Notatki. Jagody

-Numer 23, proszę.

Odbieram naleśnik z serem i jagodami przyprószony cukrem pudrem. Tym razem spóźniłam się na pierogi. Lokuję się na kamieniu z widokiem na przełęcz. Udaję, że nie widzę tłumów turystów składających się z mniej lub bardziej szczęśliwych rodzin, nieudolnie ukrywających trudności, które podczas urlopów wypływają z siłą ulewnego deszczu zmieniającego górski potok w rwącą rzekę.

-Pani pewnie lubi jagody.

-Tak.

-Tutaj będzie ładny widok, proszę. I odpocznie Pani.

-Dziękuję. Pan też lubi jagody?

-Lubię, ale mi się przejadły. Zbieram je codziennie i tutaj przywożę.

-To jem owoce pracy Pana rąk.

-Trzeba wiedzieć, gdzie zbierać. Jeszcze trochę zostało. A schronisko płaci od litra, ale trzeba codziennie być z dostawą. Tu, gdzie Pani siedzi, lubię odpoczywać.

-Chyba nie zajęłam Panu miejsca.

-Nie, siadam tu na chwilę, bo za jakąś godzinę trzeba będzie na dół schodzić. A tutaj wieje. Przyjemnie tak usiąść i się ochłodzić.

-Tu zawsze takie tłumy?

-Dzisiaj i tak spokojnie. W weekendy więcej ludzi jest.

-I tak Pan sobie dorabia tymi jagodami?

-Jagodami i czym się da. Pracy się nie boję. Pomagam z doskoku przy koniach. Widziałem, jak Pani się kręci po wsi. Tej małej nikt nie pilnuje?

-Sama siebie pilnuje. Ma kryzys.

-Skąd Pani wie?

-Widzę. Tam przy stoliku siedzą jej rodzice, babcia i niepełnosprawny brat.

-Po czym Pani to poznaje?

-Minęłam się z nimi. Niech Pan spojrzy na tego dzieciaka. Widać, że coś jest na rzeczy, choć z boku nie wygląda, a matka cały czas koło niego skacze. A to nos wyciera, a to w herbatę dmucha, a to naleśnikiem karmi. Babka jej wtóruje. Matka odtrąca ręce chłopa, a on ma potrzebę zrobienia zdjęcia i wrzucenia w Internet, jak to szczęśliwie spędza wczasy z rodziną.

-Pani to chyba w wywiadzie pracuje.

-Z ludźmi. Zaraz się przekonamy. Co tam, dziewczynko, zmęczona górami?

Potakuje.

-Nie wyspałaś się?

Potakuje.

-Brat pewnie w nocy hałasował?

Potakuje.

-Czy to nie do Ciebie babcia macha?

Potakuje.

-Nie idziesz?

Łzy lecą jak grochy.

-Co byś chciała teraz robić?

-Tu posiedzieć (przez łzy).

-Ona Wam nie przeszkadza? Babcia zjawia się przy nas niczym duch gestami sugerując odpowiedź. Babciu, to dziecko jest do tego stopnia wymęczone atmosferą panującą w Waszej rodzinie, że potrzebuje oddechu na osobności.

-Nie, w żadnym wypadku. Do dziewczynki: lubisz, gdy wieje wiatr?

Potakuje.

-A wycieczki lubisz?

-Ze szkoły.

Babcia oddala się na odchodnym dorzucając: tylko nie zaczepiaj obcych.

-Jeździcie w góry ze szkoły?

-Nie, do wesołego miasteczka i do parku linowego. Ale w góry pojedziemy, gdy będziemy w starszych klasach.

-Lepiej tak bez mamy na wyjazdach czy z mamą?

-Bez mamy i taty.

-Skończyłam jeść. Pora powoli schodzić.

-Nie chce Pani zjechać?

-Nie, wolę zejść.

-Do widzenia. Trzymaj się, dziewczynko. Wiele wycieczek przed Tobą.

One. E.

-Pani pewnie na jazdę?

-Tak, ale tam nikogo nie ma. Próbowałam się dodzwonić kilka razy, ale też nikt nie odbiera.

-Jej nie ma. Na stałe tu nie siedzi. Trzeba się umawiać.

-Dzwoniłam od kilku dni, nie odbierała, dlatego przyjechałam. Pomyślałam, że ją zastanę i się umówimy.

-Rzadko ktoś przyjeżdża. Kiedyś było więcej chętnych, ale teraz wyśrubowała ceny za jazdę, dlatego prawie nie ma ludzi. Ona każe kupować jakieś… karnety. Inaczej nie chce dawać lekcji. O zwierzęta mało dba. Ktoś z kolonii przychodzi i je obrządza. Ona się nimi prawie nie zajmuje.

-Ale ja nie mogę wykupić karnetu, bo nie wiem, jak będzie nam się układać współpraca i jakie to będą lekcje. Może jej się nie spodobam albo ona mnie.

-Z nią ciężko się dogadać. Ludzie we wsi już nie próbują. Ona jest dziwna. Wysłała męża za granicę, aby zarabiał. Potem nie chciała go z powrotem przyjąć, choć on pieniądze przysyłał. Kupiła tę działkę i konie, ale rzadko tu bywa. Ludzie przyjeżdżają, pytają o nią, ale w tym roku już nikt nie pyta oprócz Pani. Wie Pani, ona nie jest dobrym człowiekiem.

-Cóż, pozostaje mi zawrócić. Dziękuję za informacje i porady.

-Pani pierwszy raz w tych stronach?

-Pierwszy.

-To zapraszam na kawę.

-Chętnie. Mąż nie będzie się gniewać, że od roboty Panią odciągam?

-On wie, że ludzie przychodzą do mnie na posiadkę. Mam koleżanki. To nasze pole. Wie Pani, co to jest?

-Owies. Dla koni.

-W Pani stronach jest taki?

-Nie ma.

-A to?

– Słoneczniki.

-Niedługo wszystkie zakwitną. Będzie ładnie. W Pani stronach takie są?

– Są, ale nie takie dorodne.

-To nasz dom. A tam mój. Naprawia kosiarkę. Szwagier ma przyjść i mają dzisiaj próbować. Ale ten świat mały. Panią spotkałam przy kartoflach. Z całej Polski tutaj ludzie zaglądają. Działki i domy kupują, potem je dzierżawią, a miejscowi jadą w świat. Dorabiać się.

Oni. Szczęśliwy człowiek

-Dzień dobry. Pani pewnie przyjezdna.

Mężczyzna skromnie ubrany uchylił kaszkiet i uśmiechnął się w moją stronę.

-Dzień dobry. O tej porze nie spodziewałam się nikogo tutaj spotkać. Było dość duszno i tak cicho, że wybrałam się na przechadzkę, a przy okazji kupię chlebek i bułki z jagodami. Piekarnię zaraz otworzą. Przyjechałam na urlop. To Pana konie? Widziałam podobne na polanie pod lasem, przy rogatkach. Tam, gdzie pasą się krowy, a na zboczu owce. Dlatego im się przyglądam.

-Tak, to te. Staruszki już, ale jeszcze trochę pociągną. Mieszkam w sąsiedniej wsi. Przyjeżdżam tutaj oddawać mleko. Krowy też moje. Pani zwykle wstaje tak wcześnie?

-Zazwyczaj tak.

-A ja wstaję codziennie o 5.00 bez względu na porę roku i pogodę. Idę do stajni. Obrządzam. Koniom daję pić. Myślę sobie, ile ludzie tracą, gdy nie budzą się przed świtem. Nie czują zapachu rosy, nie widzą, jak dzień się budzi, jak słońce wstaje. Kto śpi do południa, ten ma krótszy dzień. Taki człowiek jest cały czas zmęczony, gdy snuje się bez celu po domu. Trzeba mieć zajęcie, sens jakiś. Wyjść na pole, ptaków posłuchać. Nawet zimą. Świat jest poukładany, tylko trzeba to zobaczyć, a najlepiej z samego rana. Człowiek, który rano wstaje, wie, po co żyje. Wie, że w oborze czekają na niego zwierzaki. Wie, że trzeba koło nich zrobić. Potem do ludzi wyjść. Sprzedać to, co obrodziło i porozmawiać. Dobre słowo zostawić. Ludzie nie chcą rozmawiać. Zamykają się w swoich domach, bramy na elektronikę zamykają, jakby było ich z czego okraść. U mnie jest brama otwarta. Cały czas. I zawsze ktoś w domu jest. Albo żonka, albo synowa z wnukiem. Tyle razy mówiły, żeby zamykać, a ja jej mówię, z czego nas kto okradnie. Swoi tego nie zrobią, bo na wsi ludzie się znają, a obcy tak rzadko tędy przechodzą, że gdy ktoś się pojawi, to zaraz wiadomo. Pani u kogo ma pokój?

-U Wójcików, tych znad rzeczki.

-Widzę Panią czasami, jak w tamtą stronę Pani chodzi.

-Słychać, kiedy Pan przejeżdża. Konie słychać, jak uderzają podkowami o asfalt i jak jedzie wóz.

-To ja. Może podwieźć Panią? Daleko Pani ma.

-Skoczę do piekarni, a potem tędy będę wracać. Jeśli nadal Pan będzie tutaj stać, to dlaczego nie. Taką taksówką jeszcze nie jechałam.

 

 

Oni. P.

-Jelenie, widziała Pani?

-Tak, nie pierwsze dzisiaj.

-Sporo ich tutaj występuje. Gdy mieliśmy praktyki na studiach, jeździliśmy do lasu i robiliśmy obserwacje populacji m.in. jeleni, dzików, saren. Badaliśmy, jak zmiana diety wpływa na ich liczebność. Teraz jadę do kolegi ze studiów. Spotykamy się starą paczką w rocznicę obrony pracy magisterskiej. Pani też do Wrocławia?

-Tak.

-Wraca Pani z urlopu?

-Tak, choć właściwie odwiedziłam koleżankę i razem wyskoczyłyśmy do Białowieży. Następnym razem planujemy Hajnówkę oraz pobyt w gospodarstwie agroturystycznym.

-Wrocław piękne miasto. Studiowałem tam, ale to już Pani wie. Chciałem zostać na uczelni, pracować naukowo. I hodować konie.

-W samym Wrocławiu byłoby raczej ciężko założyć hodowlę. Znowu jelenie przebiegły.

-Widocznie populacja się odrodziła. Nieopodal Wrocławia było gospodarstwo do objęcia. Opuszczone stajnie. Pomieszczenia gospodarcze. Chciałem wraz z kolegą je dzierżawić.

-I co sprawiło, że zrezygnował Pan z tego pomysłu?

-Mama ciężko zachorowała. Rodzice postanowili przepisać na mnie dom pod warunkiem, że zajmę się nimi dożywotnio. Mama, zanim pojechała do szpitala, prosiła, abym się ożenił z moją dawną dziewczyną z sąsiedniej miejscowości. Chodziliśmy ze sobą do liceum. Byliśmy w jednej klasie. Usiedliśmy w jednej ławce i tak się utarło, że zrobiono z nas parę. Potem wyjechałem na studia do Wrocławia. Zakochałem się w tym mieście. Poznałem ciekawych ludzi z pomysłami, Miałem też dziewczynę. Studiowała filologię polską. Była jakby z innego świata. Poezja, koncerty, długie rozmowy trwające czasami przez całą noc. Zanim ją poznałem, nie wiedziałem, że istnieją takie dziewczyny. Latem podróżowaliśmy stopem po Europie. Pakowaliśmy namiot i najpotrzebniejsze rzeczy. Nie mieliśmy grosza, ale byliśmy najszczęśliwsi pod słońcem, jak to się mówi.

-Brawo. I co się z nią stało?

-Chciała ratować świat. Po studiach wyjechała na Bałkany jako wolontariuszka, by pracować z ofiarami wojny. Kontakt został zerwany. Tak się złożyło, że wtedy moja mama była już bardzo chora. Wróciłem do rodzinnej miejscowości. Zaczepiłem się w laboratorium. Ożeniłem się. Niedługo będę mieć dzieciaka. A Pani pracuje we Wrocławiu?

-Nie, studiowałam tam.

-A co, jeśli można wiedzieć?

-Filologię polską.

-Chciałbym kiedyś pokazać Wrocław mojemu synowi. Posłać go na studia i nauczyć, aby nie rezygnował z planów na życie.

Patynowa Pani Domu. Urządzanie wnętrz

Dziś o tym, co w przyrodzie jest dość popularne o tej porze roku, czyli o zakładaniu i budowaniu gniazda. Nie jest to oczywiście pozycją obowiązkową w kanonie zadań do zrealizowania na przestrzeni czasu, który Tobie pozostał. Ale gdy już zdecydujesz, że wybrałaś miejsce do zajmowania na dłużej, postaraj się, by miało Twój charakter i odzwierciedlało Twój pomysł na siebie. Po pierwsze o wyborze decydujesz Ty, a nie rodzina, przyjaciele, znajomi z portali społecznościowych, koledzy w wojska dziadka albo inne istoty chcące umieścić temat pomocy w swoim duchowym CV. Załóżmy, że znajdujesz się w odpowiednim miejscu i czasie, a od teraz zabierasz się za nadanie odpowiedniego kształtu swojej przestrzeni.

Kolor ścian. Biel będzie kojarzyć się ze szpitalami dla obłąkanych, ale Cię wyciszy. Pastele wydadzą się zbyt cukierkowe. Barwy w odcieniach beżu i piasku zbyt archaiczne i oklepane. Blada zieleń robi wrażenie tandetnej. Ciemne kolory nie sprawdzają się w małych pomieszczeniach. Czerń odpada. Co zatem pozostanie? To, co uwielbiasz. W wyborze kieruj się intuicją oraz własnym gustem. Weź pod uwagę swoje możliwości finansowe. Sprawdź stan swojego konta i zdecyduj, czy ściany faktycznie wymagają odświeżenia.

Umeblowanie. Realizację tego etapu rozpocznij od odwiedzin znajomych i sąsiadów. Może akurat będą pozbywać się kilku ich zdaniem niepotrzebnych mebli i sprzętów. Sprawdź oferty w outletach (również internetowych), na wystawkach, wyprzedażach garażowych oraz pchlich targach. Nie będziesz korzystać z używanych, ponieważ nie masz zaufania do sprzedawców i nie chcesz przejść nieznanymi zapachami? Ok, nie kupuj więc mebli. Kto powiedział, że nie można przespać życia na materacu, a rzeczy przechowywać w kartonach? Miejsce, które zajmujesz, powinno wyrażać Twoją osobowość. Wyryj to sobie w sercu i noś niczym identyfikator. Jeżeli uwielbiasz kartony i pudełka z sieciówki, to je zatrzymaj. Pamiętaj o opisaniu ich zawartości. Stół i krzesła. Z tym będzie trudniej. Jeśli nie odpowiada Ci masowa realizacja pomysłu na te meble, sporządź własny projekt i poszukaj wykonawcy. Zawsze możesz poprosić tego, kogo lubisz, aby pomógł w wykonaniu. Przy okazji przekonasz się, do czego on/ona się nadaje. Praca przy realizowaniu zamierzeń przynosi wiele korzyści, lecz przede wszystkim skutecznie zweryfikuje nasze znajomości. Jeśli chcesz obniżyć koszty produkcji, możesz samodzielnie wykonać prace renowacyjne. Zaopatrz się w potrzebne narzędzia, obejrzyj odpowiednie filmy instruktażowe w sieci i… do dzieła. Nie martw się rezultatami. Może być tylko lepiej niż na początku, gdy stołu i krzeseł nie było.

Pamiętaj o nagradzaniu siebie za przebrnięcie przez kolejny etap prac. Formą gratyfikacji może być w zależności od nastroju: rozmowa z dawno niesłyszaną koleżanką, zakupy podstawowych produktów spożywczych, wyjście na spacer do lasu. To nic, że w pobliżu go nie ma. Wsiądź na rower i w drogę. Nie masz roweru? Pożycz. Nie masz od kogo? Na to też jest sposób. Jasne, że na końskim grzbiecie również można wyruszyć na poszukiwanie przygody. To znacznie ciekawszy pomysł na spędzanie wolnego czasu niż maraton po sklepach.

Tyle na teraz. Następnym razem będzie o dodatkach, zielonym kąciku oraz elementach dekoracyjnych (Twoja obecność sam w sobie jest jednym z nich). Tymczasem całuchy-kluchy!

 

One. Staruszka

-Przyjdzie Pani do mnie? Usiądziemy na chwilę.

-Możemy.

-Dzisiaj chłodniej. W powietrzu czuć jesień. Nie zimno Pani?

-Nie.

-Możemy wejść do domu. Tutaj na ławeczce może być Pani zimno.

-Nie. Na powietrzu przyjemnie. Cały rok w domu się nasiedzimy.

-Pani w bloku mieszka pewnie? W tej betonowej klatce?

-Tak, zgadła Pani.

-To Pani lepiej zrobi świeże powietrze. Ale teraz wieś nie ma tej urody, co kiedyś.

-Dla mnie ma.

-Pani jest młoda, ale ja już trochę roków mam za sobą. Kiedyś na wsiach było wesoło. Ludzie śpiewali przy pracy, odwiedzali się. Po podwórku biegały dzieci, gęsi, kurki. Krowa muczała w oborze. Mieliśmy dwie. Człowiek miał zajęcie. Teraz smutno.

-A nie ma Pani jakiejś koleżanki? Mogłyby Panie razem siedzieć na ławeczce i wygrzewać kości na słonku.

-Miałam koleżanki. Poumierały już. Wszystkie. Ja też niedługo umrę. Piękne dziewczyny były. Wszystkie z warkoczami. Nasze dzieci razem się chowały, po wsi bezczynnie nie chodziły, bo sporo pracy było. Pomagały sobie. Może Pani herbatkę zrobić?

-Nie trzeba.

-Wybudowaliśmy z mężem jeden domek. Ten za Panią. Potem dzieci się porodziły. Sześcioro mieliśmy. Dwoje zmarło w dzieciństwie. Ile ja się za nimi napłakałam. Gdy dzieci się porodziły, zaczęliśmy budować drugi, większy dom. Ale ja wolałam ten stary i powiedziałam mężowi, żeby go nie wyburzał. I nie zburzył. W tym domu jedno z naszych dzieci przyszło na świat. Dawniej nie było tyle telefonów ani samochodów, co teraz. Była zima. Nikt mnie nie zawiózł do szpitala. W domu urodziłam. Synka. Ale następne już w szpitalu. Pojechaliśmy koniem. Koń to jak człowiek, wie Pani? Ile on nam się napomagał. Mąż zwoził nim drewno z lasu na podłogę i belki do domu. Pewnie Pani się ześmieje, ale gdy koń był tak stary, że oślepł i nie mógł pracować, to mąż nie chciał go oddać na rzeź, tylko dalej go wyprowadzał za chałupę na popas. Którejś nocy padł. Mąż płakał po nim chyba ze trzy dni. Gdy chłop płacze, to już niewesoło musi być. Ja swojego widziałam dwa razy w życiu płaczącego. Raz, gdy nam córeczka zmarła, a drugi, gdy zdechł koń, który nam dom budować pomagał.

 

One

Sobotnie przedpołudnie. Z łazienki słyszę, jak krząta się po mieszkaniu. Udostępniła mi wszystkie swoje kosmetyki z uwzględnieniem mojego gustu i potrzeb. Mieli kawę, oczywiście w ręcznym młynku, bo taka smakuje znacznie lepiej. Nawet przez drzwi czuję zapach świeżo zmielonej łączący się z zapachem pieczywa prosto z piekarnika.

-Dzień dobry. I to wszystko dla nas? Ale się wyspałam.

-Dzień dobry. Dla nas. Wolisz mleko podgrzane czy może być zimne?

-Poproszę zimne.

-Za chwilę będą chrupiące bułeczki. jeszcze trochę poczekamy, aby się dobrze podgrzały.

-Nie mogę w to uwierzyć.

-W co? W bułeczki?

-Nie udawaj, przecież wiesz, o czym mówię. Siedzimy w Twoim mieszkaniu, szykujemy śniadanie, pijemy pyszną kawę. Za oknem słychać ptaki, pierwsze zwiastuny wiosny. Taki sielankowy obraz. Uwierzyłaś w to wiele lat temu, zanim ja zdążyłam zamarzyć.

-Tak, kto by pomyślał. Dwie dziewczyny z dworca czekające na nocny pociąg, których ścieżki się przecięły, ponieważ ktoś omyłkowo zakwaterował je w tym samym pokoju. Byłaś taka wściekła, choć nie dawałaś po sobie poznać. Na zajęciach prawie się nie odzywałaś, czasami stawiałaś pytania, brałaś udział w scenkach, ale  Twój wyraz twarzy wszystko zdradzał. Pamiętam, że byłaś ubrana na czarno, a na ustach miałaś czerwoną szminkę. Siedziałaś milcząca i dumna. Dopiero na krótko przed odjazdem odważyłam się Ciebie o coś zapytać. Gdy zaczęłaś odpowiadać, nie mogłam wyjść z podziwu… Rozmowa była długa, wymieniłyśmy adresy i telefony. Ale na pociąg nie zdążyłyśmy, dlatego postanowiłyśmy pojechać nocnym.

-Oj, kawa stygnie.

-Nie martw się, jest sporo w zapasie. Zaparzymy nową, jeśli będzie trzeba. Bułeczka dla Ciebie, proszę.

-Dziękuję. Mimo lat nie zmieniły nam się upodobania. Ale chyba ktoś pomylił się w zrealizowaniu naszych marzeń.

-Nie pomylił. Nic nie jest przypadkowe.

-Podobno. Ale u nas jest jakby zamienione. Ja marzyłam o antresoli, Ty – o dużym balkonie. Tymczasem Ty masz antresolę, z której korzystam do woli, a ja cieszę się balkonem, na którym wspólnie popijamy koktajle.

-Ale chyba nie masz o to żalu do nikogo?

-Nie, skąd. Nawet jestem zadowolona z takiego obrotu sprawy. A także z tego, że skończyłaś ziołolecznictwo, podczas gdy ja w młodości jedynie marzyłam o studiach na kierunku przyrodniczym. Życie pokazało, że kompletnie się do tego nie nadaję. Tylko postaraj się nie zmarnować wiedzy, którą zdobyłaś.

-Na razie dyplom schowałam do szuflady. Wiedziałam! Wiedziałam też, odkąd się poznałyśmy, że kiedyś na końskich grzbietach wybierzemy się na przejażdżkę do ruin dworku. Gdy pierwszy raz tam pojechałyśmy, był jeszcze przed remontem. Ale miałaś minę, gdy Ci powiedziałam, że widzę tam nas i nasze konie, które odpoczywają, podczas gdy my bez pośpiechu popijamy espresso z gustownych filiżanek. Przez grzeczność nie zaprzeczyłaś. Mówiłam Ci, że piękny ogród kiedyś ożyje?

-Mówiłaś też, że masz pomysł na jego rekonstrukcję. Filiżanki, z których teraz pijemy są podobne do tamtych z kawiarni.

-Wyglądają identycznie. Znalazłam je na wyprzedaży. Dworek po części został odrestaurowany. Stawy zarybione, ogrodowi powoli jest nadawany nowy kształt, choć ja bym wolała, by pozostał na pół dziki. Ile lat nas tam nie było?

-To będzie… Sporo. Lepiej uważaj, o czym marzysz, bo niektóre marzenia mogą się spełnić. Ale stare drzewa pozostały?

-Tak, czytałam, że projektant zieleni o to zadbał. Mógłby przewidzieć miejsce na zielnik, by zbierać i sprzedawać zioła. Potem ktoś otworzyłby herbaciarnię i miejsce by zarobiło na siebie. A odnośnie marzeń. Mam w zapasie kilka. Tak bym chciała, aby wystarczyło mi życia na ich mądrą realizację.

-Jesteś na dobrej drodze.

-Na to wygląda. Obie jesteśmy, a wszystkie próby prowadzą jedynie do tego, by jeszcze bardziej cieszyć się z rezultatów. Zapowiada się piękny, bezchmurny dzień. Na której klaczy chciałabyś pojechać?

-Może na Havanie.

-Ja na Mesalinie. Przedzwonić do stajni?

-Dobry pomysł.

 

Barista

-Widzę, że drużyna kawiarni powiększyła się o nowe siły. Świeże i witalne. Ciekawe, co wniosą.

-Tak, pracuję tu od niedawna. Skąd Pani wie?

-Bywam u Was dość regularnie, najczęściej wkrótce po otwarciu albo tuż przed zamknięciem. Mocnej kawy wyłącznie z mlekiem potrzebuję jednakowo bardzo o każdej porze.

-Tym bardziej cieszymy się, że mogliśmy spełnić Pani kawowe marzenie.

-Nie ma kolejki, więc trochę pomarudzę. A o czym Pan marzy?

-Studiuję… Próbuję studiować socjologię. Zaocznie.

-Interesujące, ale to nie są marzenia. Zauważyłam tatuaż.

-Nic się przed Panią nie ukryje. Proszę, oto Pani kawa.

-Dziękuję. Znam ten motyw tatuażu rytualnego. To kalendarz Majów. Ale o tym pewnie Pan bardzo dobrze wie.

-To faktycznie wzór kalendarza. Pani interesuje się takimi tematami?

-Powiedzmy, że co nieco wiem.

-A wracając do marzeń to chciałbym… kiedyś wyjechać do Ameryki Południowej. Może wezmę dziekankę. Nie wiem jeszcze.

-Cudownie. Życzę Panu spełnienia marzeń. Niechaj ta praca się do tego przyczyni. Trochę przecież Pan ją lubi.

-Dziękuję. Nie myślałem o niej w ten sposób. I niech Pani marzenia też się spełnią.

-O, jakie to miłe. Pewnie będzie tak, jako Pan rzekł. Teraz pędzę na pociąg, kolejny będzie dopiero nad ranem. A noce mroźne. Mogę o panu napisać na blogu?

-Może Pani pod warunkiem, że pozwoli mi Pani przeczytać.

-Oczywiście, że pozwalam i proponuję, by Pan wziął lekcje jazdy konnej, jeśli poważnie myśli Pan o wyprawie np. do Patagonii. A po powrocie z podroży lub w jej trakcie założył bloga. Do widzenia.

-Do widzenia. Ma Pani ładne bransoletki.

-Dziękuję. Oryginalne. Z Boliwii.

 

One

Fragment rozmowy pomiędzy wykształconymi kobietami:
– I jak było na jeździe?
– Fantastycznie.
– Cieszę się. Już teraz zapraszam Cię na jazdę w terenie. Umówimy się kiedyś w stadninie, w której pobierałam lekcje. Pojedziemy najpiękniejszą trasą. Ale jeszcze nie teraz. jeszcze nie. Bo teraz, wybacz, ale mnie nie stać, aby Cię zaprosić na taką wycieczkę. Kiedyś się wybierzemy i będziemy galopować.
– Chętnie. Na cały dzień pod warunkiem, że do tego czasu nie zapomnę podstaw.
– Wtedy weźmiemy dodatkowe lekcje. A na razie trzeba zmagać się z codziennością i układać finansowe priorytety, np. w tym miesiącu zrezygnowałam z wizyty u fryzjera.
– Ja natomiast trwale rezygnuję z randek. Nie stracę czasu i sił, a za oszczędności wynajmę fachowców do domowych napraw. Część usterek potrafię usunąć sama, np. rozkręcić cieknący kran, ustalić, co tam nie działa, a potem skręcić go z powrotem.

Sprzedawca staroci

Zatrzymałam się przed witryną sklepu, gdy po jakimś czasie usłyszałam ciepły głos, który wyłaniał się niczym z mgły:

-Dzień dobry, niech Panie wejdą. Zapraszam.

-Dzień dobry, przy tak uprzejmym powitaniu wypada skorzystać z zaproszenia. Pięknie tutaj.

-Dziękuję. Prowadzę ten sklep od blisko 50 lat. Wciąż w tym samym miejscu.

-Tym bardziej cieszę się, że dałam się koleżance namówić na małą przechadzkę. Koleżanka jest koneserem pięknych rzeczy, ja jej jedynie towarzyszę.

-W takim razie niech Panie spokojnie się rozejrzą. W razie czego służę pomocą.

-Dziękujemy, ale uprzedzamy, że będziemy długo wybierać.

Półki uginają się od przedmiotów, z których każdy jest związany z jakąś historią. Nie do wiary, że na tak ograniczonej przestrzeni mieści się ich aż tyle. Przenoszę się do innego świata, który istnieje głównie we wspomnieniach. Tykające zegary, skrzynie i skrzyneczki, wózki dla lalek, porcelana, zabawki, ażurowe obrusy. Mój wzrok zatrzymuje się przy pozytywkach z konikami. Są dokładnie takie, jakie widziałam oczyma wyobraźni. Wsparta słowami zachęty pozwalam sobie nakręcić jedną. Wybrzmiewa walc z „Dziadka do orzechów”. Na moment staję się dziewczynką. Obok pozytywki stoi metalowy konik na biegunach w kolorze białym. Wstrzymuję oddech.

-Jeśli chcesz, kupię Ci go – słyszę.

-Nie, nie mogę…

-Możesz. Jest śliczny i taki, o jakim marzyłaś. Drewniane się przejadły. Są dość drogie, pachną cepelią, a ten wygląda dużo lepiej i ładniej niż one.

-Yyyy…

-Bierzemy. Jeszcze ten konik będzie dla nas.

-Dla tak wyjątkowych klientów mam rabaty. Zapakować?

-Tak, prosimy w folię bąbelkową, aby się nie stłukły.

-Gratuluję wyboru. Przepiękne filiżanki.

-Dziękujemy. Też tak uważamy.

-Wyobrażam sobie, jak popijają Panie z nich kawę.

-Z pewnością będzie smakować nieziemsko.

-Konika otrzymuje Pani w prezencie.