Oni. Wesele

-Lej, lej, nie żałuj. To musi wytrzymać przez całą noc.

-To zależy, jak mocno będziesz głową trzepać i wywijać.

-Ma wytrzymać. Płacę. Wymagam.

-Chcecie zobaczyć sukienkę? Taką zamówiłam. Z odkrytymi plecami, a tutaj biegnie tiul.

Nawet się nie spostrzegłam, jak cudzy telefon z niewyraźnym zdjęciem znalazł się tuż przed moim nosem.

Matka weselna do fryzjerki i klientek:

-W tej będzie jej ładnie, sama doradziłam. Jutro po odbiór jedziemy.

On:

-Będziesz w niej wyglądać jak… Nie założyłbym takiej nawet do kopania ziemniaków. A Pani?

-Nie chodzę do kopania ziemniaków.

-Ale czy założyłaby Pani taką sukienkę?

-Zazwyczaj nie noszę sukienek.

-A do ślubu w czym Pani poszła?

-Czyjego? W garniturze.

-Chyba że tak.

Matka weselna:

-Jemu też wyprostujcie <włosy, przyp. ip>, tylko dobrze prostownicę zagrzejcie. Niech tak zaczesane ma. I wyprostowane.

Kilka minut do wyjściu przyszłej pary młodej i potencjalnej teściowej. Pracownik zakładu do koleżanki po fachu:

-I tak włosy nie utrzymają się na prosto. Może kilka godzin wytrzymają, ale do północy nawet nie. Jemu tym bardziej. Takich włosów się nie prostuje. I jakie suche wszyscy mieli. Matka. Dzieci. Samo siano. Dopiero na weselu będą wyglądać. Hi hi hi…

-To czemu ich nie namówiłaś na jakąś odżywkę albo zmianę?

-I tak by nie chcieli. Widziałaś, jak ta młoda beznadziejnie wyglądała?! Koński pysk, a fryzura jeszcze bardziej go wydłuża. A jaką ona ma zepsutą cerę. To od fajek i nocnej wachty. Rypie nocki, aby za ślub zapłacić.

-Tak, zupełnie niedograne.

-A matka jaka zadowolona, że to już. Nawet podobne fryzury im wybrała. Młodej sukienkę, buty. Jemu garniak. Menu na przyjęcie. Kwiaty do urzędu.

-To w kościele nie będzie?

-Na razie urzędowy. Kościelny dopiero, gdy trochę kasy uzbierają. Sukienkę też ma niedograną. Wygląda w niej jak wieszak z obwisłym tyłkiem. Najpierw by w dentystę zainwestowała, a nie w tiule.

-Ciesz się, że u nas sporo zostawili.