiewa komunikat, a tuż za nim słychać automatycznie otwierane drzwi. Z autobusu wylewa się masa ludzi zmierzających w różnych kierunkach. Przynajmniej mam blisko do centrum. Stąd łatwiej coś złapać. Z założenia. Czołgam się do najbliżej ławki. Poszukuję telefonu. Są i słuchawki. Przypominam sobie, że mam ich dwie pary. Obie podręczne. Jedna została w domciu. Na wypadek, gdyby. Nie skupię się na treściach przekazywanych przez prelegentkę biegnąc za kolejnym autobusem lub tramwajem. Jest knajpeczka. Wygląda na przytulną. Zajmuję miejsce przy stoliku. Nieopodal dostrzegam rodzinkę składającą się z dwojga dziadków, rodziców i dzieci, chłopca i dziewczynki w wieku szkolnym. Latorośle z czapkami na głowach mają oczy utkwione w ekrany tabletów, a nogi niedbale zarzucone na stół. Rodzice kierują w stronę dzieciaków nieliczne komentarze. Brak reakcji. Czasami wtrącają słowa z angielskim akcentem. Brak reakcji. Dziadkowie tylko się uśmiechają. Wyglądają na niebyt zamożnych emerytów zabranych na wspólny urlop w charakterze współinwestorów. Kelnerka od kilku minut usiłuje poznać szczegóły zamówienia. Dzieci nawet nie spoglądają w jej stronę. Nie dbam o to, że szkolenie się rozpoczęło. Zdążyłam się zalogować. Skoro jest o uważności, to właśnie ją praktykuję. Tymczasem przy sąsiednim stoliku seniorzy wyraźnie ożywają, gdy pracownik knajpki zwraca się bezpośrednio do nich. Kelnerka to jedyna osoba zainteresowana konwersacją z emerytami, którzy opowiadają jej, jak cudownie mieć dzieci i wnuki obok siebie po tak długim czasie rozłąki. Wreszcie mogą spotkać się i porozmawiać. Dzieci nawet zabrały ich na krótki urlop. Z Irlandii przyjechały. Dalszej części rodzinnego występu nie rezonuję. Skupiam się na treściach przekazywanych podczas szkolenia. Fragment o bólu głowy. Uważnie słuchaj, gdy ktoś mówi, dlaczego boli go głowa. Wracam pamięcią do niedawnej rozmowy.

-Proszę Pani, ja już wiem, dlaczego mnie boli głowa. Pani, która przychodzi do nas, a szczególnie do mojej mamy od jakiegoś czasu, stawia jej… I ona właśnie powiedziała, dlaczego mnie boli głowa.

-Dlaczego jej zdaniem?

-Moje ciało odbiera problemy i jeśli nie mogę ich wyrzucić, to mnie boli albo ciało, albo głowa. Przez nią uciekają problemy.

Może kiedyś zostanę szamanką? Nikt nie rozliczy mnie z akademickiej wiedzy, a pieniądze zawsze ludzie przyniosą.

Słucham wykładu z zainteresowaniem. Czas na dyskusję. Aktywnie w niej uczestniczę zastanawiając się jednocześnie, dlaczego mnie rzadko boli głowa.

Patynowa Pani Domu. Ziemiórki

Twoje roślinki w nowych, ceramicznych osłonkach prezentują się majestatycznie, myślisz spoglądając na kolejne nabytki z niemałym trudem zdobyte na wymienniku. To wspomnienie sprzed kilku tygodni osładza Ci wietrzne, deszczowe dni (i noce). Skąd w środku zimy wzięły się w gospodarstwie małe, czarne irytujące stworzonka, zainteresowane Twoimi ścianami i sprzętami nie mówiąc o zielonych towarzyszach. Sięgasz do rozmaitych źródeł wiedzy i dzięki wirtualnym, a jakże, konsultacjom z ekspertami nadajesz nazwę skrzydlatym intruzom. Ziemiórki. Brzmi groźnie. Wytępić niełatwo. Nastaw się na wojnę okopową. Sposób ekologiczny najpierw. Przygotuj pułapkę. Lubią (ziemiórki) żółty kolor, zatem wabik powinien mieć jak najwięcej tej barwy. Czekasz kilka dni. Nic. Odliczasz przepisowy czas. Nic… Na pułapce, ale nie w pokoju. Nadal skuteczny jest jeno mechaniczny sposób pozbywania się owadów. Pora zastosować drastyczne metody walki z wrogiem. Przygotowujesz mieszaninę. Sklepy ze środkami do ochrony roślin to dobry pomysł na biznes. Sprowadzimy interesujący Panią środek. To potrwa… dni. Zaczeka Pani? Zaczekam, a przy okazji udoskonalę cnotę cierpliwości. Po zastosowaniu mieszaniny należy dokładnie umyć ręce, a rękawiczki ostrożnie zdjąć i wyrzucić. Specyfik trzymamy z dala od dziecięcych rączek. Nie zamierzam z nim iść do przedszkola ani na plac zabaw tudzież polać żelków, choć na te ostatnie nawet muchy nie siadają nie będąc zainteresowanymi wzmożoną konsumpcją.

Trucizna na ziemiórki cieszy się dobrą opinią i jest mega skuteczna zdaniem sieciowych użytkowników. Może i moje muszki złapią się w tę sieć? Pożyjemy, ja i one, a potem zobaczymy (muszki ponownie na ścianach i sprzętach). Pierwsza próba nieudana. Pora na drogą. Operacja ziemiórka ma kilka etapów. Połącz metody eko i nieeko. Łączysz zgodnie z poradami zawartymi na forach. Niebawem staniesz się specjalistą od tępienia ziemiórek, tzn. od tego, co robić, aby ich nie wytępić, narażając jednocześnie na szwank swój portfel i coraz słabsze nerwy. Pułapki w kolorze żółci nadal ozdabiają Twój domek, pieniędzy masz zdecydowanie mniej z powodu nieoczekiwanych wydatków, a ziemiórki mają się dobrze od czasu do czasu wpadając na podwieczorek do już nie nowiuśkich doniczek z ziemią.

Oni. Ptasie mleczko

-Zamierzasz to wszystko przeczytać?

-Uhm.

-W ciągu tych kilku wolnych dni?

-Uhm.

-To kiedy będziesz spać? Sorry, że tak…

-To jeszcze nie koniec. Część mam w formie e-booków i audio.

-Będziesz je klepać jak leci?

-Nie.

-Nie szkoda Ci czasu?

-Nie.

-A w tych kartonach co jest?

-Reczy.

-Jak się z tym wszystkim zabierzesz?

-Te pojadą kurierem. Resztę zmieszczę do podręcznego.

-I będziesz tam tylko czytać i czytać?

-Nie, będę spacerować, rozmawiać, delektować się i pisać. A Ty jak spędzisz nadchodzące święta?

-Akurat przypada mi opieka nad juniorem.

-Może jakiś męski wypad?

-Jego matka mi zabrania. Twierdzi, że psuję chłopaka. Rozpieszczam go i takie tam. Że niby rywalizuję z nią. Przekupiam go.

-To co będziecie robić?

-Nie wiem. Kupię ptasie mleczko. Podzielimy się piankami.

-Podrzuciłbyś mnie do punktu z paczkami, a potem na stację?

-Nie ma sprawy.

-Zapłacę.

-Przestań, bo nie podrzucę.

-W takim razie to dla Ciebie.

-Nie wygłupiaj się.

-Bierz. Cytrynowe. Zaoszczędzisz na świątecznych zakupach.

-Skoro nalegasz. Ale zjesz ze mną.

-Jasne. Mogę dwa?

-Możesz więcej.

-Matka młodego powinna zaprosić Cię na święta. Byłoby prościej.

-Wiesz, że nie jestem specjalnie religijny.

-Nie chodzi tu o religijność, tylko o to, by młody zobaczył Was razem.

-Wolałbym, aby zobaczył mnie razem z kimś innym.

-Weźmiesz ten duży, ja ten mniejszy. Podjedziemy do… Tam biorą najtaniej.

-Jesteś bardzo hojna.

-Próbuję pomóc.

-Komu?

-Tym, którzy tej pomocy potrzebują i o nią proszą.

-A tym, którzy nie potrafią albo nie wiedzą, jak poprosić?

-Pozostaje czekać, aż się domyślą.

-Albo zjedzą wszystkie pianki.

One. Koszyki

-Nawet buda jest! Patrz!

-Jest, jest. Nie miałam sił ani serca, by ją rozbierać. Taką ją zostawię.

-Ile to już lat? Nie ma psa. Pamiętam go. Kundlicho miał głos i złość wyrobioną.

-Łańcuch ktoś zabrał.

-Na co komu stary łańcuch?

-Pchnie na żeleźniaku.

-Chcesz sprzedać dom z działką i budą dla psa?

-Tak, buda niech stoi. Może im się przyda. W drugim rogu była studnia. Właz jest zakryty.

-Wygląda na to, że dawno nikt tu nie zaglądał.

-Sąsiadka zaglądała. Miała klucze na wypadek, gdyby na Wszystkich Świętych ktoś przyjechał albo tak w odwiedziny.

-Odwiedziny grobów?

-Chodź, zejdziemy do komórki. Zrobimy, ile się da. Póki mamy klucze.

-Ale tu wszystkiego. Słoiki. Kosze. Dużo ich. Sklep z koszykami chciała otworzyć?

-Sama wyplatała. Mówiłam Ci, że kończyła szkołę wikliniarską?

-Nie przypominam sobie.

-Wyjechała do miasta. Zawsze chciała stąd się wyrwać. Poszła do drewniaka. Tak mówili kiedyś o tej szkole. Do klasy wikliniarskiej. Zamieszkała w internacie. Ale nie ukończyła szkoły, bo ja się urodziłam. Nie patrz tak. Odkładaj te nadpsute.

-Co chcesz z nimi zrobić?

-Spalić. Razem z kuchennymi meblami, a drobny sprzęt wyrzucimy.

-Nie szkoda Ci?

-Nie, i tak nie ma tu niczego mojego. Nawet nie zaglądałam tutaj, odkąd się pokłóciłyśmy.

-Pamiętam.

-Byłaś nią taka zachwycona.

-Jakie to ma teraz znaczenie?

-Żadne. Szkołę przerwała. Poszła za ojcem. Wzięli ślub. Urzędowy. Na krótko przed moim urodzeniem, aby dziecko miało nazwisko. Rok później urodziła się moja siostra. Małżeństwo się nie udało. Wróciła do swojej matki. Do pracy nie poszła, bo byłyśmy małe z siostrą, ale nauczyła się wyplatać koszyki z wikliny i inne rzeczy. Miotły robiła z brzozowych witek. Sprzedawała je potem na targu. Inaczej zginęłybyśmy z głodu. Ale przyszedł czas, że zainteresowania nie było. Wcześniej też szło kiepsko. Babcia zachorowała i w krótkim czasie zmarła, ale do końca sobie nie wybaczyły.

-Czego?

-Sama nie wiem. Chyba tego, że zepsuła sobie życie, bo ja się urodziłam.

-Może koszyki wystawimy? Może komuś się przydadzą?

-Nie, spalę je wszystkie. Kojarzą mi się… Mniejsza z tym…

-Tobie nie będą służyły, ale innym mogą. I tak zamawiamy kontener na sprzęty.

-Nie chcę, by komuś przyniosły pecha.

-Od kiedy jesteś zabobonna?

-Nienawidzę ich. Zawsze się wstydziłam, że chodzę w ubraniach po kimś, bo moja matka łazi po targu i handluje wikliną, a nas na nic nie stać.

-To dlatego szerokim łukiem omijasz lumpeksy i giełdy rzeczy używanych?

-Między innymi dlatego. Poznajesz moje tajemnice.

One. Przemijamy. Przepływamy

Sklep.

-Jeszcze 10 pierogów mrożonych niech mi Pani zważy.

-Z mięsem czy ruskich?

-Ruskich. Mamusia może takie zje. Nie wiem, co tu gotować. Już mnie to wszystko wk… <irytuje – przyp. Autora>

-To mama już w domu?

-W domu. Zajmujemy się nią na zmianę, trochę ja, trochę brat z bratową. Ale jeść nie chce. Drogie te pierogi?

Kobieto, na ostatniej prostej nakarmiłabym Ciebie tanimi wyrobami garmażeryjnymi z masowej produkcji i opowiadałabym po ludziach, że nie chcesz tego jeść. Jakbyś się wtedy poczuła? Dlaczego posilasz swojego rodzica w podeszłym wieku czymś, czego sama byś nie zjadła?

-Wszystkie pieniądze idą na leki. Opiekunki z urzędu mamusia nie chce, więc przychodzimy do niej. Robimy zakupy. Pranie nastawiamy. Ile tej wody idzie. I proszku. Trzeba program gotowania codziennie nastawiać. O, telefon. Tak, mamuniu. Jestem jeszcze na zakupach. Przyjdę. Przyniosę. <donośnym głosem> Pierożki Ci przyniosę. Zjesz. Smaczne. Robiłaś siku? <jeszcze głośniej> Czy siku robiłaś? Nie chcesz? To idź. Zrób. Dzisiaj Grzesiek nie przyjdzie. Jutro jego kolej. Pamiętam. Idź siku. No, idź.

Restauracja.

-Mamuniu, podłożę Ci teraz śliniaczek pod brodę, a tu szmatka na kolanka. Może szyneczki? Albo coś z owoców. Arbuza chcesz? Uciapiesz się. Winogrono. Fe, może to sztuczne z chemią. Jabłuszko Ci obiorę, chcesz? Cholera, nie ma noża. Ale wybrzydzasz. Zawołamy kelnera. To szyneczka. Przecież uwielbiasz. Nie rób scen. Paluszki sobie wytrzyj. Nalać Ci wody? Nie ma kompotu, cholera jasna. Mamuniu, już prosimy kelnerkę, żeby przyniosła kompocik. Idę jej powiedzieć. Będzie ciepły. Z czerwonej porzeczki. Taki, jaki najbardziej lubisz. Nie wybrzydzaj, bo młodym będzie przykro. Tyle się nastarali. Wykosztowali. Wieje. Mocno wieje. Co zrobić? Uuuu… Rosołek wylałaś. Do kelnerki: niech Pani przyniesie serwetkę. Mówiłam Ci, mamuniu, żebyś się nie spieszyła i gorącego nie jadła. Cholera jasna. Do gości: nic się nie stało, mama wylała rosołek. O, już idzie kelnerka. Pościera zaraz. Za głośno? Musi być głośno. Weselicho przecież. Potańczyłaby mamunia, co? Ale nogi już nie te, plączą się, co? A co mamunia tak siedzi i nic nie mówi? I nie chce niczego jeść ani pić. Dopiero młodzi pomyślą, że nic babci nie pasuje. Chociaż w czepek niech mama da konkretnie.

Stacja kolejowa.

-Pomoże mi Pani z bagażami? Niedowidzę i za jednym razem nie dam rady, a pociąg zaraz podjedzie.

-Pomogę. Gdzie To Pani zanieść?

-Tam, na drugi peron. Przesiadałam się, wie Pani, i szukam kogoś, kto mi pomoże się przenieść z tym wszystkim.

-A kto Panią samą wypuścił w podróż z tyloma bagażami?

-Jadę na urodziny siostry. Co roku syn mnie odwoził, ale tym razem powiedział, że mu się auto zepsuło, a ja mam kiepski wzrok. Jestem po operacji.

-Proszę, oto Pani bagaże. Te kwiaty to dla siostry, domyślam się.

-Tak, ona ma kłopoty z pamięcią. Nie wychodzi z domu, ale kwiaty nadal lubi, to kupiłam jej w doniczce. Niech ma zajęcie. Dziękuję Pani, dużo zdrówka. A sprawdzi Pani, czy mam dobry bilet, czy mnie nie oszukali w kasie?

-Tak, proszę pokazać. Jest dobry. Nie oszukano Pani. Jeszcze coś zostało do zrobienia?

-Nie, bardzo Pani dziękuję.

Notatki. Jagody

-Numer 23, proszę.

Odbieram naleśnik z serem i jagodami przyprószony cukrem pudrem. Tym razem spóźniłam się na pierogi. Lokuję się na kamieniu z widokiem na przełęcz. Udaję, że nie widzę tłumów turystów składających się z mniej lub bardziej szczęśliwych rodzin, nieudolnie ukrywających trudności, które podczas urlopów wypływają z siłą ulewnego deszczu zmieniającego górski potok w rwącą rzekę.

-Pani pewnie lubi jagody.

-Tak.

-Tutaj będzie ładny widok, proszę. I odpocznie Pani.

-Dziękuję. Pan też lubi jagody?

-Lubię, ale mi się przejadły. Zbieram je codziennie i tutaj przywożę.

-To jem owoce pracy Pana rąk.

-Trzeba wiedzieć, gdzie zbierać. Jeszcze trochę zostało. A schronisko płaci od litra, ale trzeba codziennie być z dostawą. Tu, gdzie Pani siedzi, lubię odpoczywać.

-Chyba nie zajęłam Panu miejsca.

-Nie, siadam tu na chwilę, bo za jakąś godzinę trzeba będzie na dół schodzić. A tutaj wieje. Przyjemnie tak usiąść i się ochłodzić.

-Tu zawsze takie tłumy?

-Dzisiaj i tak spokojnie. W weekendy więcej ludzi jest.

-I tak Pan sobie dorabia tymi jagodami?

-Jagodami i czym się da. Pracy się nie boję. Pomagam z doskoku przy koniach. Widziałem, jak Pani się kręci po wsi. Tej małej nikt nie pilnuje?

-Sama siebie pilnuje. Ma kryzys.

-Skąd Pani wie?

-Widzę. Tam przy stoliku siedzą jej rodzice, babcia i niepełnosprawny brat.

-Po czym Pani to poznaje?

-Minęłam się z nimi. Niech Pan spojrzy na tego dzieciaka. Widać, że coś jest na rzeczy, choć z boku nie wygląda, a matka cały czas koło niego skacze. A to nos wyciera, a to w herbatę dmucha, a to naleśnikiem karmi. Babka jej wtóruje. Matka odtrąca ręce chłopa, a on ma potrzebę zrobienia zdjęcia i wrzucenia w Internet, jak to szczęśliwie spędza wczasy z rodziną.

-Pani to chyba w wywiadzie pracuje.

-Z ludźmi. Zaraz się przekonamy. Co tam, dziewczynko, zmęczona górami?

Potakuje.

-Nie wyspałaś się?

Potakuje.

-Brat pewnie w nocy hałasował?

Potakuje.

-Czy to nie do Ciebie babcia macha?

Potakuje.

-Nie idziesz?

Łzy lecą jak grochy.

-Co byś chciała teraz robić?

-Tu posiedzieć (przez łzy).

-Ona Wam nie przeszkadza? Babcia zjawia się przy nas niczym duch gestami sugerując odpowiedź. Babciu, to dziecko jest do tego stopnia wymęczone atmosferą panującą w Waszej rodzinie, że potrzebuje oddechu na osobności.

-Nie, w żadnym wypadku. Do dziewczynki: lubisz, gdy wieje wiatr?

Potakuje.

-A wycieczki lubisz?

-Ze szkoły.

Babcia oddala się na odchodnym dorzucając: tylko nie zaczepiaj obcych.

-Jeździcie w góry ze szkoły?

-Nie, do wesołego miasteczka i do parku linowego. Ale w góry pojedziemy, gdy będziemy w starszych klasach.

-Lepiej tak bez mamy na wyjazdach czy z mamą?

-Bez mamy i taty.

-Skończyłam jeść. Pora powoli schodzić.

-Nie chce Pani zjechać?

-Nie, wolę zejść.

-Do widzenia. Trzymaj się, dziewczynko. Wiele wycieczek przed Tobą.

One. Wybór

-Co Ty nałożyłaś na twarz?

-Peeling zawierający ziarna zmielonej kawy.

-Lepiej to zmyj, bo jeszcze mała się wystraszy.

-Jeśli ojca się już nie boi, to współlokatorki w maseczce tym bardziej nie będzie.

-Jeszcze zacznie Cię naśladować, a ja stracę u niej autorytet.

-Kiedy go miałaś?

-A Ty swoje. Dom zaczyna przypominać chlew, bo wszędzie nastawiałaś jakiś słoików z nieznaną zawartością.

-Recycling, organiczne kosmetyki. Słyszałaś zapewne. Wykorzystuję, co się da, aby oszczędzać energię i w ten sposób coś robić dla planety. A zużyte fusy po kawie nadają się również do nawożenia roślin.

-Zrób coś wreszcie dla siebie, a planeta i świat będą Ci wdzięczne.

-Co dokładanie masz na myśli?

-Zacznij zarabiać, weź się za siebie. Nie mówię, że to, co robisz, nie ma wartości, ale może czas wziąć sprawy w swoje ręce?

-Życie mam ułożone.

-Nazywasz porządkiem zajmowanie się cudzymi dziećmi, ogarnianie domu i nakładanie na twarz czegoś, co powinno lądować na śmietniku?! Wszędzie walają się te Twoje organiczne produkty. Kawa jest coraz droższa, a my potrzebujemy jej coraz więcej na Twoje fanaberie. Dom zaczyna cuchnąć.

-Tę miejscówkę trudno nazwać domem.

-Proszę, wielka pani redaktor zabłysnęła elokwencją i dowcipem.

-Skończ.

-Tkwisz w tym miejscu nie dlatego, że tak wybrałaś, moja droga, ale dlatego, że nie masz wyboru.

-Ty za to masz i dlatego nie podejmujesz pracy zgodnej z kwalifikacjami, tylko zadowalasz się byle czym. Nie wymówisz mi pokoju, bo układ jest dla Ciebie korzystny. Masz ogarnięte mieszkanie i dzieci, a ktoś dokłada się do rachunków. Masz na kim wieszać psy za swoje nieudane życie osobiste. Dzieciaki są za małe, a kot Ci nie napyszczy. Możesz wybrać co najwyżej puszkę z żarciem dla niego, ale jemu wszystko jedno, co będzie wszamiał.

One. Szyby

-Nadal widać smugi. Spójrz pod światło.

-Umyj je sama, skoro masz jakieś ale.

-Nie ale, tylko czepiam się, żebyś wiedziała, jak to jest. Być krytykowanym. Ciągle. Tak przy okazji wieczko już się domyka. Co z nim zrobiłaś?

-Ścisnęłam śrubki przy pomocy kombinerek, następnie wygięłam wieczko do oporu i ponownie zamknęłam. Dlatego teraz chodzi jak…

-Ty i Twój perfekcjonizm. Każdego chłopa nim przegonisz. I nikomu nie dasz zarobić.

-Co mają do tego chłopy?! Zaoszczędziłyśmy na zakupie nowej kawiarki. Jeszcze trochę odłożymy i kupimy parową myjkę do szyb. Nie będę się pałować z wycieraniem ich do sucha, a i tak zostają smugi.

-Pani Ilona, ja bym wolała zmywarkę. Już mnie bolą ręce od zmywania i cała mokra jestem jak tak stoję i zmywam.

-Na zmywarkę trzeba będzie jeszcze poczekać.

-Powiedz swojemu ojcu, żeby Ci ją kupił, gdy następnym razem Was odwiedzi.

-Dziewczyny, koniec dyskusji! Na zmywarę nie ma miejsca.

-Mama bierze na nas piniądze. Niech je wyda na zmywarkę.

-Koniec tematu zmywarki. Co dzisiaj jemy?

-To, co ugototowałaś.

-Skoczę po ziemniaki do warzywniaka. A do nich…

-Ciekawe, czym za nie zapłacisz? Chyba swoimi książkami.

-Kurier zabrał je dopiero wczoraj. Pieniądze z wyceny powinny wpłynąć na konto za kilka dni.

-Całe życie czekasz na pieniądze. Poszłabyś do pracy. Na etacie miałabyś stałą pensję. A Ty wyprzedajesz wszystko, co masz, jak największy dziadol i chodzisz po domach do cudzych dzieci.

-Jakiś grosz z tego jest, mądralo. Dostajesz pieniądze na dzieciaki, więc podskakujesz i zrzędzisz, a do roboty nie pójdziesz. Grunt, że kartony z książkami spakowałaś. Co jutro wrzucamy na wymiennik?

-Dwie pary butów juniora, słoiki z Twoimi przetworami i kilka sztuk zdekompletowanych talerzy, pani perfekcyjna.

One. P.

Rozmowa odbyła się w czasach, gdy wieczorami popularną rozrywką było czytanie książek tudzież czasopism albo słuchanie ulubionych audycji radiowych.

-Jest jeszcze na eskaesie, więc możemy trochę pogadać. Gdy wróci, już niczego nie zrobimy przy nim. Nawet kolacji. Bo jeszcze zacznie rzucać czym popadnie. Ostatnio rozbił mi filiżanki, które dostałam od mamy na to mieszkanie. To znaczy wzięłam je z domu. Mama twierdzi, że nie są jej potrzebne, bo i tak nikogo do domu nie zaprasza, a sami z ojcem piją ze szklanek. Takich nietłukących. Twoich rzeczy nie rusza, nie martw się. Czuje respekt. Tłumaczę mu, że jesteś moją koleżanką, która nie ma gdzie mieszkać, bo pokłóciła się z chłopakiem.

-Uwierzył?

-Nie mówię mu prawdy, że mieszkasz tu, aby podreperować nasz budżet. Wie, że studiujesz i dokładasz się do rachunków. Tyle mu wystarczy. Ostatnio cały blok słyszał, jak darł na mnie mordę. A następnego dnia stał pod oknem i wrzeszczał razem z kolegami „Ty k…o, rzuć mi klucz, bo szyby powybijam na dole tej starej wariatce i będziesz za mnie w pierdlu siedzieć”.

-Nie słyszałam.

-Byłaś na zajęciach. Zresztą wychodzisz rano i wracasz wieczorem. Co możesz słyszeć. Coś Ci powiem. Uważaj, z kim się spotykasz i z kim umawiasz. Ja nie uważałam i co mam. Recepty u psychiatry. Ostatnio mi przepisał łagodne leki. Śpię po nich jak niemowlę. Do pracy na razie nie wrócę. Wiem, że powinnam. Ale szpital sobie beze mnie poradzi. Dzwonili ostatnio, to im powiedziałam, że po Nowym Roku już przyjdę. Ale ja przedłużam zwolnienia, bo w pracy wisi nade mną piętno puszczalskiej panny z dzieckiem i to uszkodzonym. Nie wiedzą, że leczę się u specjalisty. Wyciągają mnie na jakieś imprezy, potańcówki. Chcą mnie komuś przedstawiać. A ja nie mam ochoty wiązać się z nikim. Nie odczuwam żadnych potrzeb ani żądz. Tylko apetyt mam. Wyjadam z lodówki wszystko, co jest pod ręką. Te leki takie działanie mają. Psychiatra tłumaczyła. Czy wiesz, że ona jest w moim wieku? I co mi ostatnio powiedziała? Że to mnie przyda się kuracja, a nie synowi, który potrzebuje męskiej ręki i regularnych zajęć sportowych. To go zapisałam na SKS. Dwa razy w tygodniu popołudniami wychodzi i potem sam wraca. Nie boi się. Nawet zimą.

-Kto Ci płaci rachunki i czynsz za to mieszkanie?

-Ojciec. Emerytowany wojskowy. Jestem mu za to ogromnie wdzięczna. Wstydzi się psychicznej córki, więc w spółdzielni płaci wszystkie rachunki tłumacząc, że ja nie mam na to czasu, bo biegam z jego wnukiem po lekarzach. A ja nie wiem, dokąd mam z nim pójść. Na obserwację w szpitalu psychiatrycznym czeka się ok. pół roku z takim przypadkiem. Jak to dobrze, że mieszkasz z nami. Przynajmniej mam się komu wygadać.