Notatki. Dzień Kobiet

Pora na kolejne świętowanie. Tym razem obchodów dnia, na który czekają kobiety z wytęsknieniem jawnym bądź ukrytym. Niektóre już kilka dób przed wybuchem szału na lansowanie bukietów i czekoladek zamieszczają ich zdjęcia na portalu z lajkami. W sieci mnożą się artykuły proponujące rozmaite sposoby i formy spędzania wolnego czasu 8 marca, czytane przeze mnie lawinowo. Dowiaduję się z nich m.in. do czego nosić klasyczną białą bluzkę. Must have w szafie każdej baby. Mam szafę? Tak. Białą bluzkę? A jakże. Nawet w dobrej kondycji. Nic dziwnego, skoro była zakładana jedynie na egzaminy, w tym dojrzałości oraz poprawkowe. Zatem liczy sobie… Niejedną dekadę. Nie cierpię klasyki w takim wydaniu i najchętniej pozbyłabym się jej, lecz została wykonana z… i dlatego sporo wówczas kosztowała. Nie potrafię się z nią rozstać, choć prezentuje się na mnie i na innych dość żałośnie. Kiedyś potnę ją nożyczkami i dopiero wtedy wyrzucę. Nie nadam jej drugiego życia. Nie odstąpię potrzebującym. Marzę o sytuacji, w której klasycznym strojem na egzamin będzie koszula flanelowa typu unisex i martensy, których kupiłabym kilka(naście) par na zapas. To by zależało od tego, jak często kwalifikowałbym się do poprawkowych. Styliści obu płci radzą, by nie przesadzać z liczbą ubrań, lecz zwracać uwagę na ich jakość oraz etyczną produkcję. Oczywiście ciuchy powinny być wykonane z organicznych materiałów.

Jako że lokale gastronomiczne wciąż działają w trybie na wynos lub z dowozem, oferują przygotowanie romantycznej obiadokolacji przy świecach zapewniając wszystkie detale, począwszy od wyłącznie wyśmienitych dań wraz z deserem i apertifem poprzez obrus, a skończywszy na środkach rozjaśniających półmrok i tworzących nastrój. Zorganizujemy Wam romantyczny wieczór. Ty wybierasz menu i dodatki, my zajmiemy się resztą. Ok, może być pizza z ananasem. Świece mam. Lampkę też. Jestem w gronie osób jadających włoski specjał z zapuszkowanym owocem w kształcie koła z dziurką po środku oraz pijących kawę wyłącznie z mlekiem.

Propozycje prezentów z okazji Dnia Kobiet: kurs makijażu (wirtualny oczywiście). Wyobrażam sobie romantyczną scenę. Ona i on siedzą w półmroku (mogło zabraknąć zapalniczki do świec na przykład) przy daniach serwowanych w naczyniach jednorazowego użytku. Ona ubrana w klasyczną białą bluzkę wielokrotnego użytku, on w mniej klasyczną. Po wzniesionym toaście on wyjmuje potwierdzenie przelewu za wykupiony abonament na kurs makijażu. Jest moc! Albo ona drżącą dłonią rozpakowuje prezent przewiązany atłasową czerwoną wstążką, a tam… Bielizna, o Której Zawsze Marzyła, tylko rozmiar nie ten. Za mała. Ona myśli. Na pewno kogoś ma i ten prezent był dla niej. A to łajdak. Za duża. Ona myśli. Nawet nie zna mojego rozmiaru! Czyżbym aż tak przytyła?! A to łajdak.

Cieszmy się i nie myślmy za dużo… Świętujmy i pozwólmy świętować innym. Dajmy sobie prawo do popełniania błędów, ale jedynie wtedy, gdy czegoś się na nich nauczymy.

One. Puszki

-Chcesz je?

-Pewnie, że chcę. Cudne puchy.

-Są Twoje.

-Będą pasować do pasków na ścianie. Zieloniutkie jak wiosenna łąka.

-Nie były używane.

-To po co je kupiłaś?

-Myślałam podobnie jak Ty, że będą pasować do kuchni, którą z taką pieczołowitością urządzałam.

-I?

-Nie pasowały. Podobnie jak kuchnia i nie tylko ona. Do życia.

-Tamto małżeństwo nie było dla Ciebie. Dla Was.

-Małżeństwo w ogóle nie jest dla mnie. Wiesz, kiedy dokładnie kupiłam te puszki?

-Nie wiem.

-W dniu, w którym garnki z zawartością po raz pierwszy poleciały przez okno. Grunt, że nikogo wtedy nie zabiły.

-To już przeszłość. Teraz skup się na…

-Na tym, jak przeżyć z dziećmi, nie pozostawić ich sierotami i nie zostać wyeksmitowaną.

-Nie panikuj.

-Tamtej wiosny miałyśmy jechać do Wiednia.

-Jeszcze pojedziemy.

-Kupiłyśmy bilety i zabukowałyśmy noclegi. Dzień wcześniej dostałam ataku. Ty wpadłaś w furię. Krzyczałaś, że zepsułam Ci weekend, naraziłam na koszty i jestem nieodpowiedzialna. Pojechałaś sama. Jak zwykle postawiłaś na swoim. Kilka dni później dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Wzięliśmy ślub, na który nie przyszłaś.

-Nie widziałam w tym związku przyszłości.

-Urodziła się K. Od początku coś było nie tak. Obwiniał mnie o jej stan. Oboje stale mnie o coś obwiniacie.

-Przestaniesz?!

-Właśnie K. się obudziła i domaga uwagi.

-Krzyczy tak, bo nie chce, abyś ze mną rozmawiała i dzieliła się czasem z kimś innym.

-Nie znasz jej. Ona nie umie inaczej.

-I nie będzie umieć, skoro ma Ciebie na każdy gwizdek. Pójdę już.

-A puszki?

-Nie chcę ich.

-To je wyrzuć po drodze. Nie mogę na nie patrzeć.

-A mnie to chciałaś je podarować.

-Ty byś z nich zrobiła właściwy użytek i może do czegoś dobrego by to doprowadziło.

-Chyba w to nie wierzysz.

-Zawsze zazdrościłam Ci porządku na głowie i w głowie. Podasz mi chusteczki?

-Pozory.

-Nie można grać przez kilkadziesiąt lat. To by była schizofrenia.

One. Myślicielka

-Który dzisiaj?

-10.

-To może renta już jest na koncie. Do ojca muszę zadzwonić, żeby mi coś kupił. Ale nie mam doładowanego telefonu. Doładujesz mi? Wiesz, coś za coś. Ja Tobie o sobie, a Ty mi dasz na doładowanie.

-Może być. Za ile?

-Dycha? Wystarczy, aby do starego zadzwonić. Powiem mu, żeby przywiózł trochę z renty i w kiosku doładowanie kupił. Nie dają mi kasy. Boja się, że zginie. Bo tu świry. Złodzieje. Schizole. Wiesz, cała śmietanka wariatkowa. A Ty do kogo przyszłaś?

-Do znajomej.

-Widziałam Cię, jak gadałaś ze stalkerką.

-Gadałam.

-Ona jeszcze jest na ogólnej. Mówią, że nie wyjdzie z tego. Wyjdzie, ale zacznie robić to samo. Czyli nie wyjdzie. A ze mną dlaczego chcesz gadać?

-Samo wyszło.

-Idziesz do kiosku?

-Zaraz idę.

-To pamiętaj o doładowaniu dla mnie. Za dychę. Oddam, kiedy przyjdziesz następnym razem. O ile przyjdziesz. Znajdziesz tu tylu świrów i historii, że wystarczy na książkę, a nie tylko na… Na co to ma iść?

-Na blog.

-Właśnie. Na blog. Po co chcesz pisać o czubkach.

-Chciałabym pokazać ich historie.

-Co tu do pokazywania. W głowach się poprzestawiało. Leki trzeba brać i tyle. O stalkerce też będzie?

-Może troszkę.

-Nie wyglądała na zadowoloną, gdy z nią gadałaś.

-A Ty?

-A ja jestem zadowolona, że ktoś chce ze mną gadać i pisać o szambie, w które weszłam. Psychiatryk to szambo, wiesz.

-Wiem.

-Lepiej tu nie przychodzić za często, bo jeszcze Cię zamkną. Jak mnie. Któregoś dnia matką z ojcem mnie tu przywieźli. Pojechali, a ja zostałam. Potem wyszłam, ale nie miałam do czego wracać. Sklep nie chciał mnie przyjąć z powrotem do pracy, bo coś im niby ukradłam i klienci się wykruszali. Były jakieś problemy z czynszem zaległym. I administracja wywaliła ich stamtąd. Potem nie znalazłam nigdzie roboty. Wiesz, kiedyś chciałam prowadzić proste życie. Pracować w jakimś sklepie z ciuchami, sieciówce jakiejś albo kawiarni. Poznawać ludzi. Rozmawiać z nimi. Pomagać im. A wyszło jak wyszło.

-Zdarza się.

-Tylko takim jak ja. Nie dostałam się do knajpy, ale znajoma otwierała sklep z ciuchami i pamiątkami.  Tam się zaczepiłam i tam poznałam, jak to się mówi, jedynego. Miał być na całe życie. On był, jak to się mówi, nawiedzony. Chciał mnie czymś karmić, książki pisać o nas, o jakimś spełnieniu, wcieleniu. Czy jakoś tak. Dziecka nie chciał. A potem nas okradł i zniknął. Gadają, że romansował z moją znajomą, tą, co sklep miała, gdzie ja pracowałam. Idziesz już?

-Raczej tak. Autobus mam.

-Nie myśl za dużo. Ja myślałam o życiu i myślałam, co mnie spotkało i dlaczego i widzisz, gdzie wylądowałam.

Notatki (epidemiczne)

Coraz więcej ograniczeń. Coraz więcej związanych z nimi frustracji generujących coraz więcej trudności. Dziś na zewnątrz sklepu stałam za kremem do rąk przez ponad pół godziny. Mocno wiało. Otuliłam się więc szalikiem i skurczyłam, jakby to mogło przyspieszyć czas oczekiwania na wejście do konsumpcyjnego sanktuarium. Nie mogę już zrobić zakupów w osiedlowych sklepikach. Są czynne jedynie w określone dni i godziny. Głównie wtedy, gdy wykonuję prace zlecone. Zniknęły inne stałe punkty na mojej osobistej mapie handlowo-usługowej. Podobnie jak programy z radiowej ramówki.Aby zrobić drobne zakupy, trzeba rezerwować ok. dwie godziny z uwzględnieniem czasu postoju przed sklepami.

Nic nie jest i nie będzie tak samo. Epidemia modyfikuje nie tylko życiowe cele, ale także zmienia spojrzenie na ludzi, wydarzenia, pracę, relacje. Wysysa resztki życia z tych, w których jeszcze ono się tliło. Nie ma niczego na stałe, a przecież aby poczuć się bezpiecznie i zdrowo, powinno się mieć jakąś stałość.

Co jakiś czas w nocy powraca do mnie pewien sen. Tonę w oceanie. Zapadam w otchłań. Jest coraz ciemniej i zimniej. Nade mną i wokół mnie pływają ryby różnych wielkości i gatunków. Odczuwam na swoim ciele ich lodowate, śliskie, otwarte pyski, ale żadna mnie nie nadgryza. Jestem ubrana w stare dżinsy, jakąś koszulkę. Mam bose stopy. Widzę swoje dłonie, którymi próbuję odgonić ryby. Brzydzę się ich. W oceanicznych głębinach ostatnim obrazem, który pamiętam, jest światło słoneczne. Mgliste i stale oddalające się ode mnie. Spadam głębiej. Tam, gdzie są tylko cisza i ciemność. I bezdech.

Patynowa Pani Domu. Głos wołającego na pustyni

Lawinowo nadchodzące komunikaty o niebezpieczeństwie zarażenia wirusem mocno opinającym świat sprawiają, że i tak już mocno otumaniona część społeczeństwa w panice wykupuje produkty pierwszej potrzeby w ilościach przemysłowych. Imprezy masowe są odwoływane. Placówki oświatowe stoją przed decyzją o zawieszeniu zajęć. W sąsiedztwie rozmowy dotyczą głównie nadciągającego armageddonu. Chyba pora się do niego przygotować.

Nie wiesz, czy i jak planować urlop. Podróżowanie środkami masowego transportu może stanowić zagrożenie. To nic, że jest tańsze i bardziej korzystne dla ochrony środowiska. Ekoluby, na pomoc. Ludzie nie chcą jeździć autobusami. Wybierają auta. Wolą stać w korkach, a tym samym wdychać spaliny nie troszcząc się zbytnio o los planety i własnych płuc. Poza tym wciąż nie wiadomo, jakie żniwo zbierze zaraza w niektórych częściach globu, jak długo potrwają kwarantanny i kto zostanie im poddany.

Dziś miałaś okazję odwiedzić państwową instytucję. Mimo stale rozwijających się technologii zwykłe administracyjne sprawy wciąż trzeba rozwiązywać osobiście. Można prowadzić telekonferencję z użytkownikami ze wszystkich kontynentów, ale w kraju nad Wisłą i Odrą nadal nie ma większych szans na zdobycie podobną drogą kilku pieczątek niezbędnych do uzyskania świadczeń. Różnica temperatur na zewnątrz i wewnątrz budynku oraz maraton po korytarzach sprawiły, że dostałaś kaszlu. Poza tym raz kichnęłaś. Zaraz pojawiły się sugestie, abyś uważała i dokładnie umyła, a następnie zdezynfekowała dłonie, bo inaczej możesz być poproszona o opuszczenie sali. Są oficjalne komunikaty, że trzeba kichać w zgięcie łokcia. Zabrzmiało groźnie. Uśmiechasz się, a w myślach dodajesz, że w mocno nadgryzionych zębem czasu meblach i sprzętach tu ustawionych jest więcej roztoczy oraz zarazków niż na Twoich dłoniach. Na szczęście jesteś po zakupach. Pokazujesz pojemnik z mydłem, z którym rzekomo nie rozstajesz się od kilku dni, wyjaśniając, że na pewno umyjesz dłonie, gdy zawitasz do toalety. Uspokajasz otoczenie swoim aksamitnym, radiowym głosem. Jeszcze raz się uśmiechasz i odchodzisz z pożądanym kwitkiem (a nawet dwoma).

Wracasz do siebie. Smażysz racuchy. Na pohybel koronowanym głowom.

One. Dzień Babci i Dziadka

-Mogłabyś choć na chwilę odłożyć tę bardzo ważną książkę i mnie posłuchać.

T. nie dawała za wygraną raz po raz domagając się uwagi.

-Wiem, o czym chcesz rozmawiać. Znasz moje zdanie. Nic z tego.

-Dawno nie byłam na wsi. Dzieciaki nie widziały babci kilka lat.

-Nie pojadę z Wami.

-Nie dam rady wgramolić się z bagażami i dziećmi do autobusu. Zapłacę za Twój bilet.

-Nie. Jestem asertywna. Nie. Nie znoszę wsi, grobowej atmosfery w Twoim domu oraz głupiego gadania, od którego nie będzie można uciec. dokąd pójdziemy w środku nocy, gdy zaczniecie się awanturować.

-W niedzielę tam nic nie dojeżdża, a w pozostałe dni tygodnia trzeba z buta tłuc się przez drogę ok. 2 km. Nie dam rady z dzieciakami, wózkiem i resztą.

-Niech babcia tu przyjedzie.

-Dobrze wiesz, że tego nie zrobi. Nie ma się czym tutaj dostać. Musiałaby się przesiadać, a ma coraz mniej sił. Chcę dzieciakom pokazać grób dziadka.

-Odstawię Was do autobusu, pomogę z wózkiem i bagażami i na tym koniec, ok?

-Ale jesteś. Kiedyś tam razem jeździłyśmy, nie pamiętasz?

-Pamiętam, ale to były inne czasy.

-Tak?! Kiedyś było lepiej, słynne Twoje powiedzonko. Kiedyś miałam więcej rozumu. Nie to co teraz.

-Kiedyś było inaczej. Nie twierdzę, że lepiej. Inaczej. Inaczej się z Tobą rozmawiało. Inaczej by to się potoczyło, gdyby…

-Nie wierzę, że tak mówisz! Gdyby co? Powiedz to wreszcie! Gdyby nie moja matka. Lubiła Cię, a Ty traktowałaś ją z wyższością. Zawsze byłaś zarozumiała i dumna. Jak wtedy, gdy stałaś na balkonie blada jak trup w swojej czerwonej sukience i przytulałaś lampkę białego wina do policzka. Na co albo na kogo wtedy patrzyłaś? Chciałaś rzucić tą  lampką, ale zgniotłaś ją i szkło wbiło Ci się w dłoń. Mama podeszła do Ciebie i Cię powstrzymała. Wyjęła Ci szkło z ręki, potem zorganizowała opatrunek. Nie popłakałaś się z wściekłości, bo jeszcze makijaż by Ci się rozmazał.

-To dzwoń do mamusi. Może coś wspólnie ustalicie, skoro z Was takie przyjaciółki.

-Żebyś wiedziała, że zadzwonię. Z zaproszeniem. Niech przyjedzie do nas i zostanie tak długo, jak zechce. Twoja pomoc nie będzie potrzebna. Zamknij się w wykreowanym przez siebie świecie, składającym się z tak pustych i niedostępnych ikon jak Ty, ale pamiętaj, że kiedyś Twój czas minie i wtedy nikt nie poda Ci ręki, bo nie dopuszczasz do siebie ludzi. Mnie przy Tobie też nie będzie.

 

One. Bucket list

-Wiesz, nad czym obecnie pracuję z moją terapeutką?

-Nad czym?

-Nad stworzeniem listy rzeczy do zrobienia przed śmiercią.

-Słucham?!

-Nie przesłyszałaś się.

-Bulisz jej tyle kasy za to, że…

-… że ze mną rozmawia o marzeniach.

-Robię to z Tobą prawie codziennie gratis, ale co Ty robisz ze swoimi ciężko zaoszczędzonymi pieniędzmi to Twoja sprawa.

-Ty rozmawiasz ze mną głownie o wydatkach, rachunkach, sprawach do załatwienia na zaraz. Jak ta popsuta zmywarka na przykład. Właśnie, kiedy przyjdzie ten koleś?

-Nie mogę się do niego dodzwonić. To właśnie jest sprawa do załatwienia przed śmiercią. Gdy będziemy sztywne, zmywara nie będzie nam potrzebna.

-Wiesz, Aśka pytała, jak wygląda mój dom, z kim mieszkam i w ogóle jak to się stało, że sprawa w sądzie utknęła w martwym punkcie.

-Jesteście już z panią psycholog po imieniu? Widocznie sąd nie jest sprawą do załatwienia przed śmiercią.

-Przestań, łapiesz za słowa jak zwykle.

-I co jej opowiedziałaś?

-Że mieszkam z Tobą i dzieciakami.

-Jakie to miało dla niej znaczenie?

-Nie powiedziała. Ale powiedziała, że to dla dzieciaków nie jest zdrowe.

-A mówiłaś jej, że od dwóch lat nie miałabyś z czego żyć,  gdyby nie grosze, które cudem dostałaś na dzieciaki, bo ich tatuś kopnął Was w tyłek w środku zimy?

-Nie mówiłam, ale wiesz, ona mi takie coś narysowała, patrz tutaj mam. Tu jest pokazane, gdzie są moi rodzice i ja i mój ślubny. Te strzałki i kwadraty mówią o zależnościach pomiędzy nami. Ty też jesteś.

-Mnie w to nie mieszaj.

-Chyba trochę mogę. Czasami zostajesz z dziećmi. Kiedy trzeba, przyprowadzasz je ze szkoły. Piszesz wnioski do urzędów.

-Ale jak to się ma do tematu bucket list, na którym obie pracujecie już kilka miesięcy?

-Aśka twierdzi, że Tobie też nie zaszkodziłaby terapia.

-Nie masz prawa mówić jej o mnie.

-Mam i chcę.

-Nie zgadzam się na to.

-Twoja zgoda nie jest i nie będzie potrzebna. Układamy listę rzeczy do załatwienia przed śmiercią. Jeden z punktów dotyczy Ciebie. Chcę, abyś poszła na terapię, po której staniesz na własnych nogach.

 

Notatki. Przedświąteczna gorączka

Budzę się w środku nocy i po omacku włączam radio. Pierwsza informacja, która dociera do mnie na wpół sennej, dotyczy śniegu lekko prószącego gdzieś na południu Polski. Następnie dowiaduję się, ile osób zamarzło w ciągu ostatnich kilku tygodni z powodu wychłodzenia organizmu. Słyszę auta odjeżdżające z parkingu. Spoglądam przez okna. Ktoś skrzybie samochód, kto inny nerwowo gestykuluje. Nie może odpalić. Wracam do łóżka. Przymykam oczy. Słychać budzik. Od tej pory moje życie wplata się w tryby maszyny, która mnie zmieliła, przyprawiła trucizną z dodatkiem glutaminianu monosodowego i przeznaczyła na fastfood. Po drodze znowu widzę martwego szczura. Dostrzegam symbole, ale nie rozumiem ich znaczenia w kontekście własnego życia.

Popołudnie. Mgła osnuwa ziemię. Śniegu wciąż nie ma. Szamańskie prognozy kolejny raz nie sprawdziły się.

Uciekłam ze sklepu. Zobaczyłam, co się tam dzieje i uciekłam wrzuciwszy wpierw do koszyka porcję sera z orzechami oraz dwie zgrzewki wody mineralnej. Konsumenci niemalże wyrywają sobie towar z rąk celowo trącając się wózkami. Tak ma być do końca grudnia, jak dowiaduję się od obsługi. Klienci głównie krzyczą na pracowników sklepu albo ponaglają ich i tak błyskawicznie poruszających się z towarem pomiędzy półkami. Są amatorzy zakupów, którzy nie znają położenia produktów oraz nie potrafią porównać ich cen. Czytanie ze zrozumieniem oraz znajomość topografii sklepu to dla nich wyprawa na Kaukaz. Dla mnie samo obserwowanie tego zjawiska jest niczym przeprawa przez amazońską dżunglę. Współuczestniczę volens nolens w Armagedonie. Jestem w samym jego epicentrum. Usiłuję przestawić się na tryb off. Nie słyszę, jak z jednego rogu sklepu ona wrzeszczy do niego, aby wziął o jedno opakowanie pasztetu więcej, a on jej odkrzykuje: zwykłe czy z kary. I dorzuca: zobacz jeszcze te okulary z reniferkiem, dla Zochy weź okrągłe, a dla nas z brokatem, ale pospiesz się, bo mało zostało.

Na nowo uczę się pisać przy muzyce poznając inny rodzaj ciszy.

One. Rocznica

Po przebudzeniu nie spojrzała od razu na zegarek, jak miała w zwyczaju. Postanowiła zostać w łóżku. W końcu to dzień wolny od pracy, przynajmniej tej, za którą otrzymuje wynagrodzenie. Słyszała dziecięce głosy wydobywające się z korytarza oraz matkę po raz kolejny strofującą pociechy. Następnie był trzask zamykanych drzwi oraz odgłos przekręcanego klucza. Co się dzieje? Co tak pachnie? Jak tu ciepło. Sygnał SMSa. Odstawię dzieciaki na cały dzień do Lufcika. Mamy dla siebie sobotę, przynajmniej do 17.00. Ok, niczego mi wcześniej nie powiedziała. Dzwonię. Wszystko jasne. Zwłaszcza niespodzianki w jej stylu.

-Jak się dziś czujesz? Dasz radę wyjść z wyra i wziąć prysznic? Zostawiłam ciasto w piekarniku. Marchewkowe. Z orzechami. Powinnam wrócić, zanim dojdzie. Na wszelki wypadek czuwaj.

Postanowiła czuwać. Opuściła łóżko. Po wczorajszej gorączce nie było śladu. Napar z kwiatu lipy oraz herbata z dodatkiem soku z malin zaliczyły dobrą robotę. Ech, te naturalne sposoby. Weszła pod prysznic. Śpiewała na całe gardło. Piosenkę. Ich piosenkę. Nie słyszała, jak otwierają się drzwi do mieszkania. Wyszła z łazienki owinięta w ręcznik nie przerywając wykonywania piosenki. Pisk.

-Śmiało, nagrywam Cię.

-Jak możesz?

-Mogę. Wiesz, jaki dziś dzień?

-Sobota.

-Nie dzień tygodnia, tylko jaki dziś szczególny dzień.

-Yyy… mamy listopad, sobotę.

-Też. Ale co się kiedyś wydarzyło?

-Oświeć mnie.

-Poznałyśmy się. Wtedy na dziedzińcu. I wymieniłyśmy telefonami. Siedziałaś wściekła i powiedziałaś, abym się od… abym sobie poszła. A ja powiedziałam, że jesteś bezczelna i nieszczęśliwa, skoro nowo poznanej osobie mówisz takie rzeczy. I dobrze, że nie dla Ciebie zabrakło biletu.

-Padało. Było zimno. Żadna z nas nie dostała biletów w kasie. Ty zachowałaś spokój, ja wręcz odwrotnie. Do końca miałyśmy nadzieję, że je odkupimy. To był pierwszy koncert w Polsce. Na bilet przeznaczyłam swoje stypendium. Ty w efekcie go dostałaś Załatwiłaś sobie od koników. Ze mną nikt nie chciał rozmawiać.

-Nic dziwnego. Zobaczyli scenę, którą zrobiłaś, i uciekli. Nie poszłam na koncert. Wiedziałam już wtedy o chorobie. Odechciało mi się wyjazdów, rozrywki, życia. Zadzwoniłam do Ciebie chcąc odsprzedać bilet. Wyjaśniłaś, że sprawa jest nieaktualna, bo straciłaś pracę i nie miałaś czym zapłacić. Tak więc odstąpiłam Ci bilet. Powiedziałam Ci o chorobie oraz objawach jej towarzyszących. Zaproponowałaś, że będziesz się mną opiekować przez dwa tygodnie, aby spłacić prezent.

-Początkowo nie chciałaś się zgodzić.

-Ale w końcu się zgodziłam. Karmiłaś mnie tartą marchewką z cynamonem. To na wzmocnienie, tłumaczyłaś. Obiecałam sobie, że gdy mi się poprawi, to nie tknę marchewki, a ty mi ją nieustannie serwowałaś. Duszoną. Gotowaną. Na surowo. W cieście.

-Ciasto!

-Co z nim?

-Będzie dobrze. Uchyliłam drzwiczki piekarnika. Wiesz, jak długo się znamy?

-Dłużej niż trwa Twoje małżeństwo.

Nieruchomość na sprzedaż

-Jeśli się zdecydujemy, zadzwonimy do Pani. Może w przyszłym tygodniu.

-Wolałabym wcześniej. Dom cieszy się sporym zainteresowaniem. Mogę dać Państwu czas do piątku, do wieczora.

-W takim razie dziękujemy Pani za poświęcony czas. Nie jesteśmy zainteresowani tą nieruchomością.

-To ja dziękuję. Do zobaczenia.

Gdy pracownica biura nieco się oddaliła, ona wyraźnie odetchnęła z ulgą.

-No, kolejny nic nieznaczący gniot. Tracimy czas. Zmieńmy agencję lub zacznijmy czegoś szukać na własną rękę.

-Dlaczego od razu ją pogoniłaś? Widać było, że się starała. Mogłaś chociaż udawać zainteresowanie. To już czwarta oferta, którą odrzucasz po prezentacji.

-Tu się nie da mieszkać. Widziałeś te wszystkie słodkie pierdy, kominek, iglaki w ogrodzie, korę przed domem. Wszędzie to samo. Wyczułam dziwny nastrój w tym miejscu. Nie chciałabym tu zamieszkać, a już na pewno niczego bym nie napisała, może z wyjątkiem ogłoszeń.

-Można byłoby go nieco przerobić. Na Twoje potrzeby.

-Prędzej zbudowalibyśmy nowy. A gdzie miejsce na Twoją pracownię? Nawet porządnej piwnicy nie ma, dobrze oświetlonej, z osobnym wejściem. Poza tym małżeństwo, które wybudowało ten dom, właśnie się rozwodzi i dzieli majątek. Chcesz wprowadzać się do miejsca, które od początku jest przeklęte? Jeśli tak, w tej okolicy jest cała masa takich domów.

-W naszym gniazdku na poddaszu robi się ciasnawo. Rodzice są tolerancyjni, skłonni dołożyć do remontu, ale sama rozumiesz.

-Ty nie rozumiesz, a rodzice nie są tolerancyjni. Nazywajmy rzeczy po imieniu. Wymarzyłam sobie stary dom z oknami wychodzącymi na stronę zachodnią, podpiwniczony, z werandą i patio, na której będę pić espresso podczas mroźnych poranków. Ty będziesz mieć wydzielone miejsce na pracownię, bez naruszania strefy prywatnej. Nie możemy stale wynajmować. Od przyszłego miesiąca właściciel znowu podniesie czynsz. Jakoś tam się jeszcze mieścimy. Twoje sprzęty, biurko, komputery. Łóżko. Przeniesiemy je w jednym kawałku do nowego domu. Ciężko mi pogodzić się z tym, że ludzie przychodząc do Ciebie kładą ubrania na nasze łóżko. Mieszkanie jest niby nasze, ale walają się po nim rzeczy różnych osób korzystających z łazienki, którą głównie ja sprzątam. Głupio mi tak chodzić w szlafroku po mieszkaniu, gdy goście przesiadują do późna i rozmawiają z Tobą o realizacji pomysłów.

-Stare budynki najczęściej wymagają kapitalnego remontu.

-Są często gotowe do zamieszkania i nie trzeba od razu robić kapitalnego. Uwielbiam drewniane, skrzypiące podłogi i dekoracyjne poręcze. Aha, i dobrze byłoby, gdyby taki dom znajdował się w pobliżu cmentarza. Miałabym blisko na spacery.

-Co chcesz robić na cmentarzu?

-Poszukiwać inspiracji do opisywanych historii. I trwać w zadumie oczywiście.