One. Koszyki

-Nawet buda jest! Patrz!

-Jest, jest. Nie miałam sił ani serca, by ją rozbierać. Taką ją zostawię.

-Ile to już lat? Nie ma psa. Pamiętam go. Kundlicho miał głos i złość wyrobioną.

-Łańcuch ktoś zabrał.

-Na co komu stary łańcuch?

-Pchnie na żeleźniaku.

-Chcesz sprzedać dom z działką i budą dla psa?

-Tak, buda niech stoi. Może im się przyda. W drugim rogu była studnia. Właz jest zakryty.

-Wygląda na to, że dawno nikt tu nie zaglądał.

-Sąsiadka zaglądała. Miała klucze na wypadek, gdyby na Wszystkich Świętych ktoś przyjechał albo tak w odwiedziny.

-Odwiedziny grobów?

-Chodź, zejdziemy do komórki. Zrobimy, ile się da. Póki mamy klucze.

-Ale tu wszystkiego. Słoiki. Kosze. Dużo ich. Sklep z koszykami chciała otworzyć?

-Sama wyplatała. Mówiłam Ci, że kończyła szkołę wikliniarską?

-Nie przypominam sobie.

-Wyjechała do miasta. Zawsze chciała stąd się wyrwać. Poszła do drewniaka. Tak mówili kiedyś o tej szkole. Do klasy wikliniarskiej. Zamieszkała w internacie. Ale nie ukończyła szkoły, bo ja się urodziłam. Nie patrz tak. Odkładaj te nadpsute.

-Co chcesz z nimi zrobić?

-Spalić. Razem z kuchennymi meblami, a drobny sprzęt wyrzucimy.

-Nie szkoda Ci?

-Nie, i tak nie ma tu niczego mojego. Nawet nie zaglądałam tutaj, odkąd się pokłóciłyśmy.

-Pamiętam.

-Byłaś nią taka zachwycona.

-Jakie to ma teraz znaczenie?

-Żadne. Szkołę przerwała. Poszła za ojcem. Wzięli ślub. Urzędowy. Na krótko przed moim urodzeniem, aby dziecko miało nazwisko. Rok później urodziła się moja siostra. Małżeństwo się nie udało. Wróciła do swojej matki. Do pracy nie poszła, bo byłyśmy małe z siostrą, ale nauczyła się wyplatać koszyki z wikliny i inne rzeczy. Miotły robiła z brzozowych witek. Sprzedawała je potem na targu. Inaczej zginęłybyśmy z głodu. Ale przyszedł czas, że zainteresowania nie było. Wcześniej też szło kiepsko. Babcia zachorowała i w krótkim czasie zmarła, ale do końca sobie nie wybaczyły.

-Czego?

-Sama nie wiem. Chyba tego, że zepsuła sobie życie, bo ja się urodziłam.

-Może koszyki wystawimy? Może komuś się przydadzą?

-Nie, spalę je wszystkie. Kojarzą mi się… Mniejsza z tym…

-Tobie nie będą służyły, ale innym mogą. I tak zamawiamy kontener na sprzęty.

-Nie chcę, by komuś przyniosły pecha.

-Od kiedy jesteś zabobonna?

-Nienawidzę ich. Zawsze się wstydziłam, że chodzę w ubraniach po kimś, bo moja matka łazi po targu i handluje wikliną, a nas na nic nie stać.

-To dlatego szerokim łukiem omijasz lumpeksy i giełdy rzeczy używanych?

-Między innymi dlatego. Poznajesz moje tajemnice.

One. Wybór

-Co Ty nałożyłaś na twarz?

-Peeling zawierający ziarna zmielonej kawy.

-Lepiej to zmyj, bo jeszcze mała się wystraszy.

-Jeśli ojca się już nie boi, to współlokatorki w maseczce tym bardziej nie będzie.

-Jeszcze zacznie Cię naśladować, a ja stracę u niej autorytet.

-Kiedy go miałaś?

-A Ty swoje. Dom zaczyna przypominać chlew, bo wszędzie nastawiałaś jakiś słoików z nieznaną zawartością.

-Recycling, organiczne kosmetyki. Słyszałaś zapewne. Wykorzystuję, co się da, aby oszczędzać energię i w ten sposób coś robić dla planety. A zużyte fusy po kawie nadają się również do nawożenia roślin.

-Zrób coś wreszcie dla siebie, a planeta i świat będą Ci wdzięczne.

-Co dokładanie masz na myśli?

-Zacznij zarabiać, weź się za siebie. Nie mówię, że to, co robisz, nie ma wartości, ale może czas wziąć sprawy w swoje ręce?

-Życie mam ułożone.

-Nazywasz porządkiem zajmowanie się cudzymi dziećmi, ogarnianie domu i nakładanie na twarz czegoś, co powinno lądować na śmietniku?! Wszędzie walają się te Twoje organiczne produkty. Kawa jest coraz droższa, a my potrzebujemy jej coraz więcej na Twoje fanaberie. Dom zaczyna cuchnąć.

-Tę miejscówkę trudno nazwać domem.

-Proszę, wielka pani redaktor zabłysnęła elokwencją i dowcipem.

-Skończ.

-Tkwisz w tym miejscu nie dlatego, że tak wybrałaś, moja droga, ale dlatego, że nie masz wyboru.

-Ty za to masz i dlatego nie podejmujesz pracy zgodnej z kwalifikacjami, tylko zadowalasz się byle czym. Nie wymówisz mi pokoju, bo układ jest dla Ciebie korzystny. Masz ogarnięte mieszkanie i dzieci, a ktoś dokłada się do rachunków. Masz na kim wieszać psy za swoje nieudane życie osobiste. Dzieciaki są za małe, a kot Ci nie napyszczy. Możesz wybrać co najwyżej puszkę z żarciem dla niego, ale jemu wszystko jedno, co będzie wszamiał.

One. Szyby

-Nadal widać smugi. Spójrz pod światło.

-Umyj je sama, skoro masz jakieś ale.

-Nie ale, tylko czepiam się, żebyś wiedziała, jak to jest. Być krytykowanym. Ciągle. Tak przy okazji wieczko już się domyka. Co z nim zrobiłaś?

-Ścisnęłam śrubki przy pomocy kombinerek, następnie wygięłam wieczko do oporu i ponownie zamknęłam. Dlatego teraz chodzi jak…

-Ty i Twój perfekcjonizm. Każdego chłopa nim przegonisz. I nikomu nie dasz zarobić.

-Co mają do tego chłopy?! Zaoszczędziłyśmy na zakupie nowej kawiarki. Jeszcze trochę odłożymy i kupimy parową myjkę do szyb. Nie będę się pałować z wycieraniem ich do sucha, a i tak zostają smugi.

-Pani Ilona, ja bym wolała zmywarkę. Już mnie bolą ręce od zmywania i cała mokra jestem jak tak stoję i zmywam.

-Na zmywarkę trzeba będzie jeszcze poczekać.

-Powiedz swojemu ojcu, żeby Ci ją kupił, gdy następnym razem Was odwiedzi.

-Dziewczyny, koniec dyskusji! Na zmywarę nie ma miejsca.

-Mama bierze na nas piniądze. Niech je wyda na zmywarkę.

-Koniec tematu zmywarki. Co dzisiaj jemy?

-To, co ugototowałaś.

-Skoczę po ziemniaki do warzywniaka. A do nich…

-Ciekawe, czym za nie zapłacisz? Chyba swoimi książkami.

-Kurier zabrał je dopiero wczoraj. Pieniądze z wyceny powinny wpłynąć na konto za kilka dni.

-Całe życie czekasz na pieniądze. Poszłabyś do pracy. Na etacie miałabyś stałą pensję. A Ty wyprzedajesz wszystko, co masz, jak największy dziadol i chodzisz po domach do cudzych dzieci.

-Jakiś grosz z tego jest, mądralo. Dostajesz pieniądze na dzieciaki, więc podskakujesz i zrzędzisz, a do roboty nie pójdziesz. Grunt, że kartony z książkami spakowałaś. Co jutro wrzucamy na wymiennik?

-Dwie pary butów juniora, słoiki z Twoimi przetworami i kilka sztuk zdekompletowanych talerzy, pani perfekcyjna.

Notatki. Marzec

Mija kolejny miesiąc nierównej walki ze zjawiskiem szumnie określanym jako pandemia. Niecierpliwie zaglądam na witryny jeszcze czynnych punktów handlowo-usługowych. Na szybach ogromne napisy w stylu „nie poddajemy się, walczymy do końca”. Jakiego końca? Czyja to wojna? Co dla jednych jest celem, dla innych stanowi środek do celu. Znam takich, dla których epidemia jest wybawieniem. Nie muszą wychodzić z domu, chyba że po coś do jedzenia, a i to można obejść zamawiając zakupy spożywcze przy pomocy aplikacji. Wreszcie nie trzeba udowadniać wszystkim dookoła, że sobie radzą. Wreszcie nie trzeba zapraszać gości, co można przecież wytłumaczyć względami sanitarnymi. Nie trzeba podejmować trudu dbania o siebie i otoczenie myśląc „wreszcie nikt niczego ode mnie nie chce i ja niczego od nikogo nie chcę”. Nie trzeba licytować ze znajomymi, w jakiej kto knajpie ostatnio był, co spożywał, za jakie pieniądze, gdzie i jaką sztukę obejrzał, jaki film, dokąd wyjechał na weekend. Nie przyznają się oficjalnie do tego, że wreszcie mogą występować bez masek, bo nie ma publiczności. Pokazywać tego, co gotują, jeśli w ogóle coś potrafią ugotować. Stan pandemii to dla nich błogosławiony czas i oby trwał jak najdłużej. Doklejają do tego teorie, że są intro- ekstra- czy a-. Niespójność w ich myśleniu, mowie i działaniu bije po oczach.

Wyobrażam sobie, że jestem wędrowcem. Podróżuję z walizką wyszperaną w sklepie ze starociami. Taką, jakiej nikt nie ma. Nie cierpię pospolitości przejawiającej się w sposobie bycia, mówienia, ubierania się, urządzania życia „po swojemu” Żałosne: ci, którzy najbardziej zarzekają się, że ogarniają się po swojemu, stanowią mdłe kalki tego, co serwuje popkultura, a im głośniej wyrażają swój pogląd, tym bardziej staje się to żenujące. W mojej walizce nie ma wielu rzeczy. Jedynie pamiątki mające wartość sentymentalną. Filiżanki. Etniczna biżuteria. Zdjęcia. Ok, nośniki ze zdjęciami, ale część fotografii chciałabym mieć wywołanych. Produkty made by herself. Reczy przytargane podczas podróży przez ocean, dwa kontynenty, a czasami trzy. Bagaż podręczny to pamięć o ludziach, krajach i kulturach, natomiast świadomość to pamięć o smakach, dotyku, migawkach z życia wędrowca. Bez rozmaitych form graficznego retuszu. Wystarczy, aby wyruszyć w dalszą drogę i nie zatrzymywać się. Podróżuję z punktu do punktu czasami zatrzymując się w miejscu, które uznam za właściwe. Rozpoznasz mnie po walizce, martensach i kapeluszu.

Pozostań w dobrym zdrowiu i miej piękny, wiosenny czas! Żyj w ciągłym ruchu, byle nie na karuzeli! I nie przekonuj innych nieustannie, że sobie radzisz, bo to widać.

Notatki. Lista rzeczy do niezrobienia przed świętami?

Boże Narodzenie w tym roku nadejdzie, ale zanim to się stanie, trzeba zgodnie z przekonaniami trendsetterów zaliczyć kilka obowiązkowych, przedświątecznych punktów. Po pierwsze upiec pierniczki, o czym sugerowano już na początku października. Koniecznie w foremkach w kształcie reniferków, tudzież drzewek choinkowych albo gwiazdek. Nie przypominam sobie, abym była aż taką tradycjonalistką. Choć uwielbiam miodowe smakołyki i co roku pochłaniam je w przemysłowych ilościach, nie zdobyłam się na odwagę kreowania ich fizycznego wizerunku. Właśnie! Świąteczny look. Obrus, zastawa, sztućce. To wszystko mogę kupić w promocyjnych cenach z możliwością zwrotu do 30 dni. Gdybym dobrze pokombinowała, sprowadziłabym rzeczone przedmioty na dwa dni przed podaniem wykwintnego obiadu z przystawką, a po Nowym Roku dokonała zwrotu. I tak co sezon nie zapominając o mocnym lansie w mediach społecznościowych. Czego jeszcze nie wykonam? Czynności i elementów dekoracyjnych spod znaku DIY („zrób to sam”). Ceny produktów składających się na efekt samodzielnie wykonanych artystycznych dzieł przewyższają moje możliwości finansowe. Zamiast nich świąteczny akcent w zajmowanej przeze mnie przestrzeni będą tworzyć: puste, szklane naczynie wypełnione żwirkiem i kamyczkami z niekwitnącą poinsencją wewnątrz, oczekujące na zamieszkanie przez kolejnego lokatora (czyt. glonojada). Roślinkę otrzymałam w prezencie kilka lat temu. Przyjęła się bez narzekania na brak uwagi i troski z mojej strony. Jedna ozdoba choinkowa w kształcie kuli, rozkładana na dwie części, również mająca swoje lata, dopełni reszty. To się nazywa ekonomia i ekologia w pigułce. Minimalizm znaczy się. Jest trendy. Może powinnam napisać o tym książkę albo nagrać podcast? Grunt, że do łask przywrócono biblioteki i galerie handlowe. Dzięki temu każdy znajdzie coś dla siebie i przy okazji wyjdzie na spacer, łącząc obie miejscówki w jedną ogromną przyjemność.

Uważajcie na siebie i pozostańcie w zdrowiu!

Patynowa Pani Domu. Idzie nowe (czyżby?)

Środek nocy. Sygnał przychodzącej wiadomości. Czy to sen? Ponowny. Nawet jeśli to nie sen, przeczytasz jutro. Kolejny. Wstajesz przełamując lenistwo i rugając siebie, że nie wyłączyłaś smyczy na noc. D. przesyła sensacyjne wieści. Słyszałaś? Słyszałam. Widziałaś? Widziałam. I co? I kolejna noc z głowy. Porozmawiamy, kiedy obie będziemy w formie. Właściwie już się położyłaś, ale jeszcze nie zasnęłaś i przez jakiś czas nie zaśniesz. Włączasz koncert. Na bezsenność pomoże tyle, ile nieboszczykowi kadzidło, ale przynajmniej mile spędzisz czas. Odpowiadasz na wiadomości nadmieniając, że zerwałaś się z łóżka na dźwięk alarmu, jesteś w piżamie i średnio ogarniasz wczorajszy dzień, a dzisiejszy jeszcze nie nadszedł, przynajmniej mentalnie.

Linki do polubienia. Propozycje urodzinowych prezentów. Kobieca sesja. Wygląda świetnie. Właściciele stron pragną, by ktoś zauważył i docenił to, co robią. Doceniasz. Dziękujesz za zaufanie, ale z propozycji nie skorzystasz. Może koleżanka albo sąsiadka skorzystają? Zapytaj je osobiście, człowieku. Masz u nich większe szanse niż ja.

Budzisz się na dźwięk śmieciarki, która niezmiennie o stałej porze pojawia się w okolicy i we właściwy sposób alarmuje o swoim przybyciu. Jeszcze zanim otworzysz oczy, składasz Bogu dzięki, że nikt nie wpadł na pomysł, aby pracownicy zakładu komunalnego przeszli na zdalny tryb pracy. Wiadomość. D. jest niczym cyborg. Jej system został zaprogramowany na działanie w stanie permanentnego czuwania. Chcesz taką? Wysłałam Ci zdjęcie w nocy, pamiętasz? Nieszczególnie. A co to? Torebka. Uszyłam ją ze starych worków od odkurzacza. Zastanowię się i dam znać. Włącz radio. Obowiązkowo! Włączasz radio. Słyszysz komunikaty, lecz ich treść do Ciebie nie dociera. Jako osoba w sposób dyskusyjny wykorzystująca swoje umiejętności kulinarne możesz mieć niemały problem przez najbliższe tygodnie. Jedzenie tylko na wynos. Nie cierpisz brać na wynos. Lokale gastronomiczne przygotowują się do kolejnych obostrzeń. Pracownicy protestują. Właściciele krzyczą. Będzie problem z zakupami. Godziny dla seniorów są surowo przestrzegane. Urząd nakłada kontrole, a co za tym idzie, kary. I pomyśleć, że dbasz o promocję lokalnego biznesu nie tylko w czasach pandemii.

Deszczowe zapiski

Chciałabym mieć na głowie efekt stale potarganych włosów, tłumaczę fryzjerce i oddaję się z zaufaniem w jej sprytne dłonie. Dziewczyna sprawia wrażenie znawcy tematu i zgrabnie operując nożycami przy moich uszach cierpliwie wyjaśnia, jakie triki i narzędzia powinnam stosować, jeśli chcę uzyskać bałagan na głowie. Wychodzę z salonu prosto do sieciówki z kosmetykami, by powiększyć ich zasób w łazience. Kolejny dzień leje deszcz. Przeczytałam już cały zapas książek oczekujących w kolejce na lekturę. W myślach tworzę listę tych, które niebawem wypożyczę, błogosławiąc pomysłodawców i pracowników bibliotek. Gdyby nie czytelnicze świątynie, prowadziłabym życie na wzór bibliotecznego dewianta albo spałabym pod książkami niczym kloszard. Nie wystarczyłoby mi na jedzenie. A propos ostatniego. Nie znoszę robić zakupów spożywczych podczas deszczowej pogody. Szczególnie bieganie po warzywniakach wydaje się w tej sytuacji uciążliwe. Ale nie poddaje się. Z bałaganem na głowie pilnie poszukuję grzanek. Mogłabym zrobić je samodzielnie, lecz wtedy nie byłyby idealnie przyprawione ani chrupiące. Odwiedzam kilka sklepów z wiktuałami. Bezskutecznie. Chyba trzeba będzie spróbować swoich sił jako mistrz złotej chochelki i samodzielnie przyrządzić małe przekąski. Albo zrezygnować z ich konsumpcji przynajmniej dzisiaj. Kolejny punkt na spożywczej mapie myśli. Czy ma Pani grzanki w sklepie? Nie mam. A groszek ptysiowy? Też nie mam. To ja się jeszcze rozejrzę. Rozglądam się. Tuż za plecami na sklepowych półkach znajduję chrupiący obiekt kulinarnego pożądania. Są grzanki! Podam je z tartym żółtym serem. Mówię ni to do siebie, ni to do obsługi sklepu. Płacę i wychodzę. Mam zatem wszystko, czego potrzebuję do przygotowania smacznego, pożywnego obiadu na wrześniowe, chłodne dni. Kto powiedział, że w czasie deszczu nie można rozwijać się jako domorosły kucharz? Nakarmiona i zadowolona wybieram się do E. Odrobiłam lekcje. Mam coś na wymianę. Słoiki z pysznościami za owoce i pomidory. Uda się na pewno!

One. Zielnik

-Padam. Nie ma więcej wody?

-Nie ma.

-Nie kupiłaś.

-Myślałam, że Ty kupisz. Co tam masz?

-Wrotycz. I takie tam.

-Nie żartuj. Wyglądasz, jakbyś obrabowała pół targowiska.

-Zrywałam, gdzie się dało. Objechałam cały teren lasku i kilka sklepów zielarskich. Nasz ulubiony działa tylko do końca miesiąca. Wyprzedają asortyment, więc wyżebrałam upust.

-Jest trujący. Wiesz, że możesz mieć przez to problemy.

-W małych ilościach pomaga.

-W dużych szkodzi.

-Gdybyś zjadła za dużo śliwek, też by Ci zaszkodziły. Pójdziesz do sklepu po wodę?

-A tam co masz?

-Ziele bagien.

-Na bagnach też byłaś?

-Nie, mówiłam Ci, że odwiedziłam kilka sklepów zielarskich i…

-Znowu przepuszczasz pieniądze na niepotrzebne rzeczy.

-A Tobie nawet nie chce się zrobić podstawowych zakupów.

-Możemy kupić filtr do wody zamiast gromadzić plastik.

-Dlaczego więc jeszcze go nie kupiłaś? Uważaj! Wysypało się.

-Lawendę też kupiłaś?! Oszaleję zaraz.

-Zrobimy z niej paczuszki i bukieciki. Będziemy je sprzedawać, a wcześniej zawiesimy w kilku miejscach w mieszkaniu. Inaczej komary nas zeżrą.

-Mnie jest wszystko jedno. I tak nic z tego nie wyjdzie.

-Przy Twoim podejściu. Wrotycz coraz trudniej zdobyć. Trzeba się trochę nachodzić za nim. Nauczę się robić maści i kremy z jego zawartością. Na własny użytek.

-Szkoda, że pieniędzy nie potrafisz wyprodukować na własny użytek. Tutaj chcesz to robić? W kuchni?

-Szkoda, że alimentów z niego nie potrafisz ściągnąć. Mogę mieszać w łazience.

-To lepiej w kuchni.

 

 

 

Patynowa Pani Domu. Tosty z resztek

Mentalnie przygotowujesz się do spędzenia majówki w domu. W tym roku wojaże z noclegiem w katalogowych hotelach z gwiazdkami są zawieszone ze względu na wprowadzony stan epidemii i odmrażania gospodarki. Gdy się nie ma, co się lubi… Wycieczki po okolicy też mają swoje zalety. Dzięki ich regularnym praktykowaniu zyskujesz miano lokalnego patrioty. Zmniejszają się koszty podróży, a co za tym idzie, emisja gazów cieplarnianych do atmosfery. Zyskuje zatem środowisko naturalne. I biznes, bo kupujesz lokalnie od tych, od których jest jeszcze co kupować. Ale najpierw układasz menu. Choć właściwie przez kilka ostatnich tygodni to ono układa Ciebie. Dziś jest przedmajówkowy Dzień Dziecka. Nie przygotowujesz w związku z tym obiadu składającego się z trzech dań z deserem, lecz wybierasz opcję: zrób coś na ciepło z tego, co akurat masz w lodówce. Zobaczmy. Kilka kromek pieczywa tostowego. Pomidorki. Po jednym plasterku sera różnego rodzaju, co daje łącznie tyle plasterków, ile masz kromek chleba. Punkt dla Ciebie za rozsądne gospodarowanie środkami żywności. Ekonomia i ekologia. Oba pojęcia stanowią fundament Twojego gospodarstwa. Wróćmy do składników: dwa plasterki chudej wędlin, co w praktyce oznacza tyle samo tostów dla mięsolubów. Oprócz śmierci i podatków jedno jest pewne: bez względu na to, jaka zaraza by nie przyszła, Ty nie skonasz z głodu pod warunkiem, że plaga zastanie Cię schowaną w dziupli. Twoja atawistyczna potrzeba została zaspokojona. A co z innymi, mniejszymi braćmi? Kolejny punkt z listy: nakarmić Paskudę. Paskuda będzie szczęśliwa, że ma Ciebie, a Ty, że masz ją. Uff, chyba można zacząć majówkowanie. Nie będziesz czekać z tym do północy.

Całuchy-kluchy!

Patynowa Pani Domu. Pandemiczne menu

W czasach, gdy zwykłe zakupy stanowią nie lada wyzwanie, a dostęp do bieżącej wody okazuje się luksusem, postanawiasz testować przepisy obowiązujące podczas pandemii. Udajesz się więc na spacer po produkty spożywcze w godzinach, w których nie masz prawa robić zakupów. Próbujesz negocjować. Wszak odbyłaś niejedno szkolenie z tego zakresu. Życie w najmniej spodziewanym momencie sprawdza to, czego się nauczyliśmy.  Tłumaczysz obsłudze. Przecież w sklepie nie ma obecnie ani jednego klienta. Pod sklepem też nie. Dlaczego więc mnie Państwo nie obsłużą? Zamiast odpowiedzi ochrona rozkłada ręce. Przepisy. Sklep będzie stratny. Załatwiłabym to raz dwa. Nic Pani nie poradzę, sami nie wiemy, czy będziemy mieć po tym wszystkim pracę. Idziesz dalej. W sąsiednim punkcie jesteś obsługiwana z zachowaniem wszelkich zalecanych środków ostrożności. Brawo za rozsądek! Komplementujesz załogę, a ona Ciebie. Jest dobrze! W wrażenia zapominasz, po co przyszłaś. Nie kupujesz ziemniaków, ale to dociera do Ciebie po powrocie do domu. Piątek bez placków ziemniaczanych. Jak epidemia to epidemia. Poczuj w praktyce smak sloganu: już nic nie będzie takie samo. Nie będzie. Placków. Ziemniaczanych. Chrupiących. Prosto z patelni. W piątek. Pandemia i związane z nią ograniczenia zostały wymyślone chyba po to, aby polubić swoje mieszkania. Ty nie miałaś z tym problemu, odkąd podczas ulewnego postawiłaś mokrą stopę na trawniku okalającym działkę. Zatem po co pandemia takim jak Tobie? Aby zmienić nawyki żywieniowe. Zamiast tradycyjnej potrawy dziadów rozmrażasz opakowanie szpinaku. Przyprawiasz solą, świeżo zmielonym pieprzem, zieloną czubrycą. Czosnku też nie kupiłaś. Jak poświęcenie dla planety to poświęcenie. Dodajesz do zielonej mazi żółtko ze śmietaną. Zaprawiasz. Ciepłe danie przekładasz do miseczki. Obok na talerzyku układasz krakersy, a w spodeczku łuskane orzechy włoskie. Kto powiedział, że podczas epidemii nie można ucztować?

Całuchy-kluchy! Tylko przez maseczkę albo posyłane na wiatr. Bądźcie zdrowi i dbajcie o siebie!