Notatki

Zimno. Coraz zimniej. Kolejny raz zapomniałam o rękawiczkach. Pstrokate reklamy zachęcają do udanych zakupów (czy kiedykolwiek zdaniem „speców” od marketingu zakupy mogłyby być nieudane). Mogłabym zatem kupić kolejną parę rękawiczek po okazyjnej cenie. Do tego patelnię, komplet sztućców, skarpetki, bo z pewnością kiedyś się przydadzą. Z trudem przeciskam się przez hałaśliwy tłum. Zdążyłam kupić bułki i warzywa, zanim znalazłam się na przystanku. Jedzenia mi wystarczy na dziś i na jutro. Obserwowałam twarze pracowników sklepów, na których zamiast wyszkolonych trików zachęcających do nabywania najczęściej niepotrzebnych produktów, zauważam znużenie, zniecierpliwienie i z coraz większym trudem ukrywaną niechęć. Podobnie u klientów. W drodze powrotnej czytam o sposobach na świętowanie czarnego piątku bez obciążania układu nerwowego. Wypunktowane. Zostań w domu. Wyjdź na spacer. Z psem. Autorowi tekstu gratuluję logicznej spójności w przedstawianiu pomysłów. A co z osobami, które nie mogą opuścić mieszkań ze względu na stan zdrowia lub utrudnienia architektoniczne, choć bardzo pragnęłyby wyjść na spacer? Tego autor tekstu nie uwzględnił. Unikaj niepotrzebnych zakupów. Najpierw w sztuczny sposób wykreowano potrzeby, a następnie w nienaturalny sposób próbuje się je zastąpić kolejnymi substytutami. Tak czy inaczej nie mówi się konsumentom, że stali się ofiarami manipulacji ze strony tych samych osób, które potem wepchną ich do gabinetów na kosztowne terapie. Zamiast odwiedzać rozmaite sklepy, zapukaj do drzwi samotnej osoby i zapytaj, czy nie potrzebuje pomocy. Taką postawę należałoby promować nie tylko podczas czarnego piątku, lecz przez okrągły rok. Odwiedź kogoś bliskiego. Spadły mi kapcie. Punkt pozostawiam bez komentarza. Co istotne, gdyby nie informacje o czarnym piątku z każdej strony serwowane krzykliwie i najczęściej z domieszką bezguścia, znaczna liczba konsumentów nie wiedziałaby, że takowy dzień istnieje i można go świętować, np. na równi z urodzinami.

Patynowa Pani Domu. Jesień

Nadszedł okres roku, w którym nie są potrzebne zegarki i kalendarze, ponieważ czas jest odmierzany przez ilość wypitej herbaty oraz liczbę przeczytanych książek. Najchętniej nie opuszczałabyś dziupli, ale kto zapracuje na orzeszki i płatki dla Paskudy? Opiekujesz się doraźnie glonojadem, coraz częściej zdradzającym cechy samotnie żyjącego mężczyzny. Odnosisz wrażenie, że Twoje towarzystwo też mu przeszkadza, dlatego czynisz swoją powinność i czym prędzej opuszczasz pole widzenia stwora.

Trwa jeden z tych dni, gdy jedyne, o czym marzysz, to ciepła strawa, spokój i koc. Dziuplę i Paskudę widujesz tylko późnymi wieczorami lub wściekle rano, gdy nawet nie wiesz do końca, jaki jest dzień tygodnia, a co dopiero miesiąca. Leje po zbóju, nie Paskuda, tylko deszcz. Spacer podczas deszczu nawet byłby przyjemny, gdyby nie masa spraw do załatwienia i ciężary do udźwignięcia. Dziś postanawiasz usmażyć placki ziemniaczane. To potrawa, na którą na pewno Cię stać. Garmażerka Ci się przejadła. Na krzywy … też nie bardzo gdzie jest się wcisnąć. Wracasz do dziupli, która wyglądem coraz częściej przypomina lokum starego kawalera. Podobnie jak świecąca pustkami lodówka. Stawiasz zakupy na stole. Część z nich się wypada z reklamówki wprost na ubrania treningowe. Szukasz patelni. Myjesz ją. Słyszysz pukanie do drzwi. Czyżby ktoś głodny? Nie, to pracownik obsługi. Zapomniałaś, że zamawiałaś usługę. Gość ma ciekawy wyraz twarzy na widok Ciebie w służbowym uniformie. Proszę, Pan wejdzie. Znajoma twarz, kurka-rurka. A tu taki bajzel. Wynosisz brudne naczynia na balkon. Ale ziąb. Chłopina upora się z tym najwyżej w kwadrans, myślisz. Nie tłumaczysz, że jesteś po długim i ciężkim dniu i dopiero weszłaś. Akwarium z Paskudą trzeba przenieść. Glonojad piszczy. Grunt, że książek i czasopism nie trzeba wynosić. Herbaty też nie zaparzysz, nie ma dostępu do czajnika. A zresztą kto się nie spodoba na brudno… Teraz łazienka, tamtędy biegnie instalacja. Kosz z brudnymi ubraniami i ręczniki też lądują na balkonie. Kosmetyki i chemia gospodarcza w pomieszczeniu wielofunkcyjnym…

Wizyta trwała dłużej niż kwadrans. Kuchnia wygląda jak miejsce u kogoś, komu przestało zależeć. Zamiatasz i myjesz podłogę, po czym idziesz się wykąpać. Przenosisz akwarium w jego dawne miejsce. Paskuda wcina glony. Zapominasz o stosie brudnych rzeczy na balkonie. Jutro też jest dzień.

Całuchy-kluchy!

Notatki

Nie wiem, czyja to zasługa. Może deszczu, albo ogólnie pogody, albo etapu roku, albo życia, albo głębokiej potrzeby zweryfikowania oczekiwań. Czasami zastanawiam się, jak wyglądałoby moje życie, gdybym była np. ekscentryczną milionerką. Wychodziłabym wtedy ze swojego domu nadgryzionego zębem czasu głównie po to, by zająć się roślinkami. Miałabym ich mnóstwo. Całą oranżerię. I na pół dziki ogród, a w nim hamak rozwieszony pomiędzy starodrzewiem. Pisałabym i wydawała książki pod pseudonimem, żeby nie było. Nosiłabym dżinsy, martensy i ubierała się zależnie od pogody, w stylu fanów Pearl Jam. Ze światem zewnętrznym komunikowałabym się głównie przez łącze internetowe, może z paroma wyjątkami. Jesteś jednym z nich.

Rozmawiałyśmy wielokrotnie o tym, jak wyglądałby Twój dom, do którego przygarniesz udręczonych, a więc tych, którzy o to poproszą. Jestem człowiekiem małej wiary. Nie możesz mieć mi za złe, że nie podtrzymuję Twojego planu stworzenia wspólnoty nie podejmując tematu ani nie biorąc udziału w poszukiwaniach miejsca. Poddałam się na długo przed tym, zanim Ty we mnie uwierzyłaś. Nie możesz mieć mi za złe, że kilka razy do roku zamykam się przed ludźmi i światem zewnętrznym, dając sobie prawo i czas do poskładania w jedną całość kawałków roztrzaskanego przez siebie świata. Wiem, że mnie z tym nie zostawisz i uzbrojona w taką wiedzę mogę ruszyć do przodu, nawet jeśli czuję się, ostatnio zaskakująco często, jak rozjechany placek. Swoją drogą ciekawe, jak może czuć się rozjechany placek z rodzynkami. Tak samo jak z wiśniami, powiedziałabyś. A teraz pożegnajmy się, ja wrócę do siebie i cichutko zamknę drzwi, zanim z hukiem rozpadnę się na kawałki.