One. Winda

-Słyszałam, jak dzisiaj w nocy wróciłaś.

-Obudziłam Cię, sorry.

-Nie, tylko… Wiesz, to takie dziwne. Co Ty właściwie robisz na mieście w środku nocy?

-Nie mogłam zasnąć, więc jeździłam tramwajem.

-I pomogło?

-Nie, ale trochę się wyciszyłam.

-Dziwne czasy nastały. Aby się wyciszyć, wsiada się do komunikacji miejskiej.

-Obserwowałam pasażerów.

-I co zauważyłaś?

-Tani, sprany dres, między innymi, a jego właścicielka, o rubensowskich kształtach, tachała słoik z rosołem. Dyndał śmiesznie.

-Co można robić w środku nocy ze śmiesznie dyndającym słoikiem?

-Pisać o nim. Jeździłam po mieście. Spacerowałam. Zaglądałam ludziom do okien czasami.

-Nie boisz się.

-Już nie. Autobus podwozi mnie prawie pod nasz blok.

-Ale że oberwiesz od kogoś.

-Wiesz, nie zaczepiam ich. Do tej pory jakoś mi się udawało. Lubię sobie wyobrażać, czym żyją ci, u których po północy świeci się światło i to nie od telewizora.

-Coraz mniej ludzi. Tylu wyjechało. Niektórzy nie wrócą.

-E, tam… Ktoś został, np. my.

-Winda się zacina.

-Windą też lubię jeździć. To taki dziwny środek lokomocji.

-Była nieczynna przez jakiś czas. Ekipa medyczna nią wjeżdżała. Coś tam im się wylało i trzeba było wzywać kogoś do sprzątnięcia. Nerwowa atmosfera. Babka z góry wyła. Nie było z nią praktycznie kontaktu. Ten jej syn, dłużnik, nie żyje. Mówią, że serce. On tu żył nielegalnie. Policja go niby szukała, a on się ukrywał u matki. Wychodził nocami. Może go widziałaś?

Biznes po polsku

-Jak pobyt?

-Dobrze, dziękuję, ale za tę cenę spodziewałam się lepszych warunków.

-Co masz na myśli?

-Pchły. Były wszędzie. Pogryzły mnie. Jeszcze mam ślady. Na stopach. Na ramionach i przy obojczykach. Tam najwięcej. Poza tym kanapa była brudna i cuchnęła nieświeżością.

-Mogłaś powiedzieć. Coś byśmy zaradzili.

-Oprócz tego nie mam zastrzeżeń.

-To spokojna mieścina. Raczej trudno tam o komfort, jakiego oczekujesz. Ciesz się, że i tak coś znalazłaś o tej porze. Może chociaż zakupy się udały.

-Odwiedziłam sklepy z męską odzieżą. Znalazłam fason spodni, które idealnie na mnie leżały. Ale sprzedawca dziwnie na mnie spoglądał.

-Pewnie myślał, że szukasz modelu dla kogoś i rozmiar go wystrzaszył.

-Pewnie tak, ale wyprowadziłam go z błędu, wchodząc do przymierzalni z kilkoma parami. Leżały idealnie.

-Pokażesz?

-Tak, zaczekaj chwilę i obsłuż się.

-Aha, i gratuluję. Cieszę się, że kogoś…

-Skąd wiesz?

-Zauważyłem w toalecie męskie kosmetyki.

-Są moje.

-Taa…

-Używam ich. Szamponu, mydła, kremu do twarzy. Do rąk mam unisex.

-Tak bardzo Ci czegoś brakuje?

-To są dobrej jakości produkty. Moja twarz i włosy są po nich… jak z reklamy.

-I tak były (i są) jak z reklamy. Ulala! Świetne sztruksy! Wcale nie widać, że są na chłopaka. Aż trudno uwierzyć, że znalazłaś w swoim rozmiarze.

-Bez obaw. Zrobiłam na nich interes życia. Jeszcze jedną parę mam. Za połowę ceny.

-A co zrobisz z zaoszczędzonymi pieniędzmi.

-Dużo tego nie zostało. Opłaciłam wizytę u dermatologa i środek na ugryzienia pcheł.

Patynowa Pani Domu. Niespodzianki

Blue Monday. Pojęcie wymyślone przez socjologów lub innych jeszcze nienazwanych ekspertów na określenie stanu pojawiającego się mniej więcej w któryś poniedziałek w połowie stycznia, gdy noworoczne postanowienia biorą w czapę, a niespłacone kredyty zaciągnięte na poczet świątecznych zakupów spędzają sen z powiek. Ha! Postanowiłaś wziąć się za siebie i wreszcie regularnie odwiedzać pobliski ośrodek sportowo-rekreacyjny. Nic z tego! Nieczynne do odwołania. Wykupienie pakietu online nie wchodzi w grę. Poprzednim razem zazwyczaj kończyło się komunią z grubym kocem, spod którego Twoje ciało zapomniało wyskoczyć, by poddać się treningowi. Będziesz się racjonalnie odżywiać. To kolejna mrzonka, a Ty jej uległaś. Aby ziściło się Twoje postanowienie, postanawiasz wypucować swój wielofunkcyjny sprzęt służący do przygotowywania rozmaitych potraw, dzięki którym osiągniesz zamierzony cel. Sporządzasz check listę dań samodzielnie przygotowanych. Wyobraźnia podsuwa Ci zdjęcia pięknych, smukłych dziewcząt o regularnej budowie ciała, osiągających wyśnione efekty przy jednoczesnym udziale w programie treningowym i dietetycznym. Już witasz się z gąską. Gęsiną, znaczy się. Ślinka cieknie na samo wspomnienie pieczystego. Nie dla psa kiełbasa. Nie dla Patynowej gęsina. Jeszcze nie. Od teraz tylko zdrowa, urozmaicona, spersonalizowana dieta. Przygotowujesz zatem na wysoki połysk wszystko, co ma jej służyć. Miski, końcówki, naczynia lśnią niczym przed przybyciem ważnej osobistości na Twój Patynowy Dwór. Dobierasz składniki. Dokładnie je myjesz. Pozbywasz skórek. Kroi…sz. Chcesz poszatkować przy pomocy urządzenia rekomendowanego jako kuchenny Rolls Royce. Pewnie coś z gniazdkiem się dzieje. Sprawdzasz w innym. Działa… przez krótką chwilę. Mechanizm nie trzyma się… całości. Rozpada na kawałki. Nie tak miało być. To potrawa miała rozpaść się na kawałki. W Twoich ustach, a następnie w żołądku. Nie panikuj! Oddychaj głęboko! Jutro też jest dzień! Serwis jest czynny do 20.00. Zgłosisz usterkę i będzie po sprawie. Nie będzie, jak się okazuje, ponieważ koszty naprawy lub zakupu oryginalnej części znacznie przewyższają cenę za nowy nabytek. Nie chcesz nowego! Chcesz swój stary sprzęt, przy pomocy którego przygotowywałaś potrawy na proszone obiady, kolacje, parapetówki, urodziny, imieniny i bez żadnej okazji. Nie możesz tak trwać w żałobie po rzeczy materialnej. Minęło kilka dni. Nie gotujesz. Nie sprzątasz. Nie chcesz z nikim rozmawiać, chyba że przez Internet. Schowaj chociaż ten sprzęt rozłożony na czynniki niepierwsze. Mały mechanizm zepsuty i wszystko skończone. Nie lubisz niespodzianek. Nie tych dotyczących Twoich sprzętów. Może ciasteczko? Albo czekoladka? Albo herbatka i kocyk? Albo… Miodek… Albo…

Całuchy-kluchy!

Patynowa Pani Domu. Styczeń

Gdy w szaloną, sylwestrową stałaś ubrana w zjawiskową kreację, na głowie mając pieczołowicie układaną koafiurę, myślałaś: to będzie ten rok. Czas, w którym spełnią się Twoje marzenia. Czas, w którym zaczniesz wreszcie przykładać się do treningów. Poprawisz kondycję. Zadbasz o zdrowie. Będziesz się dobrze odżywiać. Odbudujesz swoje imperium finansowe. Odbędziesz mnóstwo podróży, nie tylko w obrębie lokalnych stoisk z warzywami. Wciąż o rok młodsza przyjmujesz napływające lawinowo życzenia. Ściskasz. Cmokasz. Odwzajemniasz. Błyszczą gwiazdy na niebieskim firmamencie. Świat wita nowy rok z ogromną nadzieją. Ty nie wiesz, w którą stronę odwrócić głowę, by obserwować pokaz sztucznych ogni. Wprawdzie wolałabyś obserwować księżyc i gwiazdy, lecz gdy się nie ma, co się lubi…

Budzik. Ten element rzeczywistości na pewno się nie zmieni. Wracasz do… świata pozostawionego na kilka dni, by w oderwaniu od niego wyobrazić sobie, że do siebie nie należycie. Chcesz rano coś zjeść. Lodówka niewiele ma zaoferowania, a z tego, co zostało, na pewno nie przygotujesz śniadania. Wychodzisz z zamiarem kupienia czegoś po drodze. Czasami w bistro można zjeść coś, co przy odrobinie chęci i dobrej woli przypomina poranny posiłek. Docierasz do punktu gastronomicznego. Tutaj też post. To nic. Pamiętaj o liście noworocznych postanowień. Zaczynasz od zaraz.

W środku masowej komunikacji nikt już nie pamięta, czego dwa dni temu życzył sobie oraz innym z okazji Nowego Roku. Miasto w odróżnieniu od Ciebie stoi mocno na nogach. Służby ekologiczne uwijają się, by przywrócić mu wygląd sprzed sylwestrowej nocy. Nie trybisz bez względu na chęci. Tym razem chcieć nie oznacza móc. Ktoś wrzuca na pocztę zdjęcie leniwca. Prorok jaki czy co. Kto inny pyta o zapasy kawy. Nie ma. Może jeszcze ktoś przyniesie. Upływają godziny. Marzenia o małej białej topnieją niczym śnieg, którego nie było. Spełnianie zachcianek, małych i dużych, zaczynasz od jutra.

Robisz zakupy. Uzupełniasz zapasy słodyczy i kawy. O zdrowej diecie zapominasz na jakiś czas. Obiad. Cóż, mrożona pizza uśmiecha się do Ciebie i zaprasza do wejścia z nią w komunię. Korzystasz. Zmiana nawyków żywieniowych może poczekać. Próbujesz ustawić się na trening. Tutaj, komplet, tam podobnie. Ta godzina za późno, tamta za wcześnie. Na tę nie zdążysz. Trudno, zajrzysz do grafiku kiedy indziej. Jutro też jest dzień.

Całuchy-kluchy!