Patynowa w wielkim mieście. Sequel

Świątynię handlu opuszczasz w nowym obuwiu. Biorąc pod uwagę Twoje możliwości finansowe oraz stosunek do kompulsywnego nabywania produktów z sieciówek ta sytuacja powinna przejść do rangi wydarzenia. W pamięć wwierca Ci się scena z filmu „Skazani na Shawshank”, w której Andy pojawia się w nowych butach niezauważonych przez nikogo. Bądź jak Andy. Pokazuj się tak, aby to, co istotne, pozostało niewidoczne dla ogółu.

Poczułaś głód. Dokonywanie zakupów w zatłoczonym pomieszczeniu, sztucznie wykreowanym na potrzeby konsumentów to wyniszczający proces, wymagający sporych nakładów energii. Pora ją uzupełnić. Wchodzisz do lokalu urządzonego w stylu industrialnym (mniam), słynącego z kawy, przekąsek i ciekawej lektury w językach urzędowych gospodarczo rozwiniętej części globu. Czas na Twój występ. Udając kosmopolitę, co dla nosiciela ubrań ze starannie odciętą metką i obuwia z ogólnodostępnych sieciówek okazało się fraszką, składasz zamówienie na ulubiony napój plus kanapkę na ciepło. Na obiad z deserem trzeba będzie poczekać do wieczora. Plan reszty dnia jest taki, by dziś odwiedzić galerię rzeźby, a jutro malarstwa. Poza tym nadprogramowo skarbiec oraz spacer wśród architektonicznych zakamarków pozostających pod panowaniem lokalnej bohemy.

Otrzymujesz zamówione produkty. Do stolika, przy którym je spożywasz, dosiada się (chyba) atrakcyjny zewnętrznie jegomość. Nawiązuje się rozmowa we wszystkich językach świata, łącznie z migowym. Elektroniczny tłumacz jest na wagę zboża. Dowiadujesz się, że (on, ten jegomość) jest w drodze do pracy. Ma teraz przerwę i postanowił tu zajrzeć. Zwykle jest wcześniej. Jada tutaj śniadania, na które zamawia grzanki oraz musli, ale dzisiaj wziął tylko małą kawę (?). Albo masz intuicję, albo nie chcesz wyjść na lingwistyczną ignorantkę. Odkrywasz w sobie zdolności aktorskie, co dodatkowo nadmuchuje Twoje i tak już nadęte ego. Słyszysz życzenia udanego pobytu w jego pięknym mieście i rozstajecie się z uśmiechem na ustach.

Całuchy-kluchy!

Patynowa Pani Domu w wielkim mieście

Raz się żyje. Trzeba zatem i do miasta się wybrać. Wielkiego nieznanego. Pamiętaj, że jedziesz tam głównie w celu przeprowadzenia researchu do bloga. Weekendowy plecak spakowany. Roślinki zaopiekowane. Paskuda nakarmiony. Będzie mi Ciebie brakowało podczas nocnej eskapady oraz pobytu w atrakcyjnym (podobno) miejscu, mój Ty… Ty… glonojadzie. Nocleg zabukowany. Bilet również. Czekasz w umówionym miejscu. Pada informacja, że będzie opóźnienie, które może ulec zmianie. Czekasz mimo wszystko. Myślisz o tym, co za Tobą, a co przed Tobą. Lutowe temperatury podgrzewają głównie emocje pasażerów. Decydujesz się na kubek gorącej czekolady. Jednorazowy. Ekoterroryści nie będą zachwyceni, ale czego się nie robi dla popularności. Może komuś spodoba się Twoja postawa nieugiętego trwania przy wyborze kubka na tyle, by przeprowadzić z Tobą wywiad albo napomnieć Cię, że podjęłaś niesłuszną decyzję o szkodliwych skutkach dla środowiska naturalnego. Nic takiego się nie zdarza. Dowiadujesz się za to, że niebawem możesz zająć miejsce w środku transportu publicznego, który właśnie nadjeżdża.

Ponoć metropolie w lutym są do siebie podobne. Ponoć wszystkie metropolie są do siebie podobne. Tak przynajmniej mawiają Ci, którzy spędzili w nich trochę czasu na kosztownej rozrywce oraz na pracy zawodowej. Wszędzie są muzea, galerie, świątynie handlu, knajpki oraz dawne dzielnice, w których obecnie rękodzieło kołem się toczy. Różnice są tylko takie, że w każdym muzeum można co innego zobaczyć. A Tobie akurat na początku wyprawy zachciało się wizyty w sieciówkach. Twoje wysłużone trepy rozpadły się na środku chodnika pozostawiając Cię w niedwuznacznej sytuacji. Spacerować w lutym w skarpetkach po ulicach kosmopolitycznego miasta w strefie klimatu umiarkowanego mogą np. hipsterzy, wolontariusze tworzący flash mob albo spóźnieni do pracy kochankowie, którzy zamiast klucza zapomnieli tym razem obuwia. Ty nie zaliczasz się do żadnej z tych grup, więc niczym samotny biały żagiel udajesz się do spokojnego portu, by zarzucić kotwicę w sieciowej świątyni oferującej obuwie na obecną porę roku. Wybierasz model, który zawojuje większość pokazów światowej mody. Zakładasz buta na stopę niczym Kopciuszek swój pantofelek (w Twojej historii książę udał się tam, gdzie jego poprzednik chadza piechotą). Pasuje jak ulał. Lubisz to! Płacisz. Nie lubisz tego. Wędrówką jedną życie jest człowieka. Idzie tam, idzie tu…

Patynowa Pani Domu. Styczeń

Gdy w szaloną, sylwestrową stałaś ubrana w zjawiskową kreację, na głowie mając pieczołowicie układaną koafiurę, myślałaś: to będzie ten rok. Czas, w którym spełnią się Twoje marzenia. Czas, w którym zaczniesz wreszcie przykładać się do treningów. Poprawisz kondycję. Zadbasz o zdrowie. Będziesz się dobrze odżywiać. Odbudujesz swoje imperium finansowe. Odbędziesz mnóstwo podróży, nie tylko w obrębie lokalnych stoisk z warzywami. Wciąż o rok młodsza przyjmujesz napływające lawinowo życzenia. Ściskasz. Cmokasz. Odwzajemniasz. Błyszczą gwiazdy na niebieskim firmamencie. Świat wita nowy rok z ogromną nadzieją. Ty nie wiesz, w którą stronę odwrócić głowę, by obserwować pokaz sztucznych ogni. Wprawdzie wolałabyś obserwować księżyc i gwiazdy, lecz gdy się nie ma, co się lubi…

Budzik. Ten element rzeczywistości na pewno się nie zmieni. Wracasz do… świata pozostawionego na kilka dni, by w oderwaniu od niego wyobrazić sobie, że do siebie nie należycie. Chcesz rano coś zjeść. Lodówka niewiele ma zaoferowania, a z tego, co zostało, na pewno nie przygotujesz śniadania. Wychodzisz z zamiarem kupienia czegoś po drodze. Czasami w bistro można zjeść coś, co przy odrobinie chęci i dobrej woli przypomina poranny posiłek. Docierasz do punktu gastronomicznego. Tutaj też post. To nic. Pamiętaj o liście noworocznych postanowień. Zaczynasz od zaraz.

W środku masowej komunikacji nikt już nie pamięta, czego dwa dni temu życzył sobie oraz innym z okazji Nowego Roku. Miasto w odróżnieniu od Ciebie stoi mocno na nogach. Służby ekologiczne uwijają się, by przywrócić mu wygląd sprzed sylwestrowej nocy. Nie trybisz bez względu na chęci. Tym razem chcieć nie oznacza móc. Ktoś wrzuca na pocztę zdjęcie leniwca. Prorok jaki czy co. Kto inny pyta o zapasy kawy. Nie ma. Może jeszcze ktoś przyniesie. Upływają godziny. Marzenia o małej białej topnieją niczym śnieg, którego nie było. Spełnianie zachcianek, małych i dużych, zaczynasz od jutra.

Robisz zakupy. Uzupełniasz zapasy słodyczy i kawy. O zdrowej diecie zapominasz na jakiś czas. Obiad. Cóż, mrożona pizza uśmiecha się do Ciebie i zaprasza do wejścia z nią w komunię. Korzystasz. Zmiana nawyków żywieniowych może poczekać. Próbujesz ustawić się na trening. Tutaj, komplet, tam podobnie. Ta godzina za późno, tamta za wcześnie. Na tę nie zdążysz. Trudno, zajrzysz do grafiku kiedy indziej. Jutro też jest dzień.

Całuchy-kluchy!