One. Koszyki

-Nawet buda jest! Patrz!

-Jest, jest. Nie miałam sił ani serca, by ją rozbierać. Taką ją zostawię.

-Ile to już lat? Nie ma psa. Pamiętam go. Kundlicho miał głos i złość wyrobioną.

-Łańcuch ktoś zabrał.

-Na co komu stary łańcuch?

-Pchnie na żeleźniaku.

-Chcesz sprzedać dom z działką i budą dla psa?

-Tak, buda niech stoi. Może im się przyda. W drugim rogu była studnia. Właz jest zakryty.

-Wygląda na to, że dawno nikt tu nie zaglądał.

-Sąsiadka zaglądała. Miała klucze na wypadek, gdyby na Wszystkich Świętych ktoś przyjechał albo tak w odwiedziny.

-Odwiedziny grobów?

-Chodź, zejdziemy do komórki. Zrobimy, ile się da. Póki mamy klucze.

-Ale tu wszystkiego. Słoiki. Kosze. Dużo ich. Sklep z koszykami chciała otworzyć?

-Sama wyplatała. Mówiłam Ci, że kończyła szkołę wikliniarską?

-Nie przypominam sobie.

-Wyjechała do miasta. Zawsze chciała stąd się wyrwać. Poszła do drewniaka. Tak mówili kiedyś o tej szkole. Do klasy wikliniarskiej. Zamieszkała w internacie. Ale nie ukończyła szkoły, bo ja się urodziłam. Nie patrz tak. Odkładaj te nadpsute.

-Co chcesz z nimi zrobić?

-Spalić. Razem z kuchennymi meblami, a drobny sprzęt wyrzucimy.

-Nie szkoda Ci?

-Nie, i tak nie ma tu niczego mojego. Nawet nie zaglądałam tutaj, odkąd się pokłóciłyśmy.

-Pamiętam.

-Byłaś nią taka zachwycona.

-Jakie to ma teraz znaczenie?

-Żadne. Szkołę przerwała. Poszła za ojcem. Wzięli ślub. Urzędowy. Na krótko przed moim urodzeniem, aby dziecko miało nazwisko. Rok później urodziła się moja siostra. Małżeństwo się nie udało. Wróciła do swojej matki. Do pracy nie poszła, bo byłyśmy małe z siostrą, ale nauczyła się wyplatać koszyki z wikliny i inne rzeczy. Miotły robiła z brzozowych witek. Sprzedawała je potem na targu. Inaczej zginęłybyśmy z głodu. Ale przyszedł czas, że zainteresowania nie było. Wcześniej też szło kiepsko. Babcia zachorowała i w krótkim czasie zmarła, ale do końca sobie nie wybaczyły.

-Czego?

-Sama nie wiem. Chyba tego, że zepsuła sobie życie, bo ja się urodziłam.

-Może koszyki wystawimy? Może komuś się przydadzą?

-Nie, spalę je wszystkie. Kojarzą mi się… Mniejsza z tym…

-Tobie nie będą służyły, ale innym mogą. I tak zamawiamy kontener na sprzęty.

-Nie chcę, by komuś przyniosły pecha.

-Od kiedy jesteś zabobonna?

-Nienawidzę ich. Zawsze się wstydziłam, że chodzę w ubraniach po kimś, bo moja matka łazi po targu i handluje wikliną, a nas na nic nie stać.

-To dlatego szerokim łukiem omijasz lumpeksy i giełdy rzeczy używanych?

-Między innymi dlatego. Poznajesz moje tajemnice.

One. Przemijamy. Przepływamy

Sklep.

-Jeszcze 10 pierogów mrożonych niech mi Pani zważy.

-Z mięsem czy ruskich?

-Ruskich. Mamusia może takie zje. Nie wiem, co tu gotować. Już mnie to wszystko wk… <irytuje – przyp. Autora>

-To mama już w domu?

-W domu. Zajmujemy się nią na zmianę, trochę ja, trochę brat z bratową. Ale jeść nie chce. Drogie te pierogi?

Kobieto, na ostatniej prostej nakarmiłabym Ciebie tanimi wyrobami garmażeryjnymi z masowej produkcji i opowiadałabym po ludziach, że nie chcesz tego jeść. Jakbyś się wtedy poczuła? Dlaczego posilasz swojego rodzica w podeszłym wieku czymś, czego sama byś nie zjadła?

-Wszystkie pieniądze idą na leki. Opiekunki z urzędu mamusia nie chce, więc przychodzimy do niej. Robimy zakupy. Pranie nastawiamy. Ile tej wody idzie. I proszku. Trzeba program gotowania codziennie nastawiać. O, telefon. Tak, mamuniu. Jestem jeszcze na zakupach. Przyjdę. Przyniosę. <donośnym głosem> Pierożki Ci przyniosę. Zjesz. Smaczne. Robiłaś siku? <jeszcze głośniej> Czy siku robiłaś? Nie chcesz? To idź. Zrób. Dzisiaj Grzesiek nie przyjdzie. Jutro jego kolej. Pamiętam. Idź siku. No, idź.

Restauracja.

-Mamuniu, podłożę Ci teraz śliniaczek pod brodę, a tu szmatka na kolanka. Może szyneczki? Albo coś z owoców. Arbuza chcesz? Uciapiesz się. Winogrono. Fe, może to sztuczne z chemią. Jabłuszko Ci obiorę, chcesz? Cholera, nie ma noża. Ale wybrzydzasz. Zawołamy kelnera. To szyneczka. Przecież uwielbiasz. Nie rób scen. Paluszki sobie wytrzyj. Nalać Ci wody? Nie ma kompotu, cholera jasna. Mamuniu, już prosimy kelnerkę, żeby przyniosła kompocik. Idę jej powiedzieć. Będzie ciepły. Z czerwonej porzeczki. Taki, jaki najbardziej lubisz. Nie wybrzydzaj, bo młodym będzie przykro. Tyle się nastarali. Wykosztowali. Wieje. Mocno wieje. Co zrobić? Uuuu… Rosołek wylałaś. Do kelnerki: niech Pani przyniesie serwetkę. Mówiłam Ci, mamuniu, żebyś się nie spieszyła i gorącego nie jadła. Cholera jasna. Do gości: nic się nie stało, mama wylała rosołek. O, już idzie kelnerka. Pościera zaraz. Za głośno? Musi być głośno. Weselicho przecież. Potańczyłaby mamunia, co? Ale nogi już nie te, plączą się, co? A co mamunia tak siedzi i nic nie mówi? I nie chce niczego jeść ani pić. Dopiero młodzi pomyślą, że nic babci nie pasuje. Chociaż w czepek niech mama da konkretnie.

Stacja kolejowa.

-Pomoże mi Pani z bagażami? Niedowidzę i za jednym razem nie dam rady, a pociąg zaraz podjedzie.

-Pomogę. Gdzie To Pani zanieść?

-Tam, na drugi peron. Przesiadałam się, wie Pani, i szukam kogoś, kto mi pomoże się przenieść z tym wszystkim.

-A kto Panią samą wypuścił w podróż z tyloma bagażami?

-Jadę na urodziny siostry. Co roku syn mnie odwoził, ale tym razem powiedział, że mu się auto zepsuło, a ja mam kiepski wzrok. Jestem po operacji.

-Proszę, oto Pani bagaże. Te kwiaty to dla siostry, domyślam się.

-Tak, ona ma kłopoty z pamięcią. Nie wychodzi z domu, ale kwiaty nadal lubi, to kupiłam jej w doniczce. Niech ma zajęcie. Dziękuję Pani, dużo zdrówka. A sprawdzi Pani, czy mam dobry bilet, czy mnie nie oszukali w kasie?

-Tak, proszę pokazać. Jest dobry. Nie oszukano Pani. Jeszcze coś zostało do zrobienia?

-Nie, bardzo Pani dziękuję.

Notatki. Jagody

-Numer 23, proszę.

Odbieram naleśnik z serem i jagodami przyprószony cukrem pudrem. Tym razem spóźniłam się na pierogi. Lokuję się na kamieniu z widokiem na przełęcz. Udaję, że nie widzę tłumów turystów składających się z mniej lub bardziej szczęśliwych rodzin, nieudolnie ukrywających trudności, które podczas urlopów wypływają z siłą ulewnego deszczu zmieniającego górski potok w rwącą rzekę.

-Pani pewnie lubi jagody.

-Tak.

-Tutaj będzie ładny widok, proszę. I odpocznie Pani.

-Dziękuję. Pan też lubi jagody?

-Lubię, ale mi się przejadły. Zbieram je codziennie i tutaj przywożę.

-To jem owoce pracy Pana rąk.

-Trzeba wiedzieć, gdzie zbierać. Jeszcze trochę zostało. A schronisko płaci od litra, ale trzeba codziennie być z dostawą. Tu, gdzie Pani siedzi, lubię odpoczywać.

-Chyba nie zajęłam Panu miejsca.

-Nie, siadam tu na chwilę, bo za jakąś godzinę trzeba będzie na dół schodzić. A tutaj wieje. Przyjemnie tak usiąść i się ochłodzić.

-Tu zawsze takie tłumy?

-Dzisiaj i tak spokojnie. W weekendy więcej ludzi jest.

-I tak Pan sobie dorabia tymi jagodami?

-Jagodami i czym się da. Pracy się nie boję. Pomagam z doskoku przy koniach. Widziałem, jak Pani się kręci po wsi. Tej małej nikt nie pilnuje?

-Sama siebie pilnuje. Ma kryzys.

-Skąd Pani wie?

-Widzę. Tam przy stoliku siedzą jej rodzice, babcia i niepełnosprawny brat.

-Po czym Pani to poznaje?

-Minęłam się z nimi. Niech Pan spojrzy na tego dzieciaka. Widać, że coś jest na rzeczy, choć z boku nie wygląda, a matka cały czas koło niego skacze. A to nos wyciera, a to w herbatę dmucha, a to naleśnikiem karmi. Babka jej wtóruje. Matka odtrąca ręce chłopa, a on ma potrzebę zrobienia zdjęcia i wrzucenia w Internet, jak to szczęśliwie spędza wczasy z rodziną.

-Pani to chyba w wywiadzie pracuje.

-Z ludźmi. Zaraz się przekonamy. Co tam, dziewczynko, zmęczona górami?

Potakuje.

-Nie wyspałaś się?

Potakuje.

-Brat pewnie w nocy hałasował?

Potakuje.

-Czy to nie do Ciebie babcia macha?

Potakuje.

-Nie idziesz?

Łzy lecą jak grochy.

-Co byś chciała teraz robić?

-Tu posiedzieć (przez łzy).

-Ona Wam nie przeszkadza? Babcia zjawia się przy nas niczym duch gestami sugerując odpowiedź. Babciu, to dziecko jest do tego stopnia wymęczone atmosferą panującą w Waszej rodzinie, że potrzebuje oddechu na osobności.

-Nie, w żadnym wypadku. Do dziewczynki: lubisz, gdy wieje wiatr?

Potakuje.

-A wycieczki lubisz?

-Ze szkoły.

Babcia oddala się na odchodnym dorzucając: tylko nie zaczepiaj obcych.

-Jeździcie w góry ze szkoły?

-Nie, do wesołego miasteczka i do parku linowego. Ale w góry pojedziemy, gdy będziemy w starszych klasach.

-Lepiej tak bez mamy na wyjazdach czy z mamą?

-Bez mamy i taty.

-Skończyłam jeść. Pora powoli schodzić.

-Nie chce Pani zjechać?

-Nie, wolę zejść.

-Do widzenia. Trzymaj się, dziewczynko. Wiele wycieczek przed Tobą.

One. Wybór

-Co Ty nałożyłaś na twarz?

-Peeling zawierający ziarna zmielonej kawy.

-Lepiej to zmyj, bo jeszcze mała się wystraszy.

-Jeśli ojca się już nie boi, to współlokatorki w maseczce tym bardziej nie będzie.

-Jeszcze zacznie Cię naśladować, a ja stracę u niej autorytet.

-Kiedy go miałaś?

-A Ty swoje. Dom zaczyna przypominać chlew, bo wszędzie nastawiałaś jakiś słoików z nieznaną zawartością.

-Recycling, organiczne kosmetyki. Słyszałaś zapewne. Wykorzystuję, co się da, aby oszczędzać energię i w ten sposób coś robić dla planety. A zużyte fusy po kawie nadają się również do nawożenia roślin.

-Zrób coś wreszcie dla siebie, a planeta i świat będą Ci wdzięczne.

-Co dokładanie masz na myśli?

-Zacznij zarabiać, weź się za siebie. Nie mówię, że to, co robisz, nie ma wartości, ale może czas wziąć sprawy w swoje ręce?

-Życie mam ułożone.

-Nazywasz porządkiem zajmowanie się cudzymi dziećmi, ogarnianie domu i nakładanie na twarz czegoś, co powinno lądować na śmietniku?! Wszędzie walają się te Twoje organiczne produkty. Kawa jest coraz droższa, a my potrzebujemy jej coraz więcej na Twoje fanaberie. Dom zaczyna cuchnąć.

-Tę miejscówkę trudno nazwać domem.

-Proszę, wielka pani redaktor zabłysnęła elokwencją i dowcipem.

-Skończ.

-Tkwisz w tym miejscu nie dlatego, że tak wybrałaś, moja droga, ale dlatego, że nie masz wyboru.

-Ty za to masz i dlatego nie podejmujesz pracy zgodnej z kwalifikacjami, tylko zadowalasz się byle czym. Nie wymówisz mi pokoju, bo układ jest dla Ciebie korzystny. Masz ogarnięte mieszkanie i dzieci, a ktoś dokłada się do rachunków. Masz na kim wieszać psy za swoje nieudane życie osobiste. Dzieciaki są za małe, a kot Ci nie napyszczy. Możesz wybrać co najwyżej puszkę z żarciem dla niego, ale jemu wszystko jedno, co będzie wszamiał.

One. Szyby

-Nadal widać smugi. Spójrz pod światło.

-Umyj je sama, skoro masz jakieś ale.

-Nie ale, tylko czepiam się, żebyś wiedziała, jak to jest. Być krytykowanym. Ciągle. Tak przy okazji wieczko już się domyka. Co z nim zrobiłaś?

-Ścisnęłam śrubki przy pomocy kombinerek, następnie wygięłam wieczko do oporu i ponownie zamknęłam. Dlatego teraz chodzi jak…

-Ty i Twój perfekcjonizm. Każdego chłopa nim przegonisz. I nikomu nie dasz zarobić.

-Co mają do tego chłopy?! Zaoszczędziłyśmy na zakupie nowej kawiarki. Jeszcze trochę odłożymy i kupimy parową myjkę do szyb. Nie będę się pałować z wycieraniem ich do sucha, a i tak zostają smugi.

-Pani Ilona, ja bym wolała zmywarkę. Już mnie bolą ręce od zmywania i cała mokra jestem jak tak stoję i zmywam.

-Na zmywarkę trzeba będzie jeszcze poczekać.

-Powiedz swojemu ojcu, żeby Ci ją kupił, gdy następnym razem Was odwiedzi.

-Dziewczyny, koniec dyskusji! Na zmywarę nie ma miejsca.

-Mama bierze na nas piniądze. Niech je wyda na zmywarkę.

-Koniec tematu zmywarki. Co dzisiaj jemy?

-To, co ugototowałaś.

-Skoczę po ziemniaki do warzywniaka. A do nich…

-Ciekawe, czym za nie zapłacisz? Chyba swoimi książkami.

-Kurier zabrał je dopiero wczoraj. Pieniądze z wyceny powinny wpłynąć na konto za kilka dni.

-Całe życie czekasz na pieniądze. Poszłabyś do pracy. Na etacie miałabyś stałą pensję. A Ty wyprzedajesz wszystko, co masz, jak największy dziadol i chodzisz po domach do cudzych dzieci.

-Jakiś grosz z tego jest, mądralo. Dostajesz pieniądze na dzieciaki, więc podskakujesz i zrzędzisz, a do roboty nie pójdziesz. Grunt, że kartony z książkami spakowałaś. Co jutro wrzucamy na wymiennik?

-Dwie pary butów juniora, słoiki z Twoimi przetworami i kilka sztuk zdekompletowanych talerzy, pani perfekcyjna.

One. P.

Rozmowa odbyła się w czasach, gdy wieczorami popularną rozrywką było czytanie książek tudzież czasopism albo słuchanie ulubionych audycji radiowych.

-Jest jeszcze na eskaesie, więc możemy trochę pogadać. Gdy wróci, już niczego nie zrobimy przy nim. Nawet kolacji. Bo jeszcze zacznie rzucać czym popadnie. Ostatnio rozbił mi filiżanki, które dostałam od mamy na to mieszkanie. To znaczy wzięłam je z domu. Mama twierdzi, że nie są jej potrzebne, bo i tak nikogo do domu nie zaprasza, a sami z ojcem piją ze szklanek. Takich nietłukących. Twoich rzeczy nie rusza, nie martw się. Czuje respekt. Tłumaczę mu, że jesteś moją koleżanką, która nie ma gdzie mieszkać, bo pokłóciła się z chłopakiem.

-Uwierzył?

-Nie mówię mu prawdy, że mieszkasz tu, aby podreperować nasz budżet. Wie, że studiujesz i dokładasz się do rachunków. Tyle mu wystarczy. Ostatnio cały blok słyszał, jak darł na mnie mordę. A następnego dnia stał pod oknem i wrzeszczał razem z kolegami „Ty k…o, rzuć mi klucz, bo szyby powybijam na dole tej starej wariatce i będziesz za mnie w pierdlu siedzieć”.

-Nie słyszałam.

-Byłaś na zajęciach. Zresztą wychodzisz rano i wracasz wieczorem. Co możesz słyszeć. Coś Ci powiem. Uważaj, z kim się spotykasz i z kim umawiasz. Ja nie uważałam i co mam. Recepty u psychiatry. Ostatnio mi przepisał łagodne leki. Śpię po nich jak niemowlę. Do pracy na razie nie wrócę. Wiem, że powinnam. Ale szpital sobie beze mnie poradzi. Dzwonili ostatnio, to im powiedziałam, że po Nowym Roku już przyjdę. Ale ja przedłużam zwolnienia, bo w pracy wisi nade mną piętno puszczalskiej panny z dzieckiem i to uszkodzonym. Nie wiedzą, że leczę się u specjalisty. Wyciągają mnie na jakieś imprezy, potańcówki. Chcą mnie komuś przedstawiać. A ja nie mam ochoty wiązać się z nikim. Nie odczuwam żadnych potrzeb ani żądz. Tylko apetyt mam. Wyjadam z lodówki wszystko, co jest pod ręką. Te leki takie działanie mają. Psychiatra tłumaczyła. Czy wiesz, że ona jest w moim wieku? I co mi ostatnio powiedziała? Że to mnie przyda się kuracja, a nie synowi, który potrzebuje męskiej ręki i regularnych zajęć sportowych. To go zapisałam na SKS. Dwa razy w tygodniu popołudniami wychodzi i potem sam wraca. Nie boi się. Nawet zimą.

-Kto Ci płaci rachunki i czynsz za to mieszkanie?

-Ojciec. Emerytowany wojskowy. Jestem mu za to ogromnie wdzięczna. Wstydzi się psychicznej córki, więc w spółdzielni płaci wszystkie rachunki tłumacząc, że ja nie mam na to czasu, bo biegam z jego wnukiem po lekarzach. A ja nie wiem, dokąd mam z nim pójść. Na obserwację w szpitalu psychiatrycznym czeka się ok. pół roku z takim przypadkiem. Jak to dobrze, że mieszkasz z nami. Przynajmniej mam się komu wygadać.

One. Poszukiwania

-O której kończysz zajęcia?

-Za jakiś kwadrans powinnam być w ośrodku. Zaczekasz?

-Zaczekam. Junior znowu mnie wyzwał od różnych. Nie wiem, co robić z tym dzieckiem. Lekarze niby zlecają jakieś badania. Hormony, EKG, nawet tomografię. A ja wiem, że to może być co innego. Niedługo sama zacznę brać leki, jeśli tak dalej pójdzie. No nic, spożywkę zrobimy, gdy wrócimy z cmentarza. Na razie kupiłam kwiaty. Powiem młodemu, żeby je zaniósł na grób. To do zobaczenia.

Godzinę później.

-Nie możemy znaleźć. Biegamy z góry na dół. Pomożesz nam?

-Tak, ale najpierw dzwoń do tych ojców czy jak ich tam zwą. Powinni mieć to zapisane w księgach. Dom zamknięty, ale może ktoś jest w środku albo w pobliżu i mógłby pomóc. Rozpytam ludzi.

-Zaczekaj. O tym nie pomyślałam. Jaki tam jest numer? Zaraz poszukam. Cicho, młody! Zostaw te znicze! Zejdź z grobu! Nie wieszaj się tak! Ludzie nam się przyglądają, kurcze.

-Pogadam z nimi, a Ty szukaj numeru.

-Nikt nie odbiera. Poczta głosowa się włącza.

-Ludzie nie kojarzą nazwiska. Nie chcieli za bardzo gadać. Odwrócili się do mnie plecami.

-To co teraz?

-Szukajmy wśród nowych grobów, w dolnej części. Ja idę na prawo, Ty na lewo. I kwatera po kwaterze.

-Dzwoniłam do jego matki. Też nie odbiera. Młody, nie skacz po grobach! Zaraz dam mu w pysk.

-Chodźmy już. Może w tym czasie uda się dodzwonić do tych batiuszków. Próbuj! Ja tymczasem oblecę ogród i pasieki. Zajrzę do knajpy. Wypytam lokalsów o kogoś o takim nazwisku. Przecież nie zapadł się pod ziemię.

-Właśnie leży pod ziemią, a ja go szukam. Dalej tylko sygnał.

-Ok, ja lecę do knajpy, a Ty i młody biegacie od grobu do grobu. Jeśli coś znajdziecie, dajcie znać.

Jakiś czas później.

-Jest!!!

W drodze powrotnej.

-Teraz da mi spokój i przestanie zadawać pytania. Kiedyś go tu jeszcze przywiozę, a gdy dorośnie, sam zdecyduje, co z tym zrobić. Ma jeszcze babcię. Chcę, aby ją poznał. A ona przez te wszystkie lata nie interesowała się nami. Nawet na jego urodziny nie zadzwoniła ani razu. Nic. Ze mną nie chce gadać. Twierdzi, że to przeze mnie jej syn się zabił.

One. P.

Znalazłam wreszcie taksówkę, która nas tam zawiezie. Za rozsądną cenę. Umówiłam się z kierowcą na konkretny dzień. Będzie do naszej dyspozycji. Do południa. Potem coś tam ma, jakąś jazdę, więc wyrobimy się do dwunastej, tak mu powiedziałam. Chcesz jego numer? Podam Ci. Jeśli chcesz, możesz się z nami zabrać. Byłoby nam razem raźniej. Nie powinno padać. sprawdzałam prognozę. Na wszelki wypadek założę długie spodnie i wezmę sweter. To gdzieś niedaleko poczty. Na niewielkim wzgórzu. Patrz. Nie jest daleko. Mogłabyś przy okazji zwiedzić cmentarz i porobić zdjęcia, skoro to tak lubisz. F. się ucieszy, jeśli z nami pojedziesz. I wiesz, coś trzeba powiedzieć tym ludziom. Nie mam na razie pomysłu, co. Próbowałam dodzwonić się do jego matki. Mieszka w sąsiednim miasteczku. Ale nie oddzwania. Mówiłam jej, że będziemy, i pytałam, czy chciałaby zobaczyć się z wnukiem. On jej wcale nie pamięta. Wie tylko, że ma babcię zamieszkałą gdzieś na końcu świata, gdzie trudno dotrzeć. Ona ma córkę w Szwecji. Czasami ją tam odwiedza. Nawet nie oddzwoniła. Pisałam SMSy. Nie odpowiedziała. Znała mnie. Bywałam u niej, zanim F. się urodził. Po wypadku przestałam bywać. Kontaktu z nią też nie utrzymywałam. Aż do tego roku, gdy wybuchł ten cały covid. Mieliśmy więcej czasu dla siebie. F. jest coraz starszy. Zaczął zadawać pytania. Rozmawiałam z jego psychologiem i zostałam przez niego uprzedzona, że junior może mnie obwiniać o to, że wychowuje się bez ojca. Rozstałam się z A., zanim F. się urodził. To nie miało racji bytu. Zresztą F. jest wpadką. Sama nie wiem, kiedy to się stało. Jego ojciec był totalnym mułem. Szybko ze sobą zamieszkaliśmy, a resztę znasz. Mój brat prowadzi szkołę karate, więc wysyłam F. na zajęcia. Już drugi rok do niego chodzi. Czego my nie próbowaliśmy? Były i szachy i pływanie i jazda na rowerze i wreszcie karate. Brat czasami zabiera młodego do siebie. Zastępuje mu ojca w jakimś sensie. Chłopak bez ojca źle się chowa. Bardzo dobrze o tym wiesz. Pracujesz z różnymi zaburzonymi dzieciakami. Terapii tez próbowaliśmy. Dostaliśmy się do centrum. Ale płacimy za udział w zajęciach, bo to jakieś nowatorskie metody i nie są jeszcze refundowane. Jakaś terapia kolorami, światłem. Niby F. ma się od tego wyciszać. Chodzimy też do psychologa, ale tego mamy na NFZ. Przerwałam terapię, gdy wybuchła epidemia. I tak nie przynosiła spodziewanych rezultatów. Zamiast tego zmieniłam mieszkanie i przy okazji skasowałam auto. Kolejne. Na osiedlu. Dobrze, że wtedy sama byłam wewnątrz. Na nowe na razie mnie nie stać. Rodzice nie pożyczą mi swojego. Mówią, że jestem fatalnym kierowcą i jeszcze ich mogłabym skasować i siebie przy okazji. Dlatego rozbijam się pociągami i taksówkami. To jak, jedziesz z nami?

One. Puszki

-Chcesz je?

-Pewnie, że chcę. Cudne puchy.

-Są Twoje.

-Będą pasować do pasków na ścianie. Zieloniutkie jak wiosenna łąka.

-Nie były używane.

-To po co je kupiłaś?

-Myślałam podobnie jak Ty, że będą pasować do kuchni, którą z taką pieczołowitością urządzałam.

-I?

-Nie pasowały. Podobnie jak kuchnia i nie tylko ona. Do życia.

-Tamto małżeństwo nie było dla Ciebie. Dla Was.

-Małżeństwo w ogóle nie jest dla mnie. Wiesz, kiedy dokładnie kupiłam te puszki?

-Nie wiem.

-W dniu, w którym garnki z zawartością po raz pierwszy poleciały przez okno. Grunt, że nikogo wtedy nie zabiły.

-To już przeszłość. Teraz skup się na…

-Na tym, jak przeżyć z dziećmi, nie pozostawić ich sierotami i nie zostać wyeksmitowaną.

-Nie panikuj.

-Tamtej wiosny miałyśmy jechać do Wiednia.

-Jeszcze pojedziemy.

-Kupiłyśmy bilety i zabukowałyśmy noclegi. Dzień wcześniej dostałam ataku. Ty wpadłaś w furię. Krzyczałaś, że zepsułam Ci weekend, naraziłam na koszty i jestem nieodpowiedzialna. Pojechałaś sama. Jak zwykle postawiłaś na swoim. Kilka dni później dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Wzięliśmy ślub, na który nie przyszłaś.

-Nie widziałam w tym związku przyszłości.

-Urodziła się K. Od początku coś było nie tak. Obwiniał mnie o jej stan. Oboje stale mnie o coś obwiniacie.

-Przestaniesz?!

-Właśnie K. się obudziła i domaga uwagi.

-Krzyczy tak, bo nie chce, abyś ze mną rozmawiała i dzieliła się czasem z kimś innym.

-Nie znasz jej. Ona nie umie inaczej.

-I nie będzie umieć, skoro ma Ciebie na każdy gwizdek. Pójdę już.

-A puszki?

-Nie chcę ich.

-To je wyrzuć po drodze. Nie mogę na nie patrzeć.

-A mnie to chciałaś je podarować.

-Ty byś z nich zrobiła właściwy użytek i może do czegoś dobrego by to doprowadziło.

-Chyba w to nie wierzysz.

-Zawsze zazdrościłam Ci porządku na głowie i w głowie. Podasz mi chusteczki?

-Pozory.

-Nie można grać przez kilkadziesiąt lat. To by była schizofrenia.

Notatki. Epidemia po polsku

Godziny przedpołudniowe. Wychodzę po zakupy spożywcze. Omijam wymarły plac zabaw i park, w którym uwija się pojedynczy osobnik, mający na bakier z równowagą i higieną. Ptaki szaleją. Mają dla siebie starodrzew, krzewy, trawnik, klomby. Wbijam do ulubionej piekarni. Sprzedawcy z plastikowymi ochraniaczami na twarzach wyglądają zjawiskowo. Znowu nie ma rogalików, które preferuję na drugie śniadanie. Nie ma i przez jakiś czas nie będzie, słyszę. Wychodząc niemal zderzam się z grupą czterech osób. Przewodniczka stada (widoczne braki w uzębieniu), za którą unosi się woal dymu, wykrzykuje „patologia, k…, gamonie, nieroby”. Wtóruje jej dziki rechot pozostałych członków stada. „Co to jest? Nie ma nic, k…, porządny człowiek nic nie dostanie”. Idę dalej. Miasto wymarło. Małe sklepy, punkty usługowe i rodzinne interesiki to obecnie biała plama na jego mapie. Pozdrawiam znajomego sprzedawcę miodu. Nie tym razem. Jak ograniczenia to ograniczenia. Rodzice z dziećmi otulonymi w koce spacerują po balkonach śpiewając przy tym. Rozpoznaję jedną melodię. Gdyby nie wybuch epidemii, nie wiedziałabym, że istnieją lokalne nienazwane Marie Callas.

Pakuję do koszyka to, co niezbędne. Z drugiego sektora, obfitującego w trunki, słychać rozmowę dwóch mężczyzn. Ich sposób bycia, strój i aparycja mogą świadczyć o tym, że zmagają się z brakiem stałego zajęcia i kobiety. „Mnie to wcale nie przeszkadza, że siedzę w chałupie, k…, żeby nam jeszcze płacili, a oni nam g…o dają. To co mamy robić za darmo? Wolę się op…. i niech ten wirus jeszcze trochę siedzi, w ch.j”.

Idę do M., gdzie bez względu na czas i okoliczności coś jest niezmienne. Pierogi ze słodką kapustą i suszonymi grzybami. Nadzienie powinno być lekko pikantne, a ciasto luźne. Boki sklejone wyłącznie ręcznie, na ok. 7 mm. Doskonałe na ciepło i zimno, nawet bez okrasy.

Miejcie dobry, szczęśliwy czas i pozostańcie w zdrowiu!