Biznes po polsku

-Jak pobyt?

-Dobrze, dziękuję, ale za tę cenę spodziewałam się lepszych warunków.

-Co masz na myśli?

-Pchły. Były wszędzie. Pogryzły mnie. Jeszcze mam ślady. Na stopach. Na ramionach i przy obojczykach. Tam najwięcej. Poza tym kanapa była brudna i cuchnęła nieświeżością.

-Mogłaś powiedzieć. Coś byśmy zaradzili.

-Oprócz tego nie mam zastrzeżeń.

-To spokojna mieścina. Raczej trudno tam o komfort, jakiego oczekujesz. Ciesz się, że i tak coś znalazłaś o tej porze. Może chociaż zakupy się udały.

-Odwiedziłam sklepy z męską odzieżą. Znalazłam fason spodni, które idealnie na mnie leżały. Ale sprzedawca dziwnie na mnie spoglądał.

-Pewnie myślał, że szukasz modelu dla kogoś i rozmiar go wystrzaszył.

-Pewnie tak, ale wyprowadziłam go z błędu, wchodząc do przymierzalni z kilkoma parami. Leżały idealnie.

-Pokażesz?

-Tak, zaczekaj chwilę i obsłuż się.

-Aha, i gratuluję. Cieszę się, że kogoś…

-Skąd wiesz?

-Zauważyłem w toalecie męskie kosmetyki.

-Są moje.

-Taa…

-Używam ich. Szamponu, mydła, kremu do twarzy. Do rąk mam unisex.

-Tak bardzo Ci czegoś brakuje?

-To są dobrej jakości produkty. Moja twarz i włosy są po nich… jak z reklamy.

-I tak były (i są) jak z reklamy. Ulala! Świetne sztruksy! Wcale nie widać, że są na chłopaka. Aż trudno uwierzyć, że znalazłaś w swoim rozmiarze.

-Bez obaw. Zrobiłam na nich interes życia. Jeszcze jedną parę mam. Za połowę ceny.

-A co zrobisz z zaoszczędzonymi pieniędzmi.

-Dużo tego nie zostało. Opłaciłam wizytę u dermatologa i środek na ugryzienia pcheł.

Oni. Ptasie mleczko

-Zamierzasz to wszystko przeczytać?

-Uhm.

-W ciągu tych kilku wolnych dni?

-Uhm.

-To kiedy będziesz spać? Sorry, że tak…

-To jeszcze nie koniec. Część mam w formie e-booków i audio.

-Będziesz je klepać jak leci?

-Nie.

-Nie szkoda Ci czasu?

-Nie.

-A w tych kartonach co jest?

-Reczy.

-Jak się z tym wszystkim zabierzesz?

-Te pojadą kurierem. Resztę zmieszczę do podręcznego.

-I będziesz tam tylko czytać i czytać?

-Nie, będę spacerować, rozmawiać, delektować się i pisać. A Ty jak spędzisz nadchodzące święta?

-Akurat przypada mi opieka nad juniorem.

-Może jakiś męski wypad?

-Jego matka mi zabrania. Twierdzi, że psuję chłopaka. Rozpieszczam go i takie tam. Że niby rywalizuję z nią. Przekupiam go.

-To co będziecie robić?

-Nie wiem. Kupię ptasie mleczko. Podzielimy się piankami.

-Podrzuciłbyś mnie do punktu z paczkami, a potem na stację?

-Nie ma sprawy.

-Zapłacę.

-Przestań, bo nie podrzucę.

-W takim razie to dla Ciebie.

-Nie wygłupiaj się.

-Bierz. Cytrynowe. Zaoszczędzisz na świątecznych zakupach.

-Skoro nalegasz. Ale zjesz ze mną.

-Jasne. Mogę dwa?

-Możesz więcej.

-Matka młodego powinna zaprosić Cię na święta. Byłoby prościej.

-Wiesz, że nie jestem specjalnie religijny.

-Nie chodzi tu o religijność, tylko o to, by młody zobaczył Was razem.

-Wolałbym, aby zobaczył mnie razem z kimś innym.

-Weźmiesz ten duży, ja ten mniejszy. Podjedziemy do… Tam biorą najtaniej.

-Jesteś bardzo hojna.

-Próbuję pomóc.

-Komu?

-Tym, którzy tej pomocy potrzebują i o nią proszą.

-A tym, którzy nie potrafią albo nie wiedzą, jak poprosić?

-Pozostaje czekać, aż się domyślą.

-Albo zjedzą wszystkie pianki.

Patynowa Pani Domu. Święta tuż, tuż…

Pierniczki, drzewka choinkowe, prezenciki, buciki, paszteciki, dekoracje. Powstaje lista spraw do załatwienia. Każdego roku skraca się zamiast wydłużać. Każdego roku postanawiasz, że tym razem… nie stworzysz żadnej listy. Święta Bożego Narodzenia i przygotowania do nich przejdziesz na spontana w trosce o domowy budżet i własny komfort psychiczny. Lista prezentów. Bon na fitness. Z myślą o kimś, kto ma wywalone na zbędne kilogramy i od urodzenia nie stosował żadnej diety cud-miód i orzeszki. Bon do podologa. Pardon, do pedikiurzystki. Z myślą o kimś, komu stale zimno i nawet w środku upalnego lata chodzi w grubych skarpetkach, a stópki ma wypieszczone niczym dupson noworodka. Bon na kosmetyki. Z myślą o kimś, kto na skutek pandemii wpadł w panikę i zrobił zapasy wszystkiego, co pachnie, pielęgnuje, ściera, usuwa, nawilża, koloruje, wyrównuje kontury. Bon na kolejną parę martensów. Tego w tym roku nie będzie. Kalendarzowym. Na wszelki wypadek nabywasz jako asa w rękawie, a raczej w skarpetce. Najwyżej posłuży Tobie. Kiedyś tam. Jedni myślą o nowych regałach na książki, a Ty o półkach na martensy.

Tradycyjnie pierniczki nieupieczone. Dobra nasza. Drzewko choinkowe nieubrane. W roli stojaka na prezenty jak co roku wystąpią rozmaite rośliny doniczkowe. Saute oczywiście. Kuchnia! Stop! Pomyślisz o tym innym razem. Dziś nie masz w zapasie nawet czekolady, tzn. masz rozpuszczalną, ale w proszku. Nie ma do niej mleka ani śmietanki. Jest miód. Są i orzechy. Jesteś szczęśliwa.

Jest śnieg. Pierwszy raz od lat spadł o tej porze. Jesteś bardzo szczęśliwa. Wychodzisz na spacer. W wielu domach trwają przygotowania do obiadu. Obok zwyczajowego narzędzia uderzającego w rozbijane mięso słychać dźwięki christmasowej muzyki. Dzwoneczki dzwonią z głośników. A Ty wędrujesz w poszukiwaniu mężczyzny z czerwieni, który zdaniem mniej tradycyjnych przeszedł na dietę keto, zaczął trenować crossfit, założył konto na portalu społecznościowym i teraz zupełnie inaczej wygląda.

Oni. Zmiany

-Chciałabym wynająć pokój na dłużej niż na kilka dób. Jak wtedy by Pani policzyła?

-Dogadamy się. Może Pani zostać, ale uprzedzam, że ogrzewanie jeszcze jest nieczynne w tej części domu. Dopiero próbujemy je uruchomić. Panowie od dwóch godzin próbują, stąd ten hałas.

-Nie przeszkadza mi.

-Niech Pani zostawi bagaże, o, tutaj. To może trochę potrwać. Zrobić Pani śniadanie kawę? O tej porze i tak niczego Pani nie dostanie.

-Tak, poproszę.

-Idę do sąsiadki po ser, jabłka i jajka. Wziąć dla Pani?

-Tak.

-Bankomat może być nieczynny.

-Mam gotówkę.

-To lecę. Do widzenia.

Po kilku minutach.

-Dla Pana też kawy?

-Poproszę. Pani z daleka?

-Mmmm…

-Ok, nie pytałem. Ale z takim plecakiem to chyba nie na jedną noc?

-Na dłużej. Mleko jest tu.

-Ładna miejscówka na wypoczynek, a jeszcze gdy piec uruchomimy, to się Pani ogrzeje. Zimno idzie. Czuć w powietrzu.

-Pan jest specjalistą od ogrzewania, więc takim jak Pan chyba nie powinno być zimno.

-Od kilku miesięcy jestem robolem, który naprawia i uruchamia piece.

-A wcześniej?

-Pracowałem dla pewnej firmy, na szczeblu… Mniejsza z tym… Odszedłem, bo nie mogłem patrzeć na to, jak lizusowskie gamonie dostają coraz wyższe pensje i wpływy, a firma się wali. W każdym razie również branża grzewcza. Wolę być tym, kim obecnie jestem. Spać spokojnie. Ludzie doceniają moją pracę, a ja mam więcej czasu dla rodziny i na hobby, choć na koncie trochę mniej.

-Może to była słuszna decyzja. Teraz prowadzi Pan swoją działalność?

-Tak i jestem szczęśliwy, ale nie tylko z tego powodu.

-Widać.

-Pani jakoś chyba nie po drodze na pogadankę przy kawie. Spać się chce, co?

-Tak. Jechałam tutaj ponad 12 godzin. Pociąg miał opóźnienie.

-Tu nie dojeżdżają pociągi.

-Część drogi przebyłam autostopem.

-W dzisiejszych czasach?!

-Szybko coś znalazłam. Była wczesna pora.

-Lubi Pani ryzyko?

-Jestem w punkcie życia, w którym mi na niczym nie zależy.

-Byłem w podobnej sytuacji jeszcze pół roku temu. Pani też z tego wyjdzie. Widać po Pani. No, pora zrobić próbę ogniową.

Oni. Wesele

-Lej, lej, nie żałuj. To musi wytrzymać przez całą noc.

-To zależy, jak mocno będziesz głową trzepać i wywijać.

-Ma wytrzymać. Płacę. Wymagam.

-Chcecie zobaczyć sukienkę? Taką zamówiłam. Z odkrytymi plecami, a tutaj biegnie tiul.

Nawet się nie spostrzegłam, jak cudzy telefon z niewyraźnym zdjęciem znalazł się tuż przed moim nosem.

Matka weselna do fryzjerki i klientek:

-W tej będzie jej ładnie, sama doradziłam. Jutro po odbiór jedziemy.

On:

-Będziesz w niej wyglądać jak… Nie założyłbym takiej nawet do kopania ziemniaków. A Pani?

-Nie chodzę do kopania ziemniaków.

-Ale czy założyłaby Pani taką sukienkę?

-Zazwyczaj nie noszę sukienek.

-A do ślubu w czym Pani poszła?

-Czyjego? W garniturze.

-Chyba że tak.

Matka weselna:

-Jemu też wyprostujcie <włosy, przyp. ip>, tylko dobrze prostownicę zagrzejcie. Niech tak zaczesane ma. I wyprostowane.

Kilka minut do wyjściu przyszłej pary młodej i potencjalnej teściowej. Pracownik zakładu do koleżanki po fachu:

-I tak włosy nie utrzymają się na prosto. Może kilka godzin wytrzymają, ale do północy nawet nie. Jemu tym bardziej. Takich włosów się nie prostuje. I jakie suche wszyscy mieli. Matka. Dzieci. Samo siano. Dopiero na weselu będą wyglądać. Hi hi hi…

-To czemu ich nie namówiłaś na jakąś odżywkę albo zmianę?

-I tak by nie chcieli. Widziałaś, jak ta młoda beznadziejnie wyglądała?! Koński pysk, a fryzura jeszcze bardziej go wydłuża. A jaką ona ma zepsutą cerę. To od fajek i nocnej wachty. Rypie nocki, aby za ślub zapłacić.

-Tak, zupełnie niedograne.

-A matka jaka zadowolona, że to już. Nawet podobne fryzury im wybrała. Młodej sukienkę, buty. Jemu garniak. Menu na przyjęcie. Kwiaty do urzędu.

-To w kościele nie będzie?

-Na razie urzędowy. Kościelny dopiero, gdy trochę kasy uzbierają. Sukienkę też ma niedograną. Wygląda w niej jak wieszak z obwisłym tyłkiem. Najpierw by w dentystę zainwestowała, a nie w tiule.

-Ciesz się, że u nas sporo zostawili.

Notatki. Ołówki

Mam ich mnóstwo. Nie nazywam tego kolekcjonerstwem, raczej nieszkodliwym zbieractwem. Ciężko mi pozbyć się ołówkowych kikutów, więc przechowuję je w szczelnie zamkniętych słoikach ustawionych na półkach i parapetach okiennych. Obok magnesów stanowią nieodłączny element pamiątkowego uposażenia wędrowca. W bagażu podręcznym jest ich kilka na wypadek, gdyby któryś ze znanych bądź nieznanych powodów odmówił posłuszeństwa. Nie zabieram w podróż temperówek. Szkoda mi dla nich miejsca. Po latach nauczyłam się podróżować jedynie z niezbędnymi rzeczami. Ołówki to mój fetysz. Kiedyś, w latach głębokiego kryzysu gospodarczego, temperowano ołówki i kredki przy pomocy noża kuchennego. Obecnie rzadko się to robi, chyba że z sentymentu.

W szkole zwracano mi uwagę, abym posługiwała się długopisem lub piórem, gdy oddaję pracę do sprawdzenia, bo to, „co jest napisane ołówkiem, się bardzo źle czyta, zwłaszcza późno w nocy przy sztucznym świetle”.

Wzbudzam mniej lub bardziej dyskretnie okazywane zainteresowanie, gdy w lokalach gastronomicznych sporządzam notatki w brulionie przy pomocy ołówka, rzadziej kilku. Dostrzegam to w spojrzeniach lub uśmiechu konsumentów. Celowo nie używam sformułowania gości, lecz konsumentów. Nie zabieram laptopa w podróż. Lubię dźwięk wydawany przez ołówek podczas pisania po papierze. Zdarza się, że obsługa knajp, w których zatrzymuję się regularnie, prowadzi mnie do stolika mieszczącego się nieco z boku, abym mogła w spokoju zebrać myśli i dosłownie przelać je na papier. Kelnerzy są świetnie przeszkoleni. Albo mają dobrego menedżera, albo byli pilnymi słuchaczami kursów traktujących o szeroko rozumianej obsłudze klienta. A może zwyczajnie nadają się do tej roboty, lubią ją i ludzi i znają się na nich, a wrodzone umiejętności procentują z każdą złotówką wydawaną przez konsumentów?

Nie zamartwiam się o to, czy notatki w brulionie zagubią się gdzieś i przepadną na zawsze w otchłani dziejów. Piszę tak nieczytelnie, że nikt ich nie rozszyfruje, zatem nie zrobi z nich użytku. Kilka stolików dalej widzę, jak dobrze sytuowany materialnie mężczyzna próbuje dyskutować z obsługą sali na tematy geopolityczne, dowcipkować i udawać konesera trunków i smaków. Spójrz na czyjeś stopy, a wiele się dowiesz o ich właścicielu. Dostrzegam na nich klapki z wyraźnym logo, a nad kolanami krótkie spodenki. Dyskusja właściciela firmowych klapek z kelnerem trwa w najlepsze. Mężczyzna wypowiada się tak donośnym głosem, że słyszy go część sali. Rozgląda się po konsumentach w poszukiwaniu na ich twarzach poparcia dla swoich żartów i proroctw na resztę życia w postcovidowej rzeczywistości. Chyba wolę swój ołówkowy świat tekstów, tworzenia opowieści i dzielenia się nim z czytelnikami. Wracam zatem do niego, a tuż obok brulionu z notatkami zauważam zamówioną sałatkę i koktajl, przyniesiony przez jednego z bezszelestnych kelnerów, poruszających się po sali niczym baletnice. Pomyślałem, że miałaby Pani ochotę spróbować białego wina z… Tak, skąd Pan wie? Przyniosłem je dla Pani, a to mała przekąska na koszt firmy. Jesteśmy na etapie komponowania nowych smaków i w związku z tym prosimy gości o rekomendacje. Dziękuję, że Państwo o mnie pomyśleli, ale potrawy wyglądają tak przepięknie, że szkoda je zjeść.

Czapki z głów! Klapki z nóg! Smacznego!

Notatki. Rzeka

Nie potrafiłabym żyć bez dobrej kuchni i kucharzy serwujących przysmaki. Z natury jestem dość wybrednym łasuchem, a w podróży lubię testować lokalne knajpki. Dobrą miejscówkę poznaje się po tym, czy są w niej warunki do skupienia i pisania. Ta zasada towarzyszy mi, odkąd postanowiłam ruszyć w przed siebie i spisywać historie osób spotykanych w drodze. Nie zawsze wiem, gdzie ułożę głowę do snu, ale mam pewność, gdzie i przy czym będę regenerować siły po całym dniu wypełnionym wrażeniami. Nie jestem turystą, jestem wędrowcem. W ten sposób tłumaczę lokalsom swoją obecność i pomysł na odwiedziny ich ziemi. Ich? A może naszej? Wspólnej. Do nich należy zaledwie wycinek nakreślony dłonią urzędnika i opieczętowany zgodnie z obowiązującymi przepisami.

Późnym wieczorem siadamy nad potokiem, zmieniającym się w zależności od kaprysu natury w wartką rzekę. Jest noc, wody nie widać, ale słychać, jak pędzi wartkim nurtem. Mężczyźni siadają na schodach albo na kamieniach tuż nad wodą i odpoczywają po dniu wytężonej pracy. Spoglądają przed siebie. Przy ich nogach zajmują miejsce wielorasowe psy. Milczenie w takich sytuacjach zdaje się przemawiać głośniej niż słowa. Nie pytam, czy mogę się dosiąść. Tu nikt nikomu nie stawia pytań. Nikt nie spogląda w ekran iphone’a. Noc pachnie czymś atawistycznym, ukołysaną do snu ziemią, intensywnymi ziołami, trzciną. Świat się zatrzymał. Tylko woda w rzece pędzi w sobie znanym kierunku. Codziennie inaczej. Po swojemu. Nie jest ważny brak zasięgu. Problemy świata. Plandemia. Susza. Powódź. Trzęsienie ziemi. Tajfun. Tutaj ich nie ma. Kolejny dzień upłynął pod znakiem walki. Jeśli nie pokonasz trudności, to one pokonają Ciebie. Zapracowani mężczyźni odpoczywają po dniu na kamieniach nad rzeką albo siadają na schodach. Taki obrazek męskości jest mi znany od dzieciństwa. Psy wysłuchują historii i słownych głasków. Optometryści mają rację. Powinniśmy więcej czasu spędzać na świeżym powietrzu wśród zieleni i dać oczom odpocząć poprzez spoglądanie przed siebie w dal. To resetuje wzrok, umysł i emocje. Mężczyźni znad rzeki pewnie o tym wiedzą. Też mam taką koszulę w kratkę. I trzewiki. Jestem jak oni. Tylko psa brak.

Notatki. Jagody

-Numer 23, proszę.

Odbieram naleśnik z serem i jagodami przyprószony cukrem pudrem. Tym razem spóźniłam się na pierogi. Lokuję się na kamieniu z widokiem na przełęcz. Udaję, że nie widzę tłumów turystów składających się z mniej lub bardziej szczęśliwych rodzin, nieudolnie ukrywających trudności, które podczas urlopów wypływają z siłą ulewnego deszczu zmieniającego górski potok w rwącą rzekę.

-Pani pewnie lubi jagody.

-Tak.

-Tutaj będzie ładny widok, proszę. I odpocznie Pani.

-Dziękuję. Pan też lubi jagody?

-Lubię, ale mi się przejadły. Zbieram je codziennie i tutaj przywożę.

-To jem owoce pracy Pana rąk.

-Trzeba wiedzieć, gdzie zbierać. Jeszcze trochę zostało. A schronisko płaci od litra, ale trzeba codziennie być z dostawą. Tu, gdzie Pani siedzi, lubię odpoczywać.

-Chyba nie zajęłam Panu miejsca.

-Nie, siadam tu na chwilę, bo za jakąś godzinę trzeba będzie na dół schodzić. A tutaj wieje. Przyjemnie tak usiąść i się ochłodzić.

-Tu zawsze takie tłumy?

-Dzisiaj i tak spokojnie. W weekendy więcej ludzi jest.

-I tak Pan sobie dorabia tymi jagodami?

-Jagodami i czym się da. Pracy się nie boję. Pomagam z doskoku przy koniach. Widziałem, jak Pani się kręci po wsi. Tej małej nikt nie pilnuje?

-Sama siebie pilnuje. Ma kryzys.

-Skąd Pani wie?

-Widzę. Tam przy stoliku siedzą jej rodzice, babcia i niepełnosprawny brat.

-Po czym Pani to poznaje?

-Minęłam się z nimi. Niech Pan spojrzy na tego dzieciaka. Widać, że coś jest na rzeczy, choć z boku nie wygląda, a matka cały czas koło niego skacze. A to nos wyciera, a to w herbatę dmucha, a to naleśnikiem karmi. Babka jej wtóruje. Matka odtrąca ręce chłopa, a on ma potrzebę zrobienia zdjęcia i wrzucenia w Internet, jak to szczęśliwie spędza wczasy z rodziną.

-Pani to chyba w wywiadzie pracuje.

-Z ludźmi. Zaraz się przekonamy. Co tam, dziewczynko, zmęczona górami?

Potakuje.

-Nie wyspałaś się?

Potakuje.

-Brat pewnie w nocy hałasował?

Potakuje.

-Czy to nie do Ciebie babcia macha?

Potakuje.

-Nie idziesz?

Łzy lecą jak grochy.

-Co byś chciała teraz robić?

-Tu posiedzieć (przez łzy).

-Ona Wam nie przeszkadza? Babcia zjawia się przy nas niczym duch gestami sugerując odpowiedź. Babciu, to dziecko jest do tego stopnia wymęczone atmosferą panującą w Waszej rodzinie, że potrzebuje oddechu na osobności.

-Nie, w żadnym wypadku. Do dziewczynki: lubisz, gdy wieje wiatr?

Potakuje.

-A wycieczki lubisz?

-Ze szkoły.

Babcia oddala się na odchodnym dorzucając: tylko nie zaczepiaj obcych.

-Jeździcie w góry ze szkoły?

-Nie, do wesołego miasteczka i do parku linowego. Ale w góry pojedziemy, gdy będziemy w starszych klasach.

-Lepiej tak bez mamy na wyjazdach czy z mamą?

-Bez mamy i taty.

-Skończyłam jeść. Pora powoli schodzić.

-Nie chce Pani zjechać?

-Nie, wolę zejść.

-Do widzenia. Trzymaj się, dziewczynko. Wiele wycieczek przed Tobą.

Notatki. Obsługa klienta

Preferuję zakupy w sklepach internetowych. Nie tylko ze względu na bezpieczeństwo w czasie epidemii covid. Jeśli już się zdarzy, że uzupełniam zapasy w stacjonarnych punktach handlowych, chcę być obsługiwana szybko i sprawnie bez zbędnego rozwlekania niepotrzebnych dialogów pomiędzy sprzedawcą a konsumentem. Czytam ze zrozumieniem informacje zawarte na tabliczkach. Mielenie na życzenie. Poproszę 50 gramów aromatyzowanej kawy o smaku pieczonych kasztanów i tyle samo o zapachu kubańskiego rumu. Tylko tyle? Tak. Chciałabym spróbować. I prosiłabym o zmielenie. Wyraz twarzy sprzedawcy mówi za siebie. Mam brudzić młynek dla Twoich nędznych 50 + 50?! No dobrze, tym razem Ci zmielę, ale o następnym zapomnij. I z takim nastawieniem przystępuje do pracy. Zlikwidowano mój ulubiony punkt z kawą, w którym pojawiałam się doraźnie podczas pauz. Baristów, standardy i obsługę kawiarni wspominam z rozrzewnieniem. Dlatego wybrałam się na poszukiwania innej miejscówki specjalizującej się w serwowaniu zestawów śniadaniowych (w moim przypadku pełniących nierzadko funkcję szybkich, spontanicznych kolacji).

Jednego razu przyjechałam mocno spóźnionym pociągiem. Wygląda na to, że po całym dniu poszczenia zdążę co najwyżej na tosta z kawą, jeśli oczywiście „moja” kawiarnia jeszcze będzie czynna. Była czynna. A wewnątrz przy każdym pojedyncznym stoliku siedział jeden klient i wsuwał „mój” zestaw podróżny. Obsługa lokalu mnie rozpoznała. Pani kiedyś dostarczyła nam książki. Istotnie, to byłam ja. Co dzisiaj bierzemy? Wegański koktajl. Plus średnia kawa z mlekiem. Plus tost bez mięsa. Ze świeżymi liśćmi szpinaku. Jak szaleć, to szaleć. Ale Państwo zaraz zamykają. Spokojnie, przecież nie wygonimy klientów. Są Państwo po długiej i zapewne ciężkiej podróży. Jeszcze trzeba kasę rozliczyć. Kawa dla Pani gratis. Jak to?! Zebrała Pani wystarczająca liczbę punktów. Chyba że Pani nie chce darmowej kawy. Zróbmy tak. Jedną wypiję w ramach programu lojalnościowego, a drugą poproszę zawieszoną. Na jutro. Największą i najmocniejszą, jaką Państwo mają. Czytałem książki, które Pani przyniosła na wymiennik. O czym były? O Ameryce Południowej, o tym, jak malarka jadała tosty z awokado. I do tego kawa. Od razu pomyślałem o Pani. Zazwyczaj wybiera Pani tosty z awokado i nosi Pani chustę zarzuconą na ramiona. Różne chusty. Jak ona.

Tamta kawiarnia już nie istnieje. Jej byłej obsłudze życzę wszystkiego najlepszego. Aby zaparzali najlepszą kawę i serwowali najbardziej chrupiące tosty, o jakich tylko można pomarzyć. Pocovidowy świat nie będzie normalny.

Notatki. W księgarni

-Zeszło na psy to wszystko. Wydawcy. Autorzy. Księgarnie. Sprzedaż. Wszystko. Jakiś chłam i nic więcej. Nie macie pojęcia o rynku księgarskim.

Dyskusja w tym tonie trwała w najlepsze i zastała mnie podczas szperania na półkach z towarem przeznaczonym do wyprzedaży. W ulewne dni w trakcie trwania urlopu postanowiłam odwiedzać księgarnie tudzież czytelnicze kawiarnie, w których wizyta stanowi dla mnie nieodłączny element udanego wypoczynku. Tą zasadą kieruję się od ładnych paru lat. Przyglądam się nie tylko tytułom i sprzedawcom, ale również klientom. Niekiedy wdaję się w niepotrzebną, jak się z czasem okazuje, dyskusję. Lubię wiedzieć, o czym i jak mówią czytelnicy. Niektórzy z nich niewiele robią sobie z tego, że mają publiczność. Tak było i tamtym razem. Dystyngowany jegomość pouczał sprzedawcę o historii książki i rynku księgarskiego powołując się na swoje liczne odwiedziny w czytelniczych świątyniach.

-I po co te gadżety? Księgarnia powinna być księgarnią, a nie punktem sprzedaży błyskotek i jakiegoś badziewia.

-Ale te gadżety są związane z czytelnictwem, zachęcają do czytania, rozumienia i dyskutowania, odparła z uśmiechem pracownica księgarni.

-Jakieś kubki, pierdoły. Poza tym większość tego, co Pani sprzedaje, została wydana niechlujnie. Autorzy nie odbyli gruntownego wykształcenia. Nie wiedzą, o czym piszą, a redaktorzy niestarannie wrzucają teksty do druku i nie separują kiczu od wartościowych dzieł.

-Każdy ma prawo popełnić książkę. Czasy się zmieniły. Wystarczy znaleźć wydawcę, złożyć projekt i czekać na akceptację. Sprzedajemy to, co nam schodzi bądź potencjalnie zejdzie, na co jest zapotrzebowanie.

-Psujecie tym samym rynek promując badziewie.

-Jeżeli Panu nie odpowiada tutejszy asortyment, proponuję skorzystać z oferty innej księgarni.

-Na przykład to. Co to jest? Asertywność. Ludziom trzeba pisać książki o tym, jak odmawiać?

-Jak bronić własnego zdania, własnych przekonań i nie dać się wykorzystywać, np. w pracy.

-Naczytają się głupot, uwierzą jakimś tam niby ekspertom, a potem im się pracować nie chce.

-Jeśli chciałby Pan skorzystać z porady w zakresie doboru lektury, chętnie pomogę. Dalsza dyskusja na inne tematy raczej nie ma sensu. Powinnam wracać do obowiązków.

-Pani obowiązkiem jest uwzględniać życzenia klientów i odpowiadać na ich pytania, a ja się tego domagam jako klient właśnie.

-Nie jest Pan jedynym na pasażu, więc powoli Pan…

-Pozwoli Pan! Pozwoli Pan! Nawet obsługi klienta Panią nie nauczono. Niech Pani idzie już, gdzie chce.