Oni. Wesele

-Lej, lej, nie żałuj. To musi wytrzymać przez całą noc.

-To zależy, jak mocno będziesz głową trzepać i wywijać.

-Ma wytrzymać. Płacę. Wymagam.

-Chcecie zobaczyć sukienkę? Taką zamówiłam. Z odkrytymi plecami, a tutaj biegnie tiul.

Nawet się nie spostrzegłam, jak cudzy telefon z niewyraźnym zdjęciem znalazł się tuż przed moim nosem.

Matka weselna do fryzjerki i klientek:

-W tej będzie jej ładnie, sama doradziłam. Jutro po odbiór jedziemy.

On:

-Będziesz w niej wyglądać jak… Nie założyłbym takiej nawet do kopania ziemniaków. A Pani?

-Nie chodzę do kopania ziemniaków.

-Ale czy założyłaby Pani taką sukienkę?

-Zazwyczaj nie noszę sukienek.

-A do ślubu w czym Pani poszła?

-Czyjego? W garniturze.

-Chyba że tak.

Matka weselna:

-Jemu też wyprostujcie <włosy, przyp. ip>, tylko dobrze prostownicę zagrzejcie. Niech tak zaczesane ma. I wyprostowane.

Kilka minut do wyjściu przyszłej pary młodej i potencjalnej teściowej. Pracownik zakładu do koleżanki po fachu:

-I tak włosy nie utrzymają się na prosto. Może kilka godzin wytrzymają, ale do północy nawet nie. Jemu tym bardziej. Takich włosów się nie prostuje. I jakie suche wszyscy mieli. Matka. Dzieci. Samo siano. Dopiero na weselu będą wyglądać. Hi hi hi…

-To czemu ich nie namówiłaś na jakąś odżywkę albo zmianę?

-I tak by nie chcieli. Widziałaś, jak ta młoda beznadziejnie wyglądała?! Koński pysk, a fryzura jeszcze bardziej go wydłuża. A jaką ona ma zepsutą cerę. To od fajek i nocnej wachty. Rypie nocki, aby za ślub zapłacić.

-Tak, zupełnie niedograne.

-A matka jaka zadowolona, że to już. Nawet podobne fryzury im wybrała. Młodej sukienkę, buty. Jemu garniak. Menu na przyjęcie. Kwiaty do urzędu.

-To w kościele nie będzie?

-Na razie urzędowy. Kościelny dopiero, gdy trochę kasy uzbierają. Sukienkę też ma niedograną. Wygląda w niej jak wieszak z obwisłym tyłkiem. Najpierw by w dentystę zainwestowała, a nie w tiule.

-Ciesz się, że u nas sporo zostawili.

Plener ślubny

W pierwszych dniach złotej jesieni park przy dworku przedstawia się malowniczo. Mnóstwo kolorów. Delikatny powiew wiatru. Śpiew ptaków. Dyskretne spojrzenia zwiedzających. Muzyka sącząca się z zabytkowego wnętrza. Aromat świeżo zaparzonej kawy podawanej do szarlotki. To wszystko składa się na niepowtarzalny nastrój. Robi się klimatycznie, nostalgicznie wręcz. Taki dzień wybrano na plenerową sesję ślubną. Styl młodej pary wyraźnie kłóci się z otoczeniem. Powiedzmy, że wyraz ich twarzy, sposób bycia, zachowania oraz dobór środków estetycznych zawierają elementy niekompatybilności z parkiem pałacowym powstałym dwa stulecia temu. Młoda para wygląda na znużoną wydarzeniem. Niechętnie pozuje. Nie słucha poleceń pani fotograf zdradzającej symptomy profesjonalizmu.

-Czekamy na światło.

-Długo jeszcze? Bo bym się odlał.

-W kawiarni jest toaleta, ale dla gości. Pozostali mogą skorzystać za drobną opłatą.

Nie przytoczę rozwiązania zaproponowanego przez głównego bohatera pleneru. Kilka chwil później. Panna młoda z wiankiem na głowie na skutek spadku temperatury zaczyna kulić ramiona. Otul ją marynarką, człowieku. Ważysz więcej od swojej żony i jesteś ubrany cieplej niż ona. Fotograf nakazuje zdjąć obuwie i stanąć na kładce. Komary to nie bociany. Nie odlatują do 26 sierpnia. Młoda w wieku pobalzakowskim zaczyna się drapać. Gdzieś z trawy wyskoczyła żaba. Słychać pisk i niecenzuralne słowo. Romantyzm. Nie ma co. Młody w wieku nieokreślonym, podobnie jak rozmiar jego kołnierzyka, rechoce.

-Czego się drzesz?! Ja bym spierniczał.

-Żaba!!!

-A co myślałaś?! Że wąż?!

-Skoczyła mi na stopę.

-Jeszcze trochę fotek nam cyknie i idziemy. Coś bym zjadł.

-Możemy się przebrać i gdzieś pójść.

-Drogo wszędzie. Kiedy coś wreszcie ugotujesz? Nie mamy forsy na chodzenie po knajpach

-Możecie głowy bardziej do siebie jak na randce? Wygiąć szyje? Możesz go objąć?

-Ty, ludzie się gapią. Długo tak będziemy się wyginać? Pajaca z siebie nie będę robił.

-Słuchaj, co Pani mówi. Zobaczysz, że będą ładne zdjęcia.

-Ładnie to jej zapłacimy.

One. Koszyki

-Nawet buda jest! Patrz!

-Jest, jest. Nie miałam sił ani serca, by ją rozbierać. Taką ją zostawię.

-Ile to już lat? Nie ma psa. Pamiętam go. Kundlicho miał głos i złość wyrobioną.

-Łańcuch ktoś zabrał.

-Na co komu stary łańcuch?

-Pchnie na żeleźniaku.

-Chcesz sprzedać dom z działką i budą dla psa?

-Tak, buda niech stoi. Może im się przyda. W drugim rogu była studnia. Właz jest zakryty.

-Wygląda na to, że dawno nikt tu nie zaglądał.

-Sąsiadka zaglądała. Miała klucze na wypadek, gdyby na Wszystkich Świętych ktoś przyjechał albo tak w odwiedziny.

-Odwiedziny grobów?

-Chodź, zejdziemy do komórki. Zrobimy, ile się da. Póki mamy klucze.

-Ale tu wszystkiego. Słoiki. Kosze. Dużo ich. Sklep z koszykami chciała otworzyć?

-Sama wyplatała. Mówiłam Ci, że kończyła szkołę wikliniarską?

-Nie przypominam sobie.

-Wyjechała do miasta. Zawsze chciała stąd się wyrwać. Poszła do drewniaka. Tak mówili kiedyś o tej szkole. Do klasy wikliniarskiej. Zamieszkała w internacie. Ale nie ukończyła szkoły, bo ja się urodziłam. Nie patrz tak. Odkładaj te nadpsute.

-Co chcesz z nimi zrobić?

-Spalić. Razem z kuchennymi meblami, a drobny sprzęt wyrzucimy.

-Nie szkoda Ci?

-Nie, i tak nie ma tu niczego mojego. Nawet nie zaglądałam tutaj, odkąd się pokłóciłyśmy.

-Pamiętam.

-Byłaś nią taka zachwycona.

-Jakie to ma teraz znaczenie?

-Żadne. Szkołę przerwała. Poszła za ojcem. Wzięli ślub. Urzędowy. Na krótko przed moim urodzeniem, aby dziecko miało nazwisko. Rok później urodziła się moja siostra. Małżeństwo się nie udało. Wróciła do swojej matki. Do pracy nie poszła, bo byłyśmy małe z siostrą, ale nauczyła się wyplatać koszyki z wikliny i inne rzeczy. Miotły robiła z brzozowych witek. Sprzedawała je potem na targu. Inaczej zginęłybyśmy z głodu. Ale przyszedł czas, że zainteresowania nie było. Wcześniej też szło kiepsko. Babcia zachorowała i w krótkim czasie zmarła, ale do końca sobie nie wybaczyły.

-Czego?

-Sama nie wiem. Chyba tego, że zepsuła sobie życie, bo ja się urodziłam.

-Może koszyki wystawimy? Może komuś się przydadzą?

-Nie, spalę je wszystkie. Kojarzą mi się… Mniejsza z tym…

-Tobie nie będą służyły, ale innym mogą. I tak zamawiamy kontener na sprzęty.

-Nie chcę, by komuś przyniosły pecha.

-Od kiedy jesteś zabobonna?

-Nienawidzę ich. Zawsze się wstydziłam, że chodzę w ubraniach po kimś, bo moja matka łazi po targu i handluje wikliną, a nas na nic nie stać.

-To dlatego szerokim łukiem omijasz lumpeksy i giełdy rzeczy używanych?

-Między innymi dlatego. Poznajesz moje tajemnice.

One. Przemijamy. Przepływamy

Sklep.

-Jeszcze 10 pierogów mrożonych niech mi Pani zważy.

-Z mięsem czy ruskich?

-Ruskich. Mamusia może takie zje. Nie wiem, co tu gotować. Już mnie to wszystko wk… <irytuje – przyp. Autora>

-To mama już w domu?

-W domu. Zajmujemy się nią na zmianę, trochę ja, trochę brat z bratową. Ale jeść nie chce. Drogie te pierogi?

Kobieto, na ostatniej prostej nakarmiłabym Ciebie tanimi wyrobami garmażeryjnymi z masowej produkcji i opowiadałabym po ludziach, że nie chcesz tego jeść. Jakbyś się wtedy poczuła? Dlaczego posilasz swojego rodzica w podeszłym wieku czymś, czego sama byś nie zjadła?

-Wszystkie pieniądze idą na leki. Opiekunki z urzędu mamusia nie chce, więc przychodzimy do niej. Robimy zakupy. Pranie nastawiamy. Ile tej wody idzie. I proszku. Trzeba program gotowania codziennie nastawiać. O, telefon. Tak, mamuniu. Jestem jeszcze na zakupach. Przyjdę. Przyniosę. <donośnym głosem> Pierożki Ci przyniosę. Zjesz. Smaczne. Robiłaś siku? <jeszcze głośniej> Czy siku robiłaś? Nie chcesz? To idź. Zrób. Dzisiaj Grzesiek nie przyjdzie. Jutro jego kolej. Pamiętam. Idź siku. No, idź.

Restauracja.

-Mamuniu, podłożę Ci teraz śliniaczek pod brodę, a tu szmatka na kolanka. Może szyneczki? Albo coś z owoców. Arbuza chcesz? Uciapiesz się. Winogrono. Fe, może to sztuczne z chemią. Jabłuszko Ci obiorę, chcesz? Cholera, nie ma noża. Ale wybrzydzasz. Zawołamy kelnera. To szyneczka. Przecież uwielbiasz. Nie rób scen. Paluszki sobie wytrzyj. Nalać Ci wody? Nie ma kompotu, cholera jasna. Mamuniu, już prosimy kelnerkę, żeby przyniosła kompocik. Idę jej powiedzieć. Będzie ciepły. Z czerwonej porzeczki. Taki, jaki najbardziej lubisz. Nie wybrzydzaj, bo młodym będzie przykro. Tyle się nastarali. Wykosztowali. Wieje. Mocno wieje. Co zrobić? Uuuu… Rosołek wylałaś. Do kelnerki: niech Pani przyniesie serwetkę. Mówiłam Ci, mamuniu, żebyś się nie spieszyła i gorącego nie jadła. Cholera jasna. Do gości: nic się nie stało, mama wylała rosołek. O, już idzie kelnerka. Pościera zaraz. Za głośno? Musi być głośno. Weselicho przecież. Potańczyłaby mamunia, co? Ale nogi już nie te, plączą się, co? A co mamunia tak siedzi i nic nie mówi? I nie chce niczego jeść ani pić. Dopiero młodzi pomyślą, że nic babci nie pasuje. Chociaż w czepek niech mama da konkretnie.

Stacja kolejowa.

-Pomoże mi Pani z bagażami? Niedowidzę i za jednym razem nie dam rady, a pociąg zaraz podjedzie.

-Pomogę. Gdzie To Pani zanieść?

-Tam, na drugi peron. Przesiadałam się, wie Pani, i szukam kogoś, kto mi pomoże się przenieść z tym wszystkim.

-A kto Panią samą wypuścił w podróż z tyloma bagażami?

-Jadę na urodziny siostry. Co roku syn mnie odwoził, ale tym razem powiedział, że mu się auto zepsuło, a ja mam kiepski wzrok. Jestem po operacji.

-Proszę, oto Pani bagaże. Te kwiaty to dla siostry, domyślam się.

-Tak, ona ma kłopoty z pamięcią. Nie wychodzi z domu, ale kwiaty nadal lubi, to kupiłam jej w doniczce. Niech ma zajęcie. Dziękuję Pani, dużo zdrówka. A sprawdzi Pani, czy mam dobry bilet, czy mnie nie oszukali w kasie?

-Tak, proszę pokazać. Jest dobry. Nie oszukano Pani. Jeszcze coś zostało do zrobienia?

-Nie, bardzo Pani dziękuję.

Notatki. Jagody

-Numer 23, proszę.

Odbieram naleśnik z serem i jagodami przyprószony cukrem pudrem. Tym razem spóźniłam się na pierogi. Lokuję się na kamieniu z widokiem na przełęcz. Udaję, że nie widzę tłumów turystów składających się z mniej lub bardziej szczęśliwych rodzin, nieudolnie ukrywających trudności, które podczas urlopów wypływają z siłą ulewnego deszczu zmieniającego górski potok w rwącą rzekę.

-Pani pewnie lubi jagody.

-Tak.

-Tutaj będzie ładny widok, proszę. I odpocznie Pani.

-Dziękuję. Pan też lubi jagody?

-Lubię, ale mi się przejadły. Zbieram je codziennie i tutaj przywożę.

-To jem owoce pracy Pana rąk.

-Trzeba wiedzieć, gdzie zbierać. Jeszcze trochę zostało. A schronisko płaci od litra, ale trzeba codziennie być z dostawą. Tu, gdzie Pani siedzi, lubię odpoczywać.

-Chyba nie zajęłam Panu miejsca.

-Nie, siadam tu na chwilę, bo za jakąś godzinę trzeba będzie na dół schodzić. A tutaj wieje. Przyjemnie tak usiąść i się ochłodzić.

-Tu zawsze takie tłumy?

-Dzisiaj i tak spokojnie. W weekendy więcej ludzi jest.

-I tak Pan sobie dorabia tymi jagodami?

-Jagodami i czym się da. Pracy się nie boję. Pomagam z doskoku przy koniach. Widziałem, jak Pani się kręci po wsi. Tej małej nikt nie pilnuje?

-Sama siebie pilnuje. Ma kryzys.

-Skąd Pani wie?

-Widzę. Tam przy stoliku siedzą jej rodzice, babcia i niepełnosprawny brat.

-Po czym Pani to poznaje?

-Minęłam się z nimi. Niech Pan spojrzy na tego dzieciaka. Widać, że coś jest na rzeczy, choć z boku nie wygląda, a matka cały czas koło niego skacze. A to nos wyciera, a to w herbatę dmucha, a to naleśnikiem karmi. Babka jej wtóruje. Matka odtrąca ręce chłopa, a on ma potrzebę zrobienia zdjęcia i wrzucenia w Internet, jak to szczęśliwie spędza wczasy z rodziną.

-Pani to chyba w wywiadzie pracuje.

-Z ludźmi. Zaraz się przekonamy. Co tam, dziewczynko, zmęczona górami?

Potakuje.

-Nie wyspałaś się?

Potakuje.

-Brat pewnie w nocy hałasował?

Potakuje.

-Czy to nie do Ciebie babcia macha?

Potakuje.

-Nie idziesz?

Łzy lecą jak grochy.

-Co byś chciała teraz robić?

-Tu posiedzieć (przez łzy).

-Ona Wam nie przeszkadza? Babcia zjawia się przy nas niczym duch gestami sugerując odpowiedź. Babciu, to dziecko jest do tego stopnia wymęczone atmosferą panującą w Waszej rodzinie, że potrzebuje oddechu na osobności.

-Nie, w żadnym wypadku. Do dziewczynki: lubisz, gdy wieje wiatr?

Potakuje.

-A wycieczki lubisz?

-Ze szkoły.

Babcia oddala się na odchodnym dorzucając: tylko nie zaczepiaj obcych.

-Jeździcie w góry ze szkoły?

-Nie, do wesołego miasteczka i do parku linowego. Ale w góry pojedziemy, gdy będziemy w starszych klasach.

-Lepiej tak bez mamy na wyjazdach czy z mamą?

-Bez mamy i taty.

-Skończyłam jeść. Pora powoli schodzić.

-Nie chce Pani zjechać?

-Nie, wolę zejść.

-Do widzenia. Trzymaj się, dziewczynko. Wiele wycieczek przed Tobą.

One. Wybór

-Co Ty nałożyłaś na twarz?

-Peeling zawierający ziarna zmielonej kawy.

-Lepiej to zmyj, bo jeszcze mała się wystraszy.

-Jeśli ojca się już nie boi, to współlokatorki w maseczce tym bardziej nie będzie.

-Jeszcze zacznie Cię naśladować, a ja stracę u niej autorytet.

-Kiedy go miałaś?

-A Ty swoje. Dom zaczyna przypominać chlew, bo wszędzie nastawiałaś jakiś słoików z nieznaną zawartością.

-Recycling, organiczne kosmetyki. Słyszałaś zapewne. Wykorzystuję, co się da, aby oszczędzać energię i w ten sposób coś robić dla planety. A zużyte fusy po kawie nadają się również do nawożenia roślin.

-Zrób coś wreszcie dla siebie, a planeta i świat będą Ci wdzięczne.

-Co dokładanie masz na myśli?

-Zacznij zarabiać, weź się za siebie. Nie mówię, że to, co robisz, nie ma wartości, ale może czas wziąć sprawy w swoje ręce?

-Życie mam ułożone.

-Nazywasz porządkiem zajmowanie się cudzymi dziećmi, ogarnianie domu i nakładanie na twarz czegoś, co powinno lądować na śmietniku?! Wszędzie walają się te Twoje organiczne produkty. Kawa jest coraz droższa, a my potrzebujemy jej coraz więcej na Twoje fanaberie. Dom zaczyna cuchnąć.

-Tę miejscówkę trudno nazwać domem.

-Proszę, wielka pani redaktor zabłysnęła elokwencją i dowcipem.

-Skończ.

-Tkwisz w tym miejscu nie dlatego, że tak wybrałaś, moja droga, ale dlatego, że nie masz wyboru.

-Ty za to masz i dlatego nie podejmujesz pracy zgodnej z kwalifikacjami, tylko zadowalasz się byle czym. Nie wymówisz mi pokoju, bo układ jest dla Ciebie korzystny. Masz ogarnięte mieszkanie i dzieci, a ktoś dokłada się do rachunków. Masz na kim wieszać psy za swoje nieudane życie osobiste. Dzieciaki są za małe, a kot Ci nie napyszczy. Możesz wybrać co najwyżej puszkę z żarciem dla niego, ale jemu wszystko jedno, co będzie wszamiał.

One. Szyby

-Nadal widać smugi. Spójrz pod światło.

-Umyj je sama, skoro masz jakieś ale.

-Nie ale, tylko czepiam się, żebyś wiedziała, jak to jest. Być krytykowanym. Ciągle. Tak przy okazji wieczko już się domyka. Co z nim zrobiłaś?

-Ścisnęłam śrubki przy pomocy kombinerek, następnie wygięłam wieczko do oporu i ponownie zamknęłam. Dlatego teraz chodzi jak…

-Ty i Twój perfekcjonizm. Każdego chłopa nim przegonisz. I nikomu nie dasz zarobić.

-Co mają do tego chłopy?! Zaoszczędziłyśmy na zakupie nowej kawiarki. Jeszcze trochę odłożymy i kupimy parową myjkę do szyb. Nie będę się pałować z wycieraniem ich do sucha, a i tak zostają smugi.

-Pani Ilona, ja bym wolała zmywarkę. Już mnie bolą ręce od zmywania i cała mokra jestem jak tak stoję i zmywam.

-Na zmywarkę trzeba będzie jeszcze poczekać.

-Powiedz swojemu ojcu, żeby Ci ją kupił, gdy następnym razem Was odwiedzi.

-Dziewczyny, koniec dyskusji! Na zmywarę nie ma miejsca.

-Mama bierze na nas piniądze. Niech je wyda na zmywarkę.

-Koniec tematu zmywarki. Co dzisiaj jemy?

-To, co ugototowałaś.

-Skoczę po ziemniaki do warzywniaka. A do nich…

-Ciekawe, czym za nie zapłacisz? Chyba swoimi książkami.

-Kurier zabrał je dopiero wczoraj. Pieniądze z wyceny powinny wpłynąć na konto za kilka dni.

-Całe życie czekasz na pieniądze. Poszłabyś do pracy. Na etacie miałabyś stałą pensję. A Ty wyprzedajesz wszystko, co masz, jak największy dziadol i chodzisz po domach do cudzych dzieci.

-Jakiś grosz z tego jest, mądralo. Dostajesz pieniądze na dzieciaki, więc podskakujesz i zrzędzisz, a do roboty nie pójdziesz. Grunt, że kartony z książkami spakowałaś. Co jutro wrzucamy na wymiennik?

-Dwie pary butów juniora, słoiki z Twoimi przetworami i kilka sztuk zdekompletowanych talerzy, pani perfekcyjna.

One. Książki

-Znowu się na niego wściekłaś.

-Aż tak widać?

-Pewnie, że widać. Zasiadasz do kompulsywnego pisania za każdym razem, gdy od niego wracasz albo kończysz rozmowę.

-Spostrzegawcza jesteś.

-Jedni obżerają się lub piją, idą na zakupy, na siłkę albo na szybką randkę. Ty zasiadasz do kompa i stukasz w klawiaturę niczym Beethoven w pianino.

-Już dawno niczego nie napisałam. Chciałabym nadrobić zaległości.

-Jeśli nie możecie bez siebie żyć, razem czy osobno, może powinniście wziąć ślub? Chętnie widziałabym Cię…

-Sorry, piszę, za pół godziny będę do Twojej dyspo…

-Może stałabyś się słynną pisarką, skoro on tak na Ciebie działa. Wpadasz w twórczy szał, wystarczy, że chwilę porozmawiacie ze sobą na chacie, a Ty wracasz jak natchniona do działania.

-Posegregowałaś książki?

-Nawet nie rozpakowałam kartonów.

-Miałyśmy to zrobić razem. Wiesz, jak trudno będzie mi się z nimi rozstać.

-Tu niedługo nie będzie czym oddychać. Musimy się pozbyć części z nich.

-Nastawiam się, że gdy Ty wydasz własną książkę, będzie tu jeszcze mniej miejsca, ale do tego czasu może przeprowadzisz się i zamieszkasz gdzieś w starym wiatraku. Z nim. Twój książkowy książę zapewni Ci życie na odpowiednim poziomie. Ramiona wiatraka będą skrzypiały, a ja będę Was odwiedzać, jeśli mnie zaprosisz. Przy okazji pomogę w promowaniu Twojej twórczości.

-Co ja bym bez Ciebie zrobiła. Ok, zamykam zdanie i zaczynamy buszowanie wśród zdechłych moli. Na początek pawlacz.

-Tamte są po byłych lokatorach. To jakieś druki z dziedziny ogrodnictwa czy coś. Szkoda ich tak po prostu…

-Mówili, co mamy z nimi zrobić?

-Tak, przekazać bibliotekom albo antykwariatom.

-Do dzieła. Przynieś reklamówki. Jutro z samego rańca pojedziemy z nimi w okolice Rynku.

-W sobotę? Weekend jest.

-Te, z których pisałaś doktorat, zostawiamy.

-Nie będę potrzebne. Dajmy je do reklamówek. Może jakiś zbłąkany doktorant lub amator uprawy ziemi skorzysta z tej wiedzy.

-Tamtych nie oddam.

-Są… Wyglądają niezbyt estetycznie.

-Kupiłam je na dworcu, a właściwie otrzymałam za drobną przysługę. Nawet ich nie przeczytałam.

-Podobnie jak znacznej części z nich. Zdradzisz, jaką?

-Co jaką?

-Przysługę.

-Za pogawędkę.

-Może i ja wybiorę się na dworzec, aby porozmawiać. Nie wiedziałam, że w ten sposób można dorobić.

-Worek na śmieci i do makulatury.

-Nie chcesz chyba wychodzić w taką pogodę.

-Daj, bo się rozmyślę.

Notatki. Dzień Kobiet

Pora na kolejne świętowanie. Tym razem obchodów dnia, na który czekają kobiety z wytęsknieniem jawnym bądź ukrytym. Niektóre już kilka dób przed wybuchem szału na lansowanie bukietów i czekoladek zamieszczają ich zdjęcia na portalu z lajkami. W sieci mnożą się artykuły proponujące rozmaite sposoby i formy spędzania wolnego czasu 8 marca, czytane przeze mnie lawinowo. Dowiaduję się z nich m.in. do czego nosić klasyczną białą bluzkę. Must have w szafie każdej baby. Mam szafę? Tak. Białą bluzkę? A jakże. Nawet w dobrej kondycji. Nic dziwnego, skoro była zakładana jedynie na egzaminy, w tym dojrzałości oraz poprawkowe. Zatem liczy sobie… Niejedną dekadę. Nie cierpię klasyki w takim wydaniu i najchętniej pozbyłabym się jej, lecz została wykonana z… i dlatego sporo wówczas kosztowała. Nie potrafię się z nią rozstać, choć prezentuje się na mnie i na innych dość żałośnie. Kiedyś potnę ją nożyczkami i dopiero wtedy wyrzucę. Nie nadam jej drugiego życia. Nie odstąpię potrzebującym. Marzę o sytuacji, w której klasycznym strojem na egzamin będzie koszula flanelowa typu unisex i martensy, których kupiłabym kilka(naście) par na zapas. To by zależało od tego, jak często kwalifikowałbym się do poprawkowych. Styliści obu płci radzą, by nie przesadzać z liczbą ubrań, lecz zwracać uwagę na ich jakość oraz etyczną produkcję. Oczywiście ciuchy powinny być wykonane z organicznych materiałów.

Jako że lokale gastronomiczne wciąż działają w trybie na wynos lub z dowozem, oferują przygotowanie romantycznej obiadokolacji przy świecach zapewniając wszystkie detale, począwszy od wyłącznie wyśmienitych dań wraz z deserem i apertifem poprzez obrus, a skończywszy na środkach rozjaśniających półmrok i tworzących nastrój. Zorganizujemy Wam romantyczny wieczór. Ty wybierasz menu i dodatki, my zajmiemy się resztą. Ok, może być pizza z ananasem. Świece mam. Lampkę też. Jestem w gronie osób jadających włoski specjał z zapuszkowanym owocem w kształcie koła z dziurką po środku oraz pijących kawę wyłącznie z mlekiem.

Propozycje prezentów z okazji Dnia Kobiet: kurs makijażu (wirtualny oczywiście). Wyobrażam sobie romantyczną scenę. Ona i on siedzą w półmroku (mogło zabraknąć zapalniczki do świec na przykład) przy daniach serwowanych w naczyniach jednorazowego użytku. Ona ubrana w klasyczną białą bluzkę wielokrotnego użytku, on w mniej klasyczną. Po wzniesionym toaście on wyjmuje potwierdzenie przelewu za wykupiony abonament na kurs makijażu. Jest moc! Albo ona drżącą dłonią rozpakowuje prezent przewiązany atłasową czerwoną wstążką, a tam… Bielizna, o Której Zawsze Marzyła, tylko rozmiar nie ten. Za mała. Ona myśli. Na pewno kogoś ma i ten prezent był dla niej. A to łajdak. Za duża. Ona myśli. Nawet nie zna mojego rozmiaru! Czyżbym aż tak przytyła?! A to łajdak.

Cieszmy się i nie myślmy za dużo… Świętujmy i pozwólmy świętować innym. Dajmy sobie prawo do popełniania błędów, ale jedynie wtedy, gdy czegoś się na nich nauczymy.

One. P.

Rozmowa odbyła się w czasach, gdy wieczorami popularną rozrywką było czytanie książek tudzież czasopism albo słuchanie ulubionych audycji radiowych.

-Jest jeszcze na eskaesie, więc możemy trochę pogadać. Gdy wróci, już niczego nie zrobimy przy nim. Nawet kolacji. Bo jeszcze zacznie rzucać czym popadnie. Ostatnio rozbił mi filiżanki, które dostałam od mamy na to mieszkanie. To znaczy wzięłam je z domu. Mama twierdzi, że nie są jej potrzebne, bo i tak nikogo do domu nie zaprasza, a sami z ojcem piją ze szklanek. Takich nietłukących. Twoich rzeczy nie rusza, nie martw się. Czuje respekt. Tłumaczę mu, że jesteś moją koleżanką, która nie ma gdzie mieszkać, bo pokłóciła się z chłopakiem.

-Uwierzył?

-Nie mówię mu prawdy, że mieszkasz tu, aby podreperować nasz budżet. Wie, że studiujesz i dokładasz się do rachunków. Tyle mu wystarczy. Ostatnio cały blok słyszał, jak darł na mnie mordę. A następnego dnia stał pod oknem i wrzeszczał razem z kolegami „Ty k…o, rzuć mi klucz, bo szyby powybijam na dole tej starej wariatce i będziesz za mnie w pierdlu siedzieć”.

-Nie słyszałam.

-Byłaś na zajęciach. Zresztą wychodzisz rano i wracasz wieczorem. Co możesz słyszeć. Coś Ci powiem. Uważaj, z kim się spotykasz i z kim umawiasz. Ja nie uważałam i co mam. Recepty u psychiatry. Ostatnio mi przepisał łagodne leki. Śpię po nich jak niemowlę. Do pracy na razie nie wrócę. Wiem, że powinnam. Ale szpital sobie beze mnie poradzi. Dzwonili ostatnio, to im powiedziałam, że po Nowym Roku już przyjdę. Ale ja przedłużam zwolnienia, bo w pracy wisi nade mną piętno puszczalskiej panny z dzieckiem i to uszkodzonym. Nie wiedzą, że leczę się u specjalisty. Wyciągają mnie na jakieś imprezy, potańcówki. Chcą mnie komuś przedstawiać. A ja nie mam ochoty wiązać się z nikim. Nie odczuwam żadnych potrzeb ani żądz. Tylko apetyt mam. Wyjadam z lodówki wszystko, co jest pod ręką. Te leki takie działanie mają. Psychiatra tłumaczyła. Czy wiesz, że ona jest w moim wieku? I co mi ostatnio powiedziała? Że to mnie przyda się kuracja, a nie synowi, który potrzebuje męskiej ręki i regularnych zajęć sportowych. To go zapisałam na SKS. Dwa razy w tygodniu popołudniami wychodzi i potem sam wraca. Nie boi się. Nawet zimą.

-Kto Ci płaci rachunki i czynsz za to mieszkanie?

-Ojciec. Emerytowany wojskowy. Jestem mu za to ogromnie wdzięczna. Wstydzi się psychicznej córki, więc w spółdzielni płaci wszystkie rachunki tłumacząc, że ja nie mam na to czasu, bo biegam z jego wnukiem po lekarzach. A ja nie wiem, dokąd mam z nim pójść. Na obserwację w szpitalu psychiatrycznym czeka się ok. pół roku z takim przypadkiem. Jak to dobrze, że mieszkasz z nami. Przynajmniej mam się komu wygadać.