Patynowa Pani Domu. Święta tuż, tuż…

Pierniczki, drzewka choinkowe, prezenciki, buciki, paszteciki, dekoracje. Powstaje lista spraw do załatwienia. Każdego roku skraca się zamiast wydłużać. Każdego roku postanawiasz, że tym razem… nie stworzysz żadnej listy. Święta Bożego Narodzenia i przygotowania do nich przejdziesz na spontana w trosce o domowy budżet i własny komfort psychiczny. Lista prezentów. Bon na fitness. Z myślą o kimś, kto ma wywalone na zbędne kilogramy i od urodzenia nie stosował żadnej diety cud-miód i orzeszki. Bon do podologa. Pardon, do pedikiurzystki. Z myślą o kimś, komu stale zimno i nawet w środku upalnego lata chodzi w grubych skarpetkach, a stópki ma wypieszczone niczym dupson noworodka. Bon na kosmetyki. Z myślą o kimś, kto na skutek pandemii wpadł w panikę i zrobił zapasy wszystkiego, co pachnie, pielęgnuje, ściera, usuwa, nawilża, koloruje, wyrównuje kontury. Bon na kolejną parę martensów. Tego w tym roku nie będzie. Kalendarzowym. Na wszelki wypadek nabywasz jako asa w rękawie, a raczej w skarpetce. Najwyżej posłuży Tobie. Kiedyś tam. Jedni myślą o nowych regałach na książki, a Ty o półkach na martensy.

Tradycyjnie pierniczki nieupieczone. Dobra nasza. Drzewko choinkowe nieubrane. W roli stojaka na prezenty jak co roku wystąpią rozmaite rośliny doniczkowe. Saute oczywiście. Kuchnia! Stop! Pomyślisz o tym innym razem. Dziś nie masz w zapasie nawet czekolady, tzn. masz rozpuszczalną, ale w proszku. Nie ma do niej mleka ani śmietanki. Jest miód. Są i orzechy. Jesteś szczęśliwa.

Jest śnieg. Pierwszy raz od lat spadł o tej porze. Jesteś bardzo szczęśliwa. Wychodzisz na spacer. W wielu domach trwają przygotowania do obiadu. Obok zwyczajowego narzędzia uderzającego w rozbijane mięso słychać dźwięki christmasowej muzyki. Dzwoneczki dzwonią z głośników. A Ty wędrujesz w poszukiwaniu mężczyzny z czerwieni, który zdaniem mniej tradycyjnych przeszedł na dietę keto, zaczął trenować crossfit, założył konto na portalu społecznościowym i teraz zupełnie inaczej wygląda.

Notatki. Luty i co dalej.

Arktyczne mrozy, a po nich odwilż. To naturalna kolej rzeczy. Jeszcze kilka tygodni temu zamarzło moje myślenie o noworocznych postanowieniach, snutych wśród bąbelków musującej cieczy zwanej potocznie szampanem. Dziś już część postanowień odparowała. Dosłownie. Jak tu planować podróże i domowy budżet, jeśli ogólnoświatowa gospodarka nadal pozostaje w stanie delikatnie mówiąc stałym. Budzę się z zimowego snu, który trwa od blisko roku. Usiłuję przypomnieć sobie, czego mi jeszcze nie wolno, co zostaje odłożone na później, czego na pewno nie zrealizuję, a co może dojdzie do skutku, a może nie. Codzienność stawia coraz więcej wyzwań. Zakupy robione wśród przecenionych serduszkowo umotywowanych produktów, tulipanów z okazji Dnia Kobiet oraz czekoladowych zajączków i jajeczek. Niech żyją spece od marketingu, których kalendarz nie różni się niczym ogólnie przyjętego, i dzięki temu niezorientowani w światowych trendach mogą liznąć tego miodu. Zapasy. Coraz ich więcej. Na wypadek, gdybym nie mogła przez jakiś czas urzędowym nakazem wychodzić z dziupli.

Przedwiosenne porządki. Zachęcam do nich każdego. Jeśli chcesz, pomogę. Podpowiem. Doradzę, co zrobić z… Wzruszające są apele organizacji charytatywnych o nieoddawanie osobom z doświadczeniem bezdomności produktów zużytych, bezwartościowych, zabrudzonych wydzielinami. Ludzkimi i zwierzęcymi. Cóż, każdy może podarować jedynie to, co ma wewnątrz siebie. Niektórzy zbyt dosłownie zrozumieli tę zasadę, ale zapomnieli, że fortuna kołem się toczy.

Pieczołowicie układam czerwone szminki. Mam je tylko w tym kolorze, ale w różnych jego odcieniach. Moja twarz ma różne odcienie, którym nie mogę jeszcze nadać odpowiedniego wyrazu ze względu na przymus noszenia maseczek. Tak więc nakładam szminkę na usta, gdy pozostaję we własnym mieszkaniu, aby nie zapomnieć, do czego służy uwielbiany przeze mnie kosmetyk. Łazienka zmienia się w laboratorium. Tworzę w nim specyfiki do pielęgnacji ciała. Próbuję czytać. Opowiadania. I słuchać. Twojej historii. Nie denerwuj się, że jeszcze jej tutaj nie zamieściłam. Jestem głodna Twoich opowieści. Chcesz rozmawiać o wszystkim. Bez tematów tabu. Pytasz. Nie zawsze odpowiem. Moją ulubioną biblijną postacią jest Jan Chrzciciel. Mówię niewygodne rzeczy, więc pewnie skończę podobnie jak on. O głowę skrócą mnie ci, którzy rekrutują się z kręgu moich wielbicieli. Pytasz, czy przyjadę. Na razie nie przyjadę. Nie wolno. Nie można. Nie powinnam. Nie trzeba. Nie teraz. Nie wiem. Pisz. Coś wymyślimy.

Patynowa Pani Domu. Niespodzianki

Blue Monday. Pojęcie wymyślone przez socjologów lub innych jeszcze nienazwanych ekspertów na określenie stanu pojawiającego się mniej więcej w któryś poniedziałek w połowie stycznia, gdy noworoczne postanowienia biorą w czapę, a niespłacone kredyty zaciągnięte na poczet świątecznych zakupów spędzają sen z powiek. Ha! Postanowiłaś wziąć się za siebie i wreszcie regularnie odwiedzać pobliski ośrodek sportowo-rekreacyjny. Nic z tego! Nieczynne do odwołania. Wykupienie pakietu online nie wchodzi w grę. Poprzednim razem zazwyczaj kończyło się komunią z grubym kocem, spod którego Twoje ciało zapomniało wyskoczyć, by poddać się treningowi. Będziesz się racjonalnie odżywiać. To kolejna mrzonka, a Ty jej uległaś. Aby ziściło się Twoje postanowienie, postanawiasz wypucować swój wielofunkcyjny sprzęt służący do przygotowywania rozmaitych potraw, dzięki którym osiągniesz zamierzony cel. Sporządzasz check listę dań samodzielnie przygotowanych. Wyobraźnia podsuwa Ci zdjęcia pięknych, smukłych dziewcząt o regularnej budowie ciała, osiągających wyśnione efekty przy jednoczesnym udziale w programie treningowym i dietetycznym. Już witasz się z gąską. Gęsiną, znaczy się. Ślinka cieknie na samo wspomnienie pieczystego. Nie dla psa kiełbasa. Nie dla Patynowej gęsina. Jeszcze nie. Od teraz tylko zdrowa, urozmaicona, spersonalizowana dieta. Przygotowujesz zatem na wysoki połysk wszystko, co ma jej służyć. Miski, końcówki, naczynia lśnią niczym przed przybyciem ważnej osobistości na Twój Patynowy Dwór. Dobierasz składniki. Dokładnie je myjesz. Pozbywasz skórek. Kroi…sz. Chcesz poszatkować przy pomocy urządzenia rekomendowanego jako kuchenny Rolls Royce. Pewnie coś z gniazdkiem się dzieje. Sprawdzasz w innym. Działa… przez krótką chwilę. Mechanizm nie trzyma się… całości. Rozpada na kawałki. Nie tak miało być. To potrawa miała rozpaść się na kawałki. W Twoich ustach, a następnie w żołądku. Nie panikuj! Oddychaj głęboko! Jutro też jest dzień! Serwis jest czynny do 20.00. Zgłosisz usterkę i będzie po sprawie. Nie będzie, jak się okazuje, ponieważ koszty naprawy lub zakupu oryginalnej części znacznie przewyższają cenę za nowy nabytek. Nie chcesz nowego! Chcesz swój stary sprzęt, przy pomocy którego przygotowywałaś potrawy na proszone obiady, kolacje, parapetówki, urodziny, imieniny i bez żadnej okazji. Nie możesz tak trwać w żałobie po rzeczy materialnej. Minęło kilka dni. Nie gotujesz. Nie sprzątasz. Nie chcesz z nikim rozmawiać, chyba że przez Internet. Schowaj chociaż ten sprzęt rozłożony na czynniki niepierwsze. Mały mechanizm zepsuty i wszystko skończone. Nie lubisz niespodzianek. Nie tych dotyczących Twoich sprzętów. Może ciasteczko? Albo czekoladka? Albo herbatka i kocyk? Albo… Miodek… Albo…

Całuchy-kluchy!

Patynowa Pani Domu. Przedświątecznie

W ciągu najbliższych kilku dni nie zamierzasz nawet spojrzeć na pierniki. Przez ostatnie miesiące pochłonęłaś ich tyle, że samo rozmyślanie o korzennych ciasteczkach przyprawia Cię o mdłości. Sernik to co innego. Zwłaszcza innowacyjny. Na kruchym spodzie z kawałkami drobno pokrojonego ananasa. Miało nie być o jedzeniu. Pamiętaj, że centra fitnessu zostaną zamknięte na jakiś czas, więc powrót do formy będzie utrudniony. Wiesz, że możesz wykupić abonament on line. Oferta kusi, ale pokusy pojawiają się po to, by z nimi walczyć. Wszystkie zamówione paczki z prezentową zawartością dotarły. Można spać spokojnie. Zresztą przez kilka najbliższych tygodni niczego innego spokojnie nie będzie można robić oprócz udawania się w objęcia Morfeusza. Zamknięte pozostaną kawiarnie, część stacjonarnych sklepów, centrów sportowych, sauny, kryte baseny. Z wyjazdówek i objazdówek nici. Na szczęście biblioteki pozostały czynne, a Ty stopniowo wynosiłaś z nich książki. Opowiadania oczywiście, bo to forma literacka, którą uwielbiasz. Klasycy i neoklasycy. Literatura powszechna. Poza tym przejrzałaś zawartość prywatnej filmoteki. Zrobisz sobie ucztę kinomana. Maraton filmowo-książkowo-kulinarny. Kiedy kolejny raz odważysz się na podobne szaleństwo? Tradycyjnie ubieranie drzewka choinkowego Ciebie nie dotyczy. Podobnie jak pieczenie nie tylko słodkich, korzennych przysmaków. Podobnie jak licytowanie z innymi „kto i co przygotował na świąteczny stół”. Podobnie jak mordowanie popularnej ryby. Podobnie jak zajadanie się ze smakiem tym, co zazwyczaj znajduje się na stole określanym mianem „tradycyjny”. Podobnie jak zakupowy amok. Podobnie jak awanturowanie się w centrach handlowych. Podobnie jak pucowanie każdego centymetra mieszkania na wysoki połysk. Podobnie jak przesypianie świątecznych dni z powodu wykonywania czynności niemających większego znaczenia, jak się po czasie okazuje. Zamiast tego zadzwonisz lub napiszesz do wszystkich, którzy są Tobie bliscy. Odwiedzisz tych, którym na Tobie zależy. W tym roku odpadają spotkania w Waszych ulubionych lokalach (oby przetrwały zimę). Dlatego zaprosisz do siebie jak największą liczbę osób. Wypijecie wspólnie tyle znakomitej kawy i dobrego wina, ile tylko Wasze żołądki zdołają unieść. Oczywiście goście przybędą najedzeni. Napomkniesz, że z przepracowania i braku sił nie zdążyłaś niczego przygotować. Dotychczas nie zawiedli, więc i tym razem tak się stanie.

Dbajcie o siebie i nie dajcie się zimie! Całuchy-kluchy!

One. P.

Rozmowa odbyła się w czasach, gdy wieczorami popularną rozrywką było czytanie książek tudzież czasopism albo słuchanie ulubionych audycji radiowych.

-Jest jeszcze na eskaesie, więc możemy trochę pogadać. Gdy wróci, już niczego nie zrobimy przy nim. Nawet kolacji. Bo jeszcze zacznie rzucać czym popadnie. Ostatnio rozbił mi filiżanki, które dostałam od mamy na to mieszkanie. To znaczy wzięłam je z domu. Mama twierdzi, że nie są jej potrzebne, bo i tak nikogo do domu nie zaprasza, a sami z ojcem piją ze szklanek. Takich nietłukących. Twoich rzeczy nie rusza, nie martw się. Czuje respekt. Tłumaczę mu, że jesteś moją koleżanką, która nie ma gdzie mieszkać, bo pokłóciła się z chłopakiem.

-Uwierzył?

-Nie mówię mu prawdy, że mieszkasz tu, aby podreperować nasz budżet. Wie, że studiujesz i dokładasz się do rachunków. Tyle mu wystarczy. Ostatnio cały blok słyszał, jak darł na mnie mordę. A następnego dnia stał pod oknem i wrzeszczał razem z kolegami „Ty k…o, rzuć mi klucz, bo szyby powybijam na dole tej starej wariatce i będziesz za mnie w pierdlu siedzieć”.

-Nie słyszałam.

-Byłaś na zajęciach. Zresztą wychodzisz rano i wracasz wieczorem. Co możesz słyszeć. Coś Ci powiem. Uważaj, z kim się spotykasz i z kim umawiasz. Ja nie uważałam i co mam. Recepty u psychiatry. Ostatnio mi przepisał łagodne leki. Śpię po nich jak niemowlę. Do pracy na razie nie wrócę. Wiem, że powinnam. Ale szpital sobie beze mnie poradzi. Dzwonili ostatnio, to im powiedziałam, że po Nowym Roku już przyjdę. Ale ja przedłużam zwolnienia, bo w pracy wisi nade mną piętno puszczalskiej panny z dzieckiem i to uszkodzonym. Nie wiedzą, że leczę się u specjalisty. Wyciągają mnie na jakieś imprezy, potańcówki. Chcą mnie komuś przedstawiać. A ja nie mam ochoty wiązać się z nikim. Nie odczuwam żadnych potrzeb ani żądz. Tylko apetyt mam. Wyjadam z lodówki wszystko, co jest pod ręką. Te leki takie działanie mają. Psychiatra tłumaczyła. Czy wiesz, że ona jest w moim wieku? I co mi ostatnio powiedziała? Że to mnie przyda się kuracja, a nie synowi, który potrzebuje męskiej ręki i regularnych zajęć sportowych. To go zapisałam na SKS. Dwa razy w tygodniu popołudniami wychodzi i potem sam wraca. Nie boi się. Nawet zimą.

-Kto Ci płaci rachunki i czynsz za to mieszkanie?

-Ojciec. Emerytowany wojskowy. Jestem mu za to ogromnie wdzięczna. Wstydzi się psychicznej córki, więc w spółdzielni płaci wszystkie rachunki tłumacząc, że ja nie mam na to czasu, bo biegam z jego wnukiem po lekarzach. A ja nie wiem, dokąd mam z nim pójść. Na obserwację w szpitalu psychiatrycznym czeka się ok. pół roku z takim przypadkiem. Jak to dobrze, że mieszkasz z nami. Przynajmniej mam się komu wygadać.

Notatki. Lista rzeczy do niezrobienia przed świętami?

Boże Narodzenie w tym roku nadejdzie, ale zanim to się stanie, trzeba zgodnie z przekonaniami trendsetterów zaliczyć kilka obowiązkowych, przedświątecznych punktów. Po pierwsze upiec pierniczki, o czym sugerowano już na początku października. Koniecznie w foremkach w kształcie reniferków, tudzież drzewek choinkowych albo gwiazdek. Nie przypominam sobie, abym była aż taką tradycjonalistką. Choć uwielbiam miodowe smakołyki i co roku pochłaniam je w przemysłowych ilościach, nie zdobyłam się na odwagę kreowania ich fizycznego wizerunku. Właśnie! Świąteczny look. Obrus, zastawa, sztućce. To wszystko mogę kupić w promocyjnych cenach z możliwością zwrotu do 30 dni. Gdybym dobrze pokombinowała, sprowadziłabym rzeczone przedmioty na dwa dni przed podaniem wykwintnego obiadu z przystawką, a po Nowym Roku dokonała zwrotu. I tak co sezon nie zapominając o mocnym lansie w mediach społecznościowych. Czego jeszcze nie wykonam? Czynności i elementów dekoracyjnych spod znaku DIY („zrób to sam”). Ceny produktów składających się na efekt samodzielnie wykonanych artystycznych dzieł przewyższają moje możliwości finansowe. Zamiast nich świąteczny akcent w zajmowanej przeze mnie przestrzeni będą tworzyć: puste, szklane naczynie wypełnione żwirkiem i kamyczkami z niekwitnącą poinsencją wewnątrz, oczekujące na zamieszkanie przez kolejnego lokatora (czyt. glonojada). Roślinkę otrzymałam w prezencie kilka lat temu. Przyjęła się bez narzekania na brak uwagi i troski z mojej strony. Jedna ozdoba choinkowa w kształcie kuli, rozkładana na dwie części, również mająca swoje lata, dopełni reszty. To się nazywa ekonomia i ekologia w pigułce. Minimalizm znaczy się. Jest trendy. Może powinnam napisać o tym książkę albo nagrać podcast? Grunt, że do łask przywrócono biblioteki i galerie handlowe. Dzięki temu każdy znajdzie coś dla siebie i przy okazji wyjdzie na spacer, łącząc obie miejscówki w jedną ogromną przyjemność.

Uważajcie na siebie i pozostańcie w zdrowiu!

Notatki. Korona świrus i czekoladowe zajączki

Dziś nie włączę radia i nie zajrzę do internetowych serwisów informacyjnych. Nie wdam się w żadną rozmowę na temat zbiorowej histerii, a sklepy i apteki ominę szerokim łukiem. Przyjmę życzenia z okazji Dnia Kobiet, napływające z rożnych stron. Wspomnienie jest formą spotkania. Spotykam się z Wami. Wymienimy myśli, spojrzenia, rzadziej uścisk dłoni (oczywiście tylko porządnie odkażonej).

Handel to specyficzna dziedzina gospodarki. Zarabia na ludzkich potrzebach, często nienaturalnie wykreowanych. Okazje czynią konsumenta. Jeśli nie ma okazji, należałoby ją w sztuczny sposób imputować. I tak można zaznaczyć w kalendarzu: dzień teściowej, dzień kota, dzień zbiorowego mycia rąk, dzień jak co dzień, dzień pisania ręcznego, dzień pisania na maszynie, dzień lenistwa, dzień zakochanych i odkochanych, dzień babci, kuzyna i pozostałych członków załogi. Gdyby spojrzeć na sklepowe półki, uginające się od substratów konsumpcji, obok czekoladowych zajączków i jajeczek leżą słodycze i lampki z nadrukiem w bałwanki, piernikowe ludziki oraz bombki, które nie zostały wykupione przed Bożym Narodzeniem (można pokusić się o zrobienie zapasów na tegoroczne święta, które wszak wypadają dopiero w grudniu, ale kto wie, co do tego czasu mogłoby się wydarzyć). Nieopodal nich rachityczne kartonowe regały zawierające asortyment na wypadek wybuchu epidemii, a więc rożnego rodzaju środki odkażające ręce (jaka szkoda, że nie głowę z jej zawartością, choć u niektórych nie byłoby tam czego odkażać), dezynfekujące pomieszczenia użyteczności zbiorowej (jakby dotychczas nie przeprowadzano prac konserwatorskich np. w szpitalach czy szkołach) oraz mieszkania (czyżby przed wybuchem paniki podsycanej głównie przez dziennikarzy i przez szarlatanów do spraw marketingu mało kto sprzątał swoje domostwa i prał odzież).

Bądźmy zdrowi, szczęśliwi i nie dajmy się zwariować. Papatki!

Patynowa w wielkim mieście. Sequel

Świątynię handlu opuszczasz w nowym obuwiu. Biorąc pod uwagę Twoje możliwości finansowe oraz stosunek do kompulsywnego nabywania produktów z sieciówek ta sytuacja powinna przejść do rangi wydarzenia. W pamięć wwierca Ci się scena z filmu „Skazani na Shawshank”, w której Andy pojawia się w nowych butach niezauważonych przez nikogo. Bądź jak Andy. Pokazuj się tak, aby to, co istotne, pozostało niewidoczne dla ogółu.

Poczułaś głód. Dokonywanie zakupów w zatłoczonym pomieszczeniu, sztucznie wykreowanym na potrzeby konsumentów to wyniszczający proces, wymagający sporych nakładów energii. Pora ją uzupełnić. Wchodzisz do lokalu urządzonego w stylu industrialnym (mniam), słynącego z kawy, przekąsek i ciekawej lektury w językach urzędowych gospodarczo rozwiniętej części globu. Czas na Twój występ. Udając kosmopolitę, co dla nosiciela ubrań ze starannie odciętą metką i obuwia z ogólnodostępnych sieciówek okazało się fraszką, składasz zamówienie na ulubiony napój plus kanapkę na ciepło. Na obiad z deserem trzeba będzie poczekać do wieczora. Plan reszty dnia jest taki, by dziś odwiedzić galerię rzeźby, a jutro malarstwa. Poza tym nadprogramowo skarbiec oraz spacer wśród architektonicznych zakamarków pozostających pod panowaniem lokalnej bohemy.

Otrzymujesz zamówione produkty. Do stolika, przy którym je spożywasz, dosiada się (chyba) atrakcyjny zewnętrznie jegomość. Nawiązuje się rozmowa we wszystkich językach świata, łącznie z migowym. Elektroniczny tłumacz jest na wagę zboża. Dowiadujesz się, że (on, ten jegomość) jest w drodze do pracy. Ma teraz przerwę i postanowił tu zajrzeć. Zwykle jest wcześniej. Jada tutaj śniadania, na które zamawia grzanki oraz musli, ale dzisiaj wziął tylko małą kawę (?). Albo masz intuicję, albo nie chcesz wyjść na lingwistyczną ignorantkę. Odkrywasz w sobie zdolności aktorskie, co dodatkowo nadmuchuje Twoje i tak już nadęte ego. Słyszysz życzenia udanego pobytu w jego pięknym mieście i rozstajecie się z uśmiechem na ustach.

Całuchy-kluchy!

Patynowa Pani Domu w wielkim mieście

Raz się żyje. Trzeba zatem i do miasta się wybrać. Wielkiego nieznanego. Pamiętaj, że jedziesz tam głównie w celu przeprowadzenia researchu do bloga. Weekendowy plecak spakowany. Roślinki zaopiekowane. Paskuda nakarmiony. Będzie mi Ciebie brakowało podczas nocnej eskapady oraz pobytu w atrakcyjnym (podobno) miejscu, mój Ty… Ty… glonojadzie. Nocleg zabukowany. Bilet również. Czekasz w umówionym miejscu. Pada informacja, że będzie opóźnienie, które może ulec zmianie. Czekasz mimo wszystko. Myślisz o tym, co za Tobą, a co przed Tobą. Lutowe temperatury podgrzewają głównie emocje pasażerów. Decydujesz się na kubek gorącej czekolady. Jednorazowy. Ekoterroryści nie będą zachwyceni, ale czego się nie robi dla popularności. Może komuś spodoba się Twoja postawa nieugiętego trwania przy wyborze kubka na tyle, by przeprowadzić z Tobą wywiad albo napomnieć Cię, że podjęłaś niesłuszną decyzję o szkodliwych skutkach dla środowiska naturalnego. Nic takiego się nie zdarza. Dowiadujesz się za to, że niebawem możesz zająć miejsce w środku transportu publicznego, który właśnie nadjeżdża.

Ponoć metropolie w lutym są do siebie podobne. Ponoć wszystkie metropolie są do siebie podobne. Tak przynajmniej mawiają Ci, którzy spędzili w nich trochę czasu na kosztownej rozrywce oraz na pracy zawodowej. Wszędzie są muzea, galerie, świątynie handlu, knajpki oraz dawne dzielnice, w których obecnie rękodzieło kołem się toczy. Różnice są tylko takie, że w każdym muzeum można co innego zobaczyć. A Tobie akurat na początku wyprawy zachciało się wizyty w sieciówkach. Twoje wysłużone trepy rozpadły się na środku chodnika pozostawiając Cię w niedwuznacznej sytuacji. Spacerować w lutym w skarpetkach po ulicach kosmopolitycznego miasta w strefie klimatu umiarkowanego mogą np. hipsterzy, wolontariusze tworzący flash mob albo spóźnieni do pracy kochankowie, którzy zamiast klucza zapomnieli tym razem obuwia. Ty nie zaliczasz się do żadnej z tych grup, więc niczym samotny biały żagiel udajesz się do spokojnego portu, by zarzucić kotwicę w sieciowej świątyni oferującej obuwie na obecną porę roku. Wybierasz model, który zawojuje większość pokazów światowej mody. Zakładasz buta na stopę niczym Kopciuszek swój pantofelek (w Twojej historii książę udał się tam, gdzie jego poprzednik chadza piechotą). Pasuje jak ulał. Lubisz to! Płacisz. Nie lubisz tego. Wędrówką jedną życie jest człowieka. Idzie tam, idzie tu…

Patynowa Pani Domu. Styczeń

Gdy w szaloną, sylwestrową stałaś ubrana w zjawiskową kreację, na głowie mając pieczołowicie układaną koafiurę, myślałaś: to będzie ten rok. Czas, w którym spełnią się Twoje marzenia. Czas, w którym zaczniesz wreszcie przykładać się do treningów. Poprawisz kondycję. Zadbasz o zdrowie. Będziesz się dobrze odżywiać. Odbudujesz swoje imperium finansowe. Odbędziesz mnóstwo podróży, nie tylko w obrębie lokalnych stoisk z warzywami. Wciąż o rok młodsza przyjmujesz napływające lawinowo życzenia. Ściskasz. Cmokasz. Odwzajemniasz. Błyszczą gwiazdy na niebieskim firmamencie. Świat wita nowy rok z ogromną nadzieją. Ty nie wiesz, w którą stronę odwrócić głowę, by obserwować pokaz sztucznych ogni. Wprawdzie wolałabyś obserwować księżyc i gwiazdy, lecz gdy się nie ma, co się lubi…

Budzik. Ten element rzeczywistości na pewno się nie zmieni. Wracasz do… świata pozostawionego na kilka dni, by w oderwaniu od niego wyobrazić sobie, że do siebie nie należycie. Chcesz rano coś zjeść. Lodówka niewiele ma zaoferowania, a z tego, co zostało, na pewno nie przygotujesz śniadania. Wychodzisz z zamiarem kupienia czegoś po drodze. Czasami w bistro można zjeść coś, co przy odrobinie chęci i dobrej woli przypomina poranny posiłek. Docierasz do punktu gastronomicznego. Tutaj też post. To nic. Pamiętaj o liście noworocznych postanowień. Zaczynasz od zaraz.

W środku masowej komunikacji nikt już nie pamięta, czego dwa dni temu życzył sobie oraz innym z okazji Nowego Roku. Miasto w odróżnieniu od Ciebie stoi mocno na nogach. Służby ekologiczne uwijają się, by przywrócić mu wygląd sprzed sylwestrowej nocy. Nie trybisz bez względu na chęci. Tym razem chcieć nie oznacza móc. Ktoś wrzuca na pocztę zdjęcie leniwca. Prorok jaki czy co. Kto inny pyta o zapasy kawy. Nie ma. Może jeszcze ktoś przyniesie. Upływają godziny. Marzenia o małej białej topnieją niczym śnieg, którego nie było. Spełnianie zachcianek, małych i dużych, zaczynasz od jutra.

Robisz zakupy. Uzupełniasz zapasy słodyczy i kawy. O zdrowej diecie zapominasz na jakiś czas. Obiad. Cóż, mrożona pizza uśmiecha się do Ciebie i zaprasza do wejścia z nią w komunię. Korzystasz. Zmiana nawyków żywieniowych może poczekać. Próbujesz ustawić się na trening. Tutaj, komplet, tam podobnie. Ta godzina za późno, tamta za wcześnie. Na tę nie zdążysz. Trudno, zajrzysz do grafiku kiedy indziej. Jutro też jest dzień.

Całuchy-kluchy!